RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
Dodane wieczorem

Bardzo Wam, kochana Grupo Wsparcia, dziękuję za dobre słowo.
A Trusia, jak zwykle, stanęła na wysokości zadania. Odrzuciła obawy o straszliwe badanie kału i pomaszerowala wczoraj dzielnie na spotkanie z nowym. Spędziła w przedszkolu jakiś czas (nie wiem dokładnie, jak długo była się adaptować, bo się z Pasią nie widziałam) i wróciła zadowolona. Dzisiaj nasza niezawodna Niania, której tez bardzo leży na sercu, żeby Trusia się w przedszkolu dobrze poczuła i lubiła do niego chodzić, pomaszerowała z Truśką do przedszkola po raz kolejny. Podziwiam ją za to, bo w Krakowie dziś jedna ulewa goniła drugą. Dodać do tego trzeba jeszcze wietrzysko wykręcające parasol na lewą stronę i temperaturę oscylującą w okolicy 10 stopni- aura nie zachęcała do wyściubienia nosa za drzwi. Ale one dzielnie ubrały kalosze, kurtki, wzięły parasole i poszły. Po południu Trusia poinformowała mnie z dumą, że zjadła w przedszkolu ziemniaki z zupy i całego jednego racuszka, pani czytała dzieciom bajki, śpiewali piosenki i bawiła się z inną Zosią.
Zatem jutro, mam nadzieję, powędruje Trusia do przedszkola na dłużej- kochana Pasia ma ją odebrać troszkę wcześniej niż będzie to robić w przyszłym tygodniu- żeby się Truśka przyzwyczajała stopniowo i bezstresowo.
Worek z podpisanymi kapciami i ubrankiem na zmianę zapakowany ("Bo gdybym tak się mamusiu zalała czymś albo kałużą, to muszę mieć ublanko. Bo inaczej byłabym cała mokla albo goła.") Tatuś Trusi zapowiedział u siebie w pracy, że pojawi się później z racji pierwszego dnia Najmłodszej w placówce edukacyjnej. I tyko ja zostanę pozbawiona pierwszych przedszkolnych wrażeń, tkwiąc na kolejnym dyżurze:(((

A poza tym- żegnaj lato na rok:( Kupiłam dziś Truśce zimową kurtkę- uległam panice, że bliżej zimy odpowiednich kurtek nie będzie. Jak jeszcze nie nawiedziliście sklepów po wakacyjnych wyprzedażach, to nie wiecie- królują tam zimowe okrycia wierzchnie, rękawiczki, szaliki i ciepłe czapki- no ale doświadczenie lat ubiegłych uczy nas, że tak zwana pora przejściowa powoli odchodzi w niepamięć...

Na koniec Królewna-Trusia w koronie z klocków duplo- ostatnie zdjęcie przedprzedszkolne;

22:18, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Wyżalę się

Tak własnie zrobię, wyżalę się w mojej prywatnej pamiętniczej przestrzeni. Najwyżej skasuję swoje żale za jakis czas, jak staną się nieaktualne.

W tym tygodniu mam trzy dyżury- poniedziałek, środa, sobota, potem jeszcze kolejna środa. W tygodniu, kiedy mojemu najmłodszemu Dziecku zmienia sie trochę świat, kiedy wkracza w kolejny etap swojego życia, ja zamiast jej w tym towarzyszyć będę w pracy. Czy dało się inaczej? Nie wiem, może sie dało, ale z życzeń dyżurowych koleżeństwa wynikało, że nie byłoby łatwo. Nadmienię, że w naszym sześcioosobowym gronie jestem jedyną matką przedszkolaka, pozostałe dzieci "pracowe" to późna podstawówka, liceum, studia i pełna dorosłość. Taki układ dyżurów implikuje konieczność redukcji pracy dodatkowej po południu i przeniesienia jej na rano. Zatem 1.09., w dzień i godzinę zero, zamiast mieć czas na spokojne odprowadzenie Trusi do przedszkola, będę ją musiała popędzać. Czasu na rozmowę z wychowawczyniami, ustalenie, kto Trusię będzie z przedszkola odbierał (a w naszym przypadku w grę wchodzi kilka osób i nie chciałabym, żeby którejś Trusia nie została "wydana", albo żeby odebrał ją, nie daj Boże, ktoś niepowołany)- zabraknie.

A poza tym dowiedziałam się- w niepodstawowej pracy- że od zarania dziejów, czyli odkąd tu pracuję (a mija już pomału pięc lat) nie drukuję dodatkowego papierka, który rzekomo drukować powinnam, choć to bez sensu. Przez kilka lat nikt tego nie zauważył (nawet coroczne kontrole ISO), a nie przypominam sobie, żeby mi ktokolwiek o tym w ogóle kiedykolwiek powiedział (szczęśliwie w portfelu mam notatki ze szkolenia w obowiązującym tu systemie , a w nich ani słowa o koniecznośc drukowania jeszcze jednego papierka). Papierek jest zupełnie niepotrzebny- po prostu bezsensowne marnowanie kolejnej kartki A4.  No ale taki to zakład- dużo klików w komputerze i dużo papierków w wielu kopiach. Badanie trwa 1/3 czasu, a pozostałe 2/3 wizyty poświęcam na klikanie, drukowanie, wpisywanie i pieczątkowanie.
W każdym razie mój perfekcjonizm cierpi.

I do tego późna jesień za oknami- leje, wieje i jest zimno.
Depresja murowana.
Wsparcie mile widziane.

 

12:00, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Matka niezbyt mądra

A to ja właśnie- ta dam!!!
Bo czy ktoś zna drugą taka, która będzie ganiać z podkolanówkami zakupionymi dla Córki (bo się nimi wcześniej zachwyciła), coby do nich dopasować resztę garderoby?! Bo się okazało- a właściwie nie miało się co okazywać, wiadomo było od początku, że Córce do niczego one nie pasują. No to teraz szukam...

Poza tym przeraziłam Dziecko i nie wiem, co będzie z tym przedszkolem. Mianowicie na śmierć zapomniałam- a może w ogóle z pamięci wyparłam- że przedszkolakom na wstępie robi się badanie kału. Fakt ten przykry uświadomiła mi moja niezawodna niania, a potwierdziła przez telefon pani z  przedszkola. Szczęliwie obiecała przyjąć Truśkę bez badań i tylko w najbliższym czasie mamy donieść wynik. Informuje o tym męża głośno w przytomoności Trusi. I już widzę, jaki błąd straszliwy popełniłam. Truśce mina rzednie i płaczliwym głosikiem oznajmia:
"Ale ja żadnego badania kału nie chce i nie będę miała."
No to staram się zrehabilitować, tłumaczę, że nic jej nikt robić nie będzie, że to tylko kupę ktos będzie badał- ona ją zrobi do nocniczka, ja (z najwyższym obrzydzeniem) odrobinkę do słoiczka wyłowię i zawiozę gdzie trzeba.  Na to Trusia, wciąż nie przekonana:
"To wiesz, ja będę kupę robić tylko do ubikacji i zaraz wodę spuszczę (proszę, jaka sprytna- ostatnio, ze "złośliwości" chyba, sikala na kibelku, za to kupe robiła do nocnika- żeby sobie matka mogła rzeczony potem szorować). Wtedy ty jej nie wyłowisz i żadnego badania kału nie będzie. A w ogóle to może ja do tego przedszkola nie pójdę, bo nie chcę badania."
No i masz babo placek- nie dość, że się Dziecko do przedszkola zraziło (miała iść dziś zobaczyć, jak tam jest, ale rano niespecjalnie się do tego paliła, stwierdziła, że raczej nie pójdzie, że może jutro..), to jeszcze ja będę miała kłopot i będę łowiła g. pływające w kibelku- alem sama sobie winna:(

13:28, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 29 sierpnia 2010
O czytaniu, miłości i filmie

Truśka, jak już wielokrotnie pisałam, uwielbia, jak się jej czyta. Ostatnio przy okazji molestowania o przeczytanie książeczki o Franklinie usłyszałam taki oto tekst:
"Mamo, poczytasz mi?"
Zaraz poczytam- biorę książkę, ale nie zaczynam od razu. Truśka zniecierpliwiona:
"Ale czytaj mi buzią, nie oczkami."
Jakiś czas potem, molestowana o przeczytanie kolejnej książeczki, mówię:
A może ty sama sobie poczytasz, co. Nauczyłabyś się wreszcie sama czytać.
TRuśka:
"Ale ja umiem czytać. Tylko nie umiem jeszcze buzią. Umiem czytać oczkami. I jeszcze blwiami czytać potrafię."- Tu nastąpiła seria skomplikowanych ruchów brwiami- ciekawe, czy my takie właśnie miny robimy, gdy jej czytamy?

Trochę się z Trusią przekomarzalam. Ona zapytała:
"Kochasz mnie?"
A ja jej na to:
Nie kocham.- Widząc jednak jej trochę zaniepokojoną minkę- bo a nuż świat się zawalił i mama kochać przestała, szybko cmokam ją w główkę. Trusia wyraźnie oddycha z ulgą:
"Kochasz, kochasz, bo tak mnie przecież całuskujesz, jakbyś kochała."

Trusia wielokrotnie w ciągu dnia zapewnie mnie, że bardzo mnie kocha, kocha aż do kosmosu. Ja zwykle jej odpowiadam, że kocham ją aż do nieba. I przegadujemy się, która z nas kocha więcej. W końcu Córka postanowiła zgłębić temat. Popytała, pomyślała i w końcu powiada:
"Kosmos zaczyna się tam, gdzie niebo, ale kończy się dalej. To ja cię chyba więcej kocham."
No tak rozumiejąc niebo, to pewnie więcej. Ale ja cię Skarbie aż do Nieba kocham.

Wczorajszy dzień planowaliśmy spędzić na wycieczce, gdzieś w okolicach naszego rodzinnego miasta O. Niestety, obudził nas ulewny deszcz, który ani myślał przestać. Zatem postanowiłam wysłać Męża z Trusią i Tolą do kina na "Jak ukraść księżyc.", a sama zostałam z moją mamą przed kompem i oglądałyśmy zdjęcia z Hiszpanii. Po powrocie pytam Trusię:
No i jak ci się podobał film?
"Podobał tlochę, a tlochę nie podobał. Bo był tlochę śmieszny, tlochę stlaszny i tlochę denerwujący."
O, a dlaczego był denerwujący?
"Bo już wiem, jak uklaść księżyc, ale nie wiem, jak go odklaść."

22:34, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 sierpnia 2010
Poranne zdziwienie

Wstaję rano, Truśka jeszcze śpi. Wyciągnięta na całą długość swoejgo łóżeczka (w jego obecnej, najkrótszej formie) wydaje mi się baardzo duża. Jakoś tak w poziomie jest bardziej długaśna niż w pionie- może dlatego, że jak stoi, to patrzę na nią z innej perspektywy i mi się optycznie skraca? Za chwilkę budzi się i Trusia. Idę ją przytulić i szepczę jej do uszka-
Jaka ty jesteś duża córeczko.
Truśka troszkę zaniepokojona pędzi do przedpokoju, staje przed lustrem, ogląda się uważnie z każdej strony. W końcu zdziwiona popatruje na mnie:
"Ja? Ja jestem duża? Nieee, ja jestem chyba taka jak jutlo (czasem się jej jeszcze jutro z wczoraj myli). Mniejsza jestem od ciebie."
Pewnie myślała, że przez noc mnie przerosła. Całe szczęście, że jeszcze trochę nam do tego momentu zostało.

17:22, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 sierpnia 2010
Co Trusia dziś robiła?

Wracam wieczorem do domu po całym dniu ślęczenia z głowicą w garści i wpatrywania się w monitor. Truśka już się pluszcze w wannie. Zaglądam do niej- cała się rozpromienia na mój widok. Zasiadam zatem obok niej i wypytuję, co robiła przez cały dzień.

"Z Pasią byłam dziś, ale klótko, bo Pasia szła do pani doktol. Bawiłam się w palku z Filipkiem i Majunią, a z Kingunią się tylko przytuliłam i już musiałam iść. A jak wlóciłam do domu, to się oblewałam łzami, że się nie mogłam z Kingunią pobawić. Potem z Pawełkiem budowałam zjeżdżalnię dla kulek (faktycznie, skomplikowana konstrukcja z dupli stała na dywanie w dużym pokoju). Z Wojtusiem jadłam obiadek- ślimaczki i koklecika panielowanego. I jeszcze byłam na zakupach i zlobiłam naleśniki (owszem, w całym domu pachniało naleśnikami). A telaz będę myła włoski, tylko mi tlochę pomóż przy spłukiwaniu. Albo nie, ty sobie odpoczywaj, a ja sama spłuknę."

Paweł opowiedział mi, jak Trusia wieżę-zjeżdżalnię budowała:
"Najpielw zbuduję płaskość tej zjeżdżalni. Potem zbuduję jej gólność (górność), a potem twaldość i miękkość."

Po kąpieli Trusia tradycyjnie oglądnęła dwie Świnki Peppy na kompie- w tym jedną ze swoich ulubionych, czyli o Bożym Narodzeniu. Pod wpływem filmiku rozmarzyła się i, już w łóżku, powiada do mnie:
"A wiesz, moim największym marzeniem pod choinkę jest dostać dzidziusia plawdziwego."- Coraz mi trudniej z tymi jej marzeniami i planami:(

W kąpieli usłyszałam jeszcze taki oto tekst:
" A jak się kosmitom zepsuła lakieta, to oni wołali- hjuśton, hjuśton, mamy ploblem."

Już po położeniu Trusi spać rozmyślam nad weekendową listą zakupów, które tradycyjnie robimy w piątki wieczorem. Jutro będę je musiala zrobić po pracy, bo wieczorkiem jedziemy nawiedzić nasze Babcie. Lista przeważnie zawiera te same artykuły i właściwie można by wydrukować taką wzorcową i potem z niej ew. wykreślać lub dorzucać te nieliczne nietypowe produkty. Robiąc tą na jutro uświadomiłam sobie, że nie znajdą się już na niej raczej danonki (które Trusia jada na drugie śniadanie) ani ślimaczki (które są z kolei podstawowym wsadem do pierwszośniadaniowej mlecznej zupki i podstawową skrobią obiadową, gdy nie ma ziemniaków). I żal mi się zrobiło, melancholia mnie normalnie ogarnęła nad tymi wyautowanymi z listy serkami i muszelkowym makaronem. Trusiek dorośleje, zaczyna nowy etap w swoim życiu i pomalutku od nas "odchodzi"- na razie to zaledwie kilka centymetrów "odchodzenia", ale z każdym rokiem będzie ich przybywało :( Chyba przy Starszakach nie przeżywałam tego aż tak bardzo- ale cóż, młodam wtedy była i głupia;-)

 A czy wiecie, co Trusia ostatnio z największym zapałem i lubością wyśpiewuje? Jedziemy sobie w sobotę do Batorysi, a tu Trusia ze swojego fotelika zaczyna:
"O mój lozmalynie lozwijaj się..."
A jak bardzo się angażowała w: "bagnet mnie ukłuje, śmielć mnie pocałuje ale nie tyyy."
Nie przypuszczalam, że zna aż tyle zwrotek- ja tam w 1/3 wymiękam.
Po powrocie zauważyłam na stole cały tekścik pięknie wydrukowany, a oprócz niego jeszcze Pieśń Konfederatów Barskich- się Mąż merytorycznie przygotował ;-)

I jeszcze jedno, póki pamiętam. Jakiś czas temu "ulubiony" nasz pies Krokiet nadżarł kolejną narzutę, A ponieważ od zdarzenia nie minęło wiele czasu, to został porządnie okrzyczany przez P., dostał nawet małego klapsa. Ja wiem, psom i dzieciom klapsów się nie daje, ale to już chyba nasta narzuta, o wcześniej zeżartych poduszkach i psich "łóżeczkach" nie wspominając. Zawstydzony tym co zrobił, poszedł z nosem zwieszonym na kwintę na swoje posłanko, a za nim podążyła przejęta Panna G.
"Klokiet, ty wiesz przecież, że nie wolno jeść narzutów. Bo one nie są do jedzenia. Pamiętaj, nigdy więcej nie jedz żadnej narzuty, bo cię mamusia z domu wyrzuci, a ty jesteś nasz i musisz z nami mieszkać."
Parę dni później Trusia po raz kolejny "wychowywała" Krokieta:
Nie wąchaj tego, nie wkładaj tu noska, tego nie wolno jeść. Bo to są falbki do malowania, a nie Chapi to jedzenia. Tam sobie idź do swojej miseczki i sobie wąchaj Chapi."
A ponieważ Chapi w miseczkach nie było, postanowiła Trusia dać jamnikom coś na deser. Wyjęła małe kosteczki i dzierży je wysoko nad głową. Jamory wyciągają szyje i podskakują.
"Jeszcze wam nie dam kosteczek. Chodźcie grzecznie na dywan. Na dywanie wam dam."
Co też uczyniła. Tylko dlaczego na moim nowym żółto-pomarańczowym dywanie, który pomalutku przestaje być żółty,a i pomarańcz powoli zanika?

22:51, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 25 sierpnia 2010
Nowy okaz fauny

Truśka wznowiła działalność plastyczną- rysuje, maluje "zaczarowanymi" farbkami, wykleja. Tematem jej dzieł są głównie akwaria albo coś innego wodnego.
Dziś po powrocie do domu wręczyła mi jedną ze swych prac- na kartce narysowane było coś, co ostatecznie można było uznać za nieco zwichrowane koło, z kropką pośrodku, od ktorej odchodziła koślawa kreska. Naturalnie wyraziłam stosowny zachwyt, a za temat dziela uznałam ślimaka (bo ślimaki też portretuje, ale one takie półwodne są). Na to Trusia się oburzyła:
"No co ty, nie widzisz. To nie jest żaden ślimak. To jest meduza ętliczna (???- nie pytajcie mnie, co oznacza ten przymiotnik, bo nie wiem, a Trusia nie potrafiła mnie oświecić. Po prostu ętliczna, z wyraźnie wymawianym Ę.) lądowa, z jednym parzydełkiem."
A zamieszkuje owa meduza "w wannach, jak jest sucho, zwykle jak jest bludna mieszka na dywanach i lusza parzydelkiem i wszystko bludzi. A jak zabludzi, to przychodzi taka lądowa lybka-odkurzacz i swoim językiem wszystko odkurza." A jada owa meduza tylko słodycze.

16:16, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 sierpnia 2010
Przedostatni wakacyjny weekend za nami

Wierzyć się nie chce, że zaledwie za tydzień z haczykiem rozpoczniemy nowy rok szkolny i nowy- przedszkolny- etap w życiu Trusi. Właśnie skonstatowalam, że kompletnie nie jestem na ten fakt przygotowana. Niby Truśka jest zapisana do przedszkola, przedszkole całkiem obce nie jest, niby pani dyrektor wszystko powiedziała... Ale kiedy to było, wieki temu! Właśnie doszłam do wniosku, że nie mam zielonego pojęcia, jaką wyprawkę moje Dziecko do przedszkola mieć powinno, czy w ogóle ktoś mi o tym wspominał, czy wystarczy, ajk pierwszego dnia pojawi się ze swoimi kapciuszkami i czy się nie okaże, że inne dzieci przybędą obładowane blokami, kredkami itp. Ratunku, i gdzie ja mam teraz tą wiedzę uzyskać?!!! Nie chcę, żeby Trusia już w pierwszym dniu poczula się gorsza, bo nieprzygotowana wlaściwie przez sklerotyczną rodzicielkę!

No dobra, na przedszkolne przygotowania mamy jeszcze tydzień. A za nami przedostatni wakacyjny weekend.
W sobotę wyruszyliśmy w Jurę na poszukiwanie Batorysi z Rodziną. Udało się ich znaleźć bez błądzenia, z czego jestem niezwykle dumna. Chociaż może to wcale nie zasługa naszej niezwykłej bystrości i orientacji kartograficznej (GPS-a nadal nie posiadamy, zresztą pewnie by nie zadziałał na hasło Batorysia- domek cioci Danusi), lecz precyzyjnych wskazówek Marysi;)
Namierzyliśmy Marysię w zaczarowanym leśnym domku. Truśka spędziła z Milą cudowne kilka godzin, bawiąc się w prawdziwym szałasie z sosnowych gałęzi, chlapiąc w dmuchanym baseniku (siedziały w  nim trzy sardyneczki- Trusia- sardyna wielka, Mila- sardynka filigranowa i Tadzio- sardynka najmłodsza), turlając, pełzając i wdrapując się "na pustyni", czyli w piaskowym polodowcowym wąwozie. A my delektowaliśmy się ciszą, miętową herbatą, plackami ze śliwkami, hiszpańskim białym winem i rozmową z przyjaciółmi. Było pysznie. I tylko szkoda, że na miejscu okazało się, że bateria w naszym aparacie się rozładowała i ani jednej fotki z lesnej głuszy nie mamy:( Ale może Marysia coś podeśle...

Niedzielę spędziliśmy na rowerach i w Ogrodzie Doświadczeń- na wyraźne życzenie Trusi. P. rozważa wykupienie rocznego biletu do Ogrodu- faktycznie, bardzo lubimy tu przychodzić. Upał dziś mocno dawał się we znaki, w pewnym momencie biedna Truśka wyglądala jak buraczek. Ale energia jej nie opuszczała. Po powrocie do domu szybko zregenerowała się kąpielą w misce na balkonie i po późnym obiedzie zaordynowala jeszcze wyjście na plac zabaw. A tam szalała z dwiema nowopoznanymi dziewczynkami, wdrapując się na dośc wysoką łódź-huśtawkę, a następnie z niej skacząc, pędząc na drabinkowo-zjeżdżalniową wieżę, wspinając się po pochylni, przepełzając przez tunel, zbiegając na dół, wdrapując się z powrotem na łódź, skacząc... i tak w nieskończoność. Patrząc na nią miałam zadyszkę od tego biegania i wspinania. Truśka zadyszki nie miała- ot, przywileje młodości;-)

23:40, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 sierpnia 2010
Zamiłowanie do anatomii

Trusia, jak juz wspominałam, panicznie boi się wszelkich wypchanych zwierząt. Na Orawskim Zamku zwierzaki takowe też były (jeden z panów na zamku założył tu w XIX w. muzeum przyrodnicze), a Trusia cały czas zwiedzania tej ekspozycji przewisiała na Ciechu, ze szczelnie zamkniętymi oczkami. Tak mocno się uczepiła, że nawet jej trzymać nie musiał.

Nie przejawia za to Trusia żadnych oporów przed kosteczkami. Może dlatego, że od urodzenia prawie "ogląda" zdjęcia rentgenowskie, więc widok kości obcy jej nie jest. Z wielkim zainteresowaniem oglądała też trójwymiarowe rekonstrukcje czaszki i innych części ludzkiego szkieletu na konsoli do tomografii komputerowej.
W Jaskini Staniszowskiej pod koniec zwiedzania wystawione były rozmaite kostki zwierzaków, które się tu zabłąkały i dokonały żywota. Ponieważ nie były one szczególnie cenne, pan przewodnik zachęcał, żeby je sobie pooglądać. Jedyną osobą z całej grupy chętną do bliższego zapoznania się z nimi okazala się Trusia. No i z konieczności też ja, jako anatomiczny autorytet. Truska podsuwała mi pod nos wygrzebane ze stosiku elementy zwierzęcych szkielecików i przepytywała, co to takiego. Nie zawsze udawało mi się rozwiązać "zagadkę", zwierzaki trochę się jednak różnią od ludzi, ale starałam się, jak mogłam.
Za jakiś czas przepytywała mnie Trusia, gdzie ona ma łopatki, żebra, bioderka. Trochę się przekomarzałam, mówiąc
O, te skrzedłka, co ci tam na pleckach wyrastają, to są łopatki. A tu gdzie masz te podusie sa twoje bioderka. I cala miednica zresztą.
Oburzona Trusia oponowala
"Jakie podusie, co ty sobie żaltujesz. Nie mam tu żadnych podusiów!"

Kilka dni później przepytuję ją.
A pamiętasz co masz tu na pleckach. No, te skrzydełka jak się nazywają?
"To nie są skrzydełka żadne. To sa te, no te... Zapomniala, co to są."
Próbuję jej przypomnieć.
No, tak samo się nazywają jak coś, czym się w piasku codziennie bawisz.
"Tak samo? W piasku? A może to są glabki (grabki)? A, i pamiętam, że mam też coś takiego do kąpania, wanienkę."

23:21, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Planów prokreacyjnych ciąg dalszy

Dzisiaj Trusia powitała Pasię okrzykiem:

"Wiesz Pasiu, a ja będę miała małą siostrzyczkę!"

Pasia zleczka osłupiała, a potem spojrzała na mnie podejrzliwie, więc szybko zdementowalam te rewelacje.
Jednak Truśka wydaje się mocno wierzyć, że los jej jednak młodsze rodzeństwo zapewni. Po obiedzie podeszla do mnie i powiada:
"Ja tak baldzo bym chciala mieć malutką siostrzyczkę. Ulodż mi ją, dobrze?"
No wiesz, ale nawet gdybym się zdecydowala, to musialabyś jeszcze trochę na tą siostrzyczkę poczekać, a w czasie czekania mogłoby ci się odniechcieć .
"Nie odniechce mi się, poczekam, To co, może w zimie mi ją ulodzisz?"
No nie, w zimie raczej już się nie da, pewnie gdzieś tak koło przyszłego lata buy się udalo.
"Dopielo? To ja już duża będę. Ale nieszkodzi, może być na następne wakacje, pojedziemy lazem z nią do Hiszpanii. To co, ulodzisz mi dzidziusia. Plosze!"
Ponieważ właśnie ogarniała mnie okrutna senność, a  Trusia oprócz namawiania mnie do prokreacji chciala rownież wciągnąć mnie w zabawę, zaproponowalam, że może pobawimy się w mamusię i dzidziusia- ja będę je małym dzidziusiem, a ona moją mamusią. A że dzidziusie dużo śpią, to ja będę przez chwilkę takim grzecznym śpiącym dzidziusiem. Niestety, podstęp nie zadzialał, Truśka spojrzala na mnie krytycznie:
"No nie, ty dzidziusiem być nie możesz. Jesteś na to za duża i ja cię przecież nie udźwignę!"
No i drzemka nie zostala zrealizowana:(

Za to jakieś dwie godzinki później Trusia się jednak mną zaopiekowala. Wybrałyśmy się na plac zabaw i już z niego wracałyśmy, gdy niechcący nadepneęłam na siedzącą w trawie pszczołę i ta użądliła mnie w stopę. Przyjemne to to nie było, w stopie tkwiło mi drgające żądło (początkowo do żądła przyczepiona była jeszcze pszczoła), noga rozbolala okrutne, aż łzy stanęły mi w oczach. No i trudno mi było iść dalej. Truśka początkowo bardzo się przestraszyla i wypytywała mnie, czy aby nie umrę od tej pszczoły, a potem zaczęła "akcję ratunkową"- zaprowadziła cierpiącą matkę do domu uspokając ją po drodze, że skoro nie umrze, to się pewnie i z użądlenia wyleczy, a w domu przyłożyla mi do stopy kostkę lodu i próbowala obkleić mnie plasterkiem ("Tylko nie z Hello Kitty, bo one są dla dzieci. Ale jak będziesz baldzo chciala, to ci plastelek z Hello Kitty też mogę dać."). No i bardzo zla byla na pszzołę, ktora tak niecnie rodzicielkę uszkodziła. Tłumaczyłam jej, że właściwie to moja winba była, bo to ja pszczołę niechcący nadepnęłam, a teraz biedna pszczoła ma gorzej ode mnie, bo straciła swoje żądło i już pewnie nie żyje. I kto nam miodek będzie robił?
"No tludno, pszczoła umalła pewnie. Ale nie maltw się, osy nam miodek zlobią. Osy są fajne, nie zostawiają żądła w czlowieku."
No, fajne są osy jak nie wiem;) Ale szczęśliwie w tego lata coś ich mało, nie przylatują rano na kawę, jak to robiły rok temu.

No i co ja mam z tą Trusią i jej planami zrobić?

A jutro jedziemy na poszukiwanie Batorysi gdzieś w Jurzei;) Jak blox pozwoli,a my trafimy na miejsce, to może będą zdjęcia.

22:44, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum