RSS
wtorek, 11 sierpnia 2009
Drugie wakacje

Jeszcze nie dziś co prawda, ale już za dwa dni wyjeżdzamy. Jeszcze tylko dyżur jutro, cała wyjazdowa logistyka we czwartek i, jak tylko zapdną ciemności, Trusiek zostanie wykąpany i zakaszkowany- wsiadamy w naszego forda i ruszamy na południe. I obyśmy dojechali cało tam i z powrotem. Bo zawsze naszym dalszym wyjazdom towarzyszą obawy, czy damy radę dojechać i wrócić bez przygód. No to trzymajcie kciuki.

A jeszcze dziś:
Trusia jest niezwykle wrażliwa na zapachy. Wciąż coś jej pachnie lub nie pachnie. Nie znosi otwierania lodówki i zapachu jej wnętrza, nie jada wędlin, bo "nie pachną", marszczy się na cebulę i czosnek...Za to z upodobaniem obwąchuje kosmetyki w łazience, wywąchuje ze mnie zapach perfum (te używane aktualnie skomentowała "jak pięknie pachnieś, jak simzielki (śmiejżelki)"), wącha kwiatki i zioła. Nauczyła się, że lawendę i miętę najlepiej jest pogłaskać, a potem powąchać rączkę, próbuje tej "sztuczki" z innymi roślinami. Na balkonie mamy właśnie lawendę, Trusia wylazła na chwilę sprawdzić, czy deszcz przestał padać i czy możemy się wybrać do Decathlonu po "makarona" do pływania, Wraca zadowolona:
"Zamięciłam ląćkę i telaź pachnie miętą" (trochę się jej lawenda z miętową z Buniowego ogródka pomyliła).

Opowiedziałam jej, jak to dziś w Carrefourze zgubił się jakiś chłopczyk i trzeba było ogłaszać przez megafon, że czeka na tatę w Punkcie Obsługi Klienta. Bardzo to przeżywała i sama sobie potem opowiadała, siedząc w swoim rowerowym foteliku:
"Chłopcik się źgubił. Siukał tatusia i nie było. Śmutny był, płakał. Ale pani go źnalaźła i ziaplowadziła. Gdzie ziaplowadziła? DO ogłosienia. I tatuś pysiedł. I chłopcik nie płakał juź. I idli laziem do domku śwojego. A Tlusia się nie źgubiła. Nie źgubi się w Kelfuzie?"

W kąpieli przypomniała sobie o sowich dziadkach- żadnego z nich nie było jej dane poznać.
"Kto to był ten dziadziuś? Babci sinek?"
NIe kotku, babci mąż.
"I jeśt juź umalty? Nie zije?"
Niestety kochanie, już nie żyje.
"I ja teź umalnę? Jutlo?"
Absolutnie nie jutro. Kiedyś, za wiele lat.
"A ty umalnieś? Nie umielaj, będę płakała."
Jakoś tak od czasu do czasu wracamy do rozmów o sprawach nieuniknionych i ostatecznych. Ale pytanie "Ja teź umalnę?" było stanowczo chwytem poniże pasa. Takich pytań nie zadaje się rodzicom, bo serce im się zatrzymuje, a w gardle rośnie wielka gula i nie pozwala oddychać.

A żeby nie było tak całkiem smutno:
"Weźmiem dlabinkę siobie. Pociebujem dlabinkę do weźmienia gumy."

W Decathlonie musimy koniecznie zakupić batonika ziarenkowo-owsiano-owocowego. Najlepiej tego oblanego czekoladą. Dziś naturalnie też musiałyśmy. Truśka spożywa batonika i natrafia w nim na ogonek- pewnie rodzynkowy. Wyciąga z paszczy, ogląda uważnie:
"Ci to jeśt?"
Ogonek.
"Ogonek?? Psy mają ogonki. Batoniki nie mają ogonków. Cio ty zia bajki opowiadaś mamusiu."

W drodze powrotnej tradycyjnie odwiedziłyśmy łabędzie- łabędziątka są już takie duże, jak ich rodzice, tylko piórka wciąż mają szare. Cała rodzina odpoczywala sobie na brzegu skubiąc trawkę. Trusia przywitała się z nimi uprzejmie, ale nie chciala się zbliżyć, bo obawiała się, że łabędziowy tata znów na nas nasyczy. Zresztą szykowal się wyraźnie do tego. Wolała popodziwiać nurkującą łyskę. A po chwili zachwycona powiada:
"Pać mamusiu, pać, cio tu jeście widzimy. Nasie gołąbki ulubione siedzią!"- woła, wskazując na wielkie stadko plażujących na trawie kaczek :) 

A tak w ogóle zapachniało jesienią, ranki i noce chłodne, jarzębiny już czerwone, a wszystkie małe kaczki calkiem wydoroślały :(

22:04, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
niedziela, 09 sierpnia 2009
NIedzielny poranek

Wspólne rodzinne śniadanko. Trusia aktywnie pomaga w jego przygotowaniu. Smażę jajecznicę ze szczypiorkiem. Córka protestuje, nie chce jajecznicy. "Ciem siadzione jajećko". OK,może być sadzone. Trusiek się jeszcze upewnia, czy aby wybrane jajko nie jest potłuczone, co wydaje się całkiem niepotrzebną informacją skoro jajko i tak ma być rozbite. Za chwilę okazuje się, że idea Córki była jednak inna, a jej wyobrażenie o sadzonym jajku zupełnie odmienne od mojego.
"Posiadzimy jajećko. A w jakiej donićcie? Ciem jajko posiadzione w śkolupcie, w donićcie jajkowej będzie siadziało."

To samo śniadanie, Trusia rozrabia. Starsza Siostra grozi jej, że zaraz dostanie klapsa. Trusia oczywiście nie wierzy pogróżkom, ale na wszelki wypadek siada na kanapie i woła wesoło:
"Nie mozieś dać mi klapsia, psikleiłam pupę do kanapy. I mam telaż psiklejoną." (Bez obawy, nikt Trusi w domu nie bije, a klaps są dawane tylko w foremie pieszczoty.)

A resztę niedzieli spędzam bez mojej Istotki, w szpitalu na dyżurze :(

20:50, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 06 sierpnia 2009
A dzisiaj

Ha, a dzisiaj świeżo upieczona posiadaczka okularków zagubiła je po raz pierwszy- szczęśliwie w miejscu pracy.

A Trusia?
Rano, odziana w błękitną spódniczkę (samodzielnie nabytą w ciucholandzie za całe 5 złotych) i takiż bodzik wzbudziła mój zachwyt (w inną rzacz odziana też zwykle wzbudza, bez odzienia takoż), więc zawołałam do niej:
"Ależ z ciebie laseczka."
Trusia oburzona:
"Nie jeśtem lasiećka, nie mam ląćki."
Ha- i tu wpadka. "Masz rączki kochanie, nawet dwie." Spojrzała na rączki, zadumała się- wyraźnie zabrakło jej konceptu na odpowiedź.

Po moim wieczornym powrocie z pracy Trusia wskakuje mi na ręce, przytula się, cała jest uśmiechem i radością:
"Jesteś, wlóciłaś. Tęśkniłam zia tobą."
"Ja też tęskniłam skarbie."
"Ale telaź juź nie tęśkniś, jeśtem juź."

Trochę później, siedzimy obie na kanapie. Trusia coś tam kombinuje z lalą i misiem. Słyszę, jak sobie mruczy:
"Lalunia weźmie misia do chuśty. Nie bój się misiu, w chuście jeśt dobzie. Tlusia nosi w chuście lalunię. A mamusia Tlusię nosiła u pani Akiko. Dlaciego nie chciałam być w nosidle? Tatuś chciał nosić Tlusię w nosidle i ja płakałam. W chuście lubię być."
Miłe, balsam dla serca:))))

Po kąpieli przypomina sobie, że na niedzielę jesteśmy umówione u mnie w pracy na dyżurze. Czasami Truś narzeka, że boli ją brzuszek, więc "zagroziłam", że zrobię jej usg na dyżurze. Patrzy zatem Truś na swój brzuszek i zapowiada:
"Juź mnie nie boli bziusiek. Nie źlobiś mi ueśgie."
"Zrobię, zobaczę, co ci w brzuszku siedzi."
"Nić mi nie siedzi. Nie mozieś ziobacić, bziusiek jeśt ziatkany i nie widać cio siedzi."
Po chwili przypomina sobie:
"Źłamałam ci śłuchawki i nie mozieś mnie badać. Mozie ueśgie teź źłamię? Lepiej mnie nie badaj, nie lub mi ueśgie."

A po kąpieli:
"Choć, kaśkę źlobimy. Ja ci pomogę, powiem, jak lobić, nie maltw się, Tatuś daje pięć łyziek. Daj pięć. I daj wodę minelalną."
Po wycałowianiu na dobranoc Ciecha:
"Wojtuś jeśt ziabuziakowany."
Potem ja dostaję swoją porcję całusów.
"Ty teź jeśteś ziabuziakowana. Doblanoć. Jutlo się obudziem, jak się wyśpam."

Ostatnio do prac jeżdżę rowerem. Szczęśliwie mam na swojej drodze całkiem sporo ścieżek rowerowych. Ścieżki są pozytywnym znakiem czasów, w Krakowie mają jednak pewną tajemniczą właściwość- kończą się nagle i niespodziewanie. No ale szczęśliwie są, a na owych ścieżkach, oprócz rowerzystów, spacerują sobie piesi. Bardzo sobie ten akurat trakt upodobali- jak mają do wyboru część pieszą i część rowerową, zwykle wybierają tą drugą. Przeważnie schodzą, jak nadjeżdżam, czasem uśmiechają się z zakłopotaniem. Ale nie zawsze. Bywa, że tarasują przejazd i to ja muszę zjeżdżać z drogi. Dziś dwóch macho- panów całego świata, też zatarasowało mi przejazd umięśnionymi cielskami. Jakoś się między nimi przesmyknęłam. Na rzuconą przeze mnie uwagę, że są na drodze dla rowerów usłyszałąm "G.. mnie to obchodzi." Cóż, radosny humor troszkę mi się zepsuł.


Wracałam sobie moim zabytkowym rowerem z pracy do domu (rower ma ponad 20 lat i jest jedynym, którego nie boję się zostawić przyczepionego do stojaka na kilka godzin pracy, drugi rower, z Trusiowym fotelikiem, służy do zadań specjalnych i nie jest porzucany gdziebądź) i napotkalam rodzinkę z trójką dzieci. W rodzicach poznałam moje koleżeństwo ze studiów- byliśmy razem w grupie, bawiliśmy się na swoich weselnych imprezach. Oni mnie tak od razu nie poznali, ale po zdjęciu słonecznych okularów i ich oświeciło- nie widzieliśmy się tyle lat...Chwilę szliśmy razem, zapytali mnie o dzieci (wiedzieli o Buni i Pawle, o Ciechu i Trusi wiadomości nie mieli). Czwórka ich zdziwiła, tym bardziej się dziwowali, jak się dowiedzieli, że Trusia ma dopiero dwa i pół roku. R. rzucił jakąś "typową" uwagę. Ciekawe, że rodzice trójki dzieci (wcale nie takich dużych, najmłodsze miało tak ze cztery lata, najstarsze może 11-12) nie potrafią zrozumieć, że można chcieć czwartego dziecka, można o nim marzyć, można się nim cieszyć i delektować, smakować każdą chwilę z nią spędzoną.
Czytałam ostatnio artykuł jakiejś pani ginekolog (hinduski z pochodzenia) na temat dojrzałego macierzyństwa, pisala, że może obo mieć same plusy. Dla mnie ma :)

 PS
Wracając jeszcze do randki rocznicowej sprzed tygodnia. Suflet czekoladowy z serem pleśniowym - poezja. Tarta z białą czekoladą- marzenie. Perliczka na ziemniaczkach z boczkiem i jarzynkach- pycha. Sałatka z grillowanych warzyw z orzechami i serem, którego nazwy nie pomnę- doskonała. Jeśli ktoś z Krakowian lub odwiedzających Kraków chce dobrze i elegancko zjeść, niech zajrzy na róg Poselskiej i Dominikańskiej. I nie zapomni sprawdzić stanu konta, bo tanio nie jest.
A po kolacji krótki spacer po wieczornym Krakowie. Reformacka późnym wieczorem, z latającymi całkiem sporymi nietoperzami to jedno z moich ulubionych miejsc. Kiedyś spróbuję napisać i pokazać mój Kraków- Reformacką, wiślaną skarpę w Hucie, anioły na cmentarzu Rakowickim, malowany w kwiatki kościół w Mogile. Muszę się tylko wybrać tam z aparatem.

 

21:34, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
Wczoraj

Wczoraj kolejny członek naszej rodziny stał się osoba pełnoletnią. Aż mi się wierzyć nie chce, że to już, że Starszy Syn skończył 18 lat. Była kolacja z pizzą, ciastem z czekoladową truflą, winem (które teraz pełnoletni może pić oficjalnie- kolejna nowość, do której trzeba się przyzwyczaić) i osiemnaście tea-light'ów do dmuchania- wespół z Trusią. Trusia bladym świtem koło ósmej pospieszyła z buziakami do solenizanta, który niecałkiem się orientował,co właściwie jest grane, a wieczorem śpiewała "sto lat" z wielkim entuzjazmem. Chociaż czasem się jej myliło, czy "sto lat" jest dla Pawełka czy może dla Trusi. Miało być pamiątkowe zdjęcie z tego wydarzenia,ale domowe komputery odmawiają po kolei posłuszeństwa, więc zdjęcie będzie w terminie późniejszym.
Za nami dni męczące. W miniony weekned wybrałam się li i jedynie  z Trusią do O. w celu odwiedzenia Babć. Reszta rodziny albo była nieobecna (Paweł na Woodstocku, Ciech u kolegi na wsi), albo zbyt zajęta, żeby nam towarzyszyć. Trochę się bałam, jak sobie damy radę bez Trusiowego osobistego asystenta, podającego soczek, wodę, paluszki, czytającego książeczki, wycierającego nosek i paszczę. Ale nie było źle. Dwuipółletnie istotki nie są wcale takie głupiutkie- po przeprowadzeniu poważnej rozmowy, przejęta Trusia całą drogę upewniała się, czy aby jest grzecznna, czy nie przeszkadza mamusi i czy mamusia na pewno w nikogo nie wjedzie i nie rozbije autka. A utworzona u Trusiowego boku konstrukcja  (pudełko po klockach duplo ustawione na podwyższonku, tak by Trusia mogła do niego sięgnąć i mieszczące wszystkie niezbędne gadżety) pozwalała na Trusiową samoobsługę. Śpiewałyśmy więc sobie piosenki, prowadziłyśmy inteligentną konwersację i całe i zdrowe dojechałyśmy do Babci i z powrotem do Krakowa.
Tymczasem P. z Bunią usiłowali pomalować kolejne pomieszczenie w Buniowym mieszkaniu- w tempie jedno pomieszczenie na dwa tygodnie wyprowadzka Starszej Córki ma szansę nastąpić we wrześniu.


Przy okazji wizyty u równoletniej kuzynki Tosi Trusia dostała napadu śmiechu słuchając, jak Tosia mówi. Albowiem Tosia mówi jeszcze mało. Opowieść o tym, jak Tosia wywróciła się na spacerze i potłukła kolanko brzmiala mniej więcej tak: "Tola papa, Tola bam bam". Truśka jak to usłyszała, to dostała, nie wiedzieć czemu, napadu śmiechu. Powtarzała to "Tola papa i Tola bambam" i zaśmiewała się do łez. A taka śmiejąca się Trusia, cała w rozczochranych loczkach, odziana w sukienkę w żółte motyle, wyglądała jak małe złośliwe słoneczko. Chwilke później dwie złośliwe Istotki opanowały łazienkę i zajęły się praniem Tosiowych książeczek oraz stwarzaniem powodzi na podłodze. Szczęśliwie upał wysuszył mokre ubranka.

Takie Trusiowe Słoneczko rozjaśnia się codzień rano na mój widok, rozświetla mi popołudnia w czasie wspólnego wędrowania na lody (lody stały się tradycją świętą i nienaruszalną, nie da się Trusi skierować w inna stronę na spacer. Innowacje są dopuszczalne, ale dopiero po odwiedzeniu lodziarni i przetestowaniu kolejnego smaku.), wyłania się z niewypłukanymi włosiętami z prysznicowej kabinki. całuje mnie na dobranoc. Jakie to szczęście, że jest:)

Pomału rozwija się we mnie przedurlopowa Reisefieber. Za tydzień rodzina powinna w dokach startowych oczekiwac na mój powrót z ostatniej przedurlopowej popołudniowej pracy (nie dało się jej odwołać). W nocy z 13/14 wyruszamy do moich ukochanych Włoch, do naszych włoskich przyjaciół, do cudownych krajobrazów Toskanii i Umbrii. Już się nie mogę doczekać widoku Ponte del Diavolo w Spoleto, spaceru uliczkami w Asyżu, widoku oliwnych gajów i cyprysowych alejek prowadzących do willi na wzgórzach, smaku włoskiego sera, dźwięku włoskiej mowy. Jeszcze tylko tydzień, jeszcze tylko trzy dyżury, kilka wizyt w przychodni, kilka stówek opisanych mammografii. I znajdę się w moim raju na ziemi:)

16:30, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Archiwum