RSS
środa, 31 sierpnia 2011
No i co...

Ano właśnie, i co! Pisząc poprzdni, popołudniowy wpis w głowie kołatała mi myśl, że po natłoku wrażeń ostatnich dni trzeba dziś Córkę wyciszyć, pobyć z nią w domu albo na najbliższym placu zabaw, odmoczyć, bo od dwóch dni z powodu późnej pory wymigiwała się od kąpieli. O sobie też myślalam, że posiedziałabym w chałupie na tak zwanych czterech literach, lub, co bardziej prawdopodobne, polatałabym trochę na miotle i ścierce, ogarnęłabym okolicę, przygotowała rodzinie obiad na jutro, bo wracam dopiero po 20-tej.
No i co z tych planów wynikło?

Ano pojechałyśmy z Bunią na Widłakową do pani Kasi. Pobiegałyśmy boso po trawie, Trusia pozjeżdżała i powdrapywała się na zjeżdżalni, obserwując przy okazji "wspinaczy" w parku linowym, nazbierałyśmy bukiet ze stokrotek i dwie kieszenie kasztanów (jesień już puka moi drodzy). Bunia galopowała, kłusowała, skakała przez przeszkody.
A na deser:

Wyrosła mi pod bokiem druga miłośniczka czterech kopyt! Zupełnie niepostrzeżenie zaczęła Bunia realizować swój "wróżkowy dar" ;-) Kiedyś chyba pisałam, jak to nad łóżeczkiem ze świeżo narodzoną Trusią zebrała się jej najbliższa rodzina (prawie jak wróżki ze Śpiącej Królewny) i każdy wypowiadał zaklęcie- swoje plany na Trusiową przyszłość. Ja chciałam, żeby się uczyła języków, Ciech- żeby grała w siatkówkę i ogólnie uprawiała sporty, Bunia-żeby jeździła na koniach, Paweł- żeby nauczyła się grać na różnych instrumentach. Jak widać Starsza Siostra wciela pomalutku w czyn swoje życzenie ;-)
A Truśka prawie wcale się koni nie boi (chociaż poczęstować rumaka kostką cukru z własnej rączki się nie odważyła) i twierdzo, że chce już jeździć dłużej i sama!

Mały Człowiek z "globusem" na głowie ;-)

21:42, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Odwiedziny

Dzieje się ostatnio w Trusiowej rzeczywistości wiele- bo nie tak dawno była Słowacja z kuzynkami, Czatachowa w Milenką i Tadziem, powrót do przedszkola po wakacyjnej przerwie. A tu jeszcze od poniedziałku goszczą w Krakowie Nulka z Tatą. Niestety, z racji zawodowych obowiązków nie możemy poświęcić im tyle czasu ile byśmy chcieli. Dziewczynki zdołały się jednak dwukrotnie spotkać wieczorami, pobawić u nas w domu i wybrać na spacer na Wawel. No i uraczyć domową naprędce sporządzoną zupą pomidorową oraz, zdecydowanie mniej w moich oczach pożądanymi,ale jakże ulubionymi frytkami.

A propos fast foodów, czyli frytek (póki co Trusia nie spożywa jeszcze hamburgerów itp dań serwowanych w McD... oraz podobnych)- umowa była, że nie częściej niż raz w tygodniu (dla mnie i tak jest to za często, ale od momentu otwarcia w naszym najbliższym centrum handlowym KFC jest to maksiumum tego, co udało mi się wynegocjować z Córką)- dopiero środa, a to już druga porcja! Wydaje mi się chwilami, że walczę z wiatrakami, staram się, ale wbrew mej woli w domu materializują się żelki, gumy rozpuszczalne, lizaki... Chyba same wpełzają po kryjomu :( Trzeba uszczelnić drzwi i okna;-)

Prawdziwe przyjaciólki, prawda? :)

A tak na marginesie- co tam frytki i fast foody- pikuś. Syn Starszy przed zbliżającą się sesją poprawką roztoczył przede mną wizję wspaniałej kariery operatora dźwigu lub wózka widłowego, a Syn Młodszy w przeddzień rozpoczęcia nowego roku szkolnego przedstawił plany utrzymywanie się z zawodowej gry w Star Crafta itp. Naprawdę, małe dzieci to sama radość i tylko niewielkie potyczki o zdrowe odżywianie ;-)

15:43, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Jak nie ma pomysłu na tekst, to są zdjęcia

Bo pomysłu nie ma. Jasne, z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że weekend spędziliśmy w głębi Jury Krakowsko-Częstochowskiej, w miejscu dla mnie niezwykłym - cudownym domu w lesie, w towarzystwie Przyjaciół. Trusia bardzo czekała na spotkanie z Milenką, a od naszego zeszłorocznego krótkiego pobytu w tej okolicy wyglądała też  niecierpliwie ponownej wizyty w piaskowym wąwozie.
Cóż, w tym wieku wystarczy kupa piachu i ma się z tego jeszcze większą kupę radości.

Podczas gdy dzieciaki biegały, wdrapywały się, zbiegały, zjeżdżały na pupach, panierowały się dokładnie, wykopywały i zakopywały wielkie doły i eksplorowały las otaczający wielką piaskownicę, dorośli na szczycie piaskowej góry delektowali się zimnym winkiem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się pić wina w tak niezwykłej scenerii. Zresztą, czy w ogóle mi się zdarzyło pić je inaczej niż przy stole?

Zakochałam się w tym domu, w trochę rachitycznym lesie dookoła, z lekko zapuszczonym ogrodzie. Piękne, magiczne miejsce...

Dzięki Batorysiu :)

23:02, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 sierpnia 2011
Jeszcze jeden dyżur dzisiaj....

Ech, niestety na tym nie skończy się dyżurowa porcja z miesiąca sierpnia, bo 30-go ostatni sierpniowy, a potem mamy wrzesień i zacznie się porcja wrześniowa- na szczęście nie w takiej kumulacji.

Ale za to jutro- hip hip hura hura, czeka na nas piękna Jura :))) ( A to mi się zrymowało!)
Jedziemy poweekendować z Batorysią i jej rodzinką:) Truśka już się pakuje i planuje, jak to będzie się turlać w piaskowym wąwozie.

A w poniedziałek czeka nas spotkanie z Robertem i Nulą- też radość.

Czyli mamy zaplanowany całkiem miły koniec wakacji. Czego i wam życzę:)

18:43, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 sierpnia 2011
Jeszcze dalszy ciąg Słowacji

Moje ukochane miejsce, czyli Malino Brdo. Niestety, chatka, którą tam wynajmowaliśmy chyba ma nowego właściciela i już wynająć jej się nie da:( Ale sa inne chatki, więc kiedyś na pewno jeszcze tu zamieszkamy przez tydzionek lub dwa...

Trzy kuzynki- zwykle wdrapywały się i obsiadały każdy napotkany głaz.

Vlkolinec- wieś-skansen, wpisana na listę UNESCO. Niedźwiedzie "pasły się" na zboczu niedaleko stąd.

Każdy strumyk po drodze musiał być przetestowany.

Każde z naszych dzieci uwielbiało chodzić po balach. Zatem nie dziwota, że i Truśka to lubi.

Proszę się częstować:-) Nie wiem jak wy, ale my z Truśką uwielbiamy poziomki.

Zjazd na hulajnodze w dół Doliny Ździarskiej stał się już tradycją. A Truśka owe tradycje zjazdowe ma we krwi, pierwszy raz mknęła (wtedy na rowerze), siedząc sobie jeszcze w maminym brzuchu. Jeszcze troszkę i wsiądzie na hualjnogę sama- chociaż to wcale nie takie łatwe na jakie wygląda.

Kalosze, zalane po raz kolejny wodą ze strumyka, suszą się przed kominkiem. Zresztą tą parę musieliśmy zakupić w Mikulaszu, albowiem Truśkowe zabrane z domu postanowiły się w pewnym momencie rozpaść. A kalosze to absolutne must have na takim wyjeździe.

Tak się wchodzi w "czeluść" Dolinki Prosieckiej. Moim zdaniem spokojnie mógły tu mieszkać jakiś niewielki smok. Zresztą na plakacie, zakupionym w ubiegłym roku w sąsiedniej Dolinie Kwaczańskiej czai się gdzieś w tej okolicy smoczysko.

Mała wspinaczka na początek- i uwierzcie, nie ma innej drogi, dołem, tuż pod skałą, płynie sobie rwący strumień.

Nagroda na końcu doliny.

I jeszcze raz droga po skalnej ścianie- na koniec wyprawy.

Mogłabym tak jeszcze dłuuugo, ale na tym zakończę tegoroczną Słowację. I udam się na zasłużony odpoczynek przed kolejnym dyżurem. Trusia zaczyna mieć już powoli dość tego, że mama co dwa dni znika na całą dobę. W te wieczory, w które jestem w domu, nie chce mnie wypuścić z pokoju po porcji czytania i "rozstanie" kończy się rzewnym płaczem.
A czytamy dalsze książeczki o emocjach- za nami "Pogromca potworów i magia strachu" i "Zaklęte miasto i sekrety smutku", przed nami jeszcze "Bawian, Cudanna i pułapki zazdrości" oraz "Wyspa HopSiup i potęga radości". Niestety, zabrakło w internetowym sklepie Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego "Latającego śpiwora i masek wstydu". Jak już pisalam przy okazji "Smoka Lubomiła i tajemnic złości"- książeczki polecam waszej uwadze, bo fajne.

22:50, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 24 sierpnia 2011
Słowacja- fotorelacji dalszy ciąg

 

Jakby łowienie ryb- strumyczek tuz za progiem, można brodzić i taplać się do woli, moczyć w nim siatki i sznurki przywiązane do kijków, wypatrywać żab, nalewać przy okazji wody do kaloszków i dziwić się, że są mokre. Całe morze możliwości.

Znajoma fontanna- tradycyjnie najpierw rymsnęła jedna, niedługo po niej druga dziewczynka. I tradycyjnie zakupy robiły bez kompletnego przyodziewku ;-)

Wreszcie udało im się przejąć huśtawkę z opony. A w tym czasie najstarsza kuzyneczka jeździła sobie na koniku.

Dwa nielegalne zdjęcia z Jaskini Wolności- nielegalne, bo P. nie wykupił pozwolenia na fotografowanie za 10 euro. Bez lampy udało mu się zza winkielka zrobić więcej niż tylko te dwa zdjątka.

Prawe cała ekipa po wyjściu z jaskini.

A reszta zdjęć jutro, bo dziś blox utrudnia ich wstawianie. Za to dzięki dzisiejszym trudnosciom jutro będzie jakby nowy wpisik;-)

 

 

 

20:30, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Chwila do zatrzymania w pamięci

Dzisiejsze popołudnie. Za oknem burza, która bynajmniej nie odświeża powietrza. W domu my prawie w komplecie- tylko P. jeszcze nie wrócił z pracy. Ja rozleniwiona "zawiązuję sadełko" po sporej porcji razowego (to mam na swoje usprawiedliwienie) spagetti po bolońsku. A moje dziewczyny zabrały się za jagodowe muffinki. Patrzę na nie, jak mieszają, dodają, oblizują. Jedna duża, druga na stołeczku, żeby dosięgnąć. Mimo dzielących ich 18 lat tak dobrze się rozumieją, tak fajnie ze sobą współpracują. Patrzę na nie i czuję się tak zwyczajnie szczęśliwa:)

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 sierpnia 2011
Zator

Na podyżurowym kacu umysł Matki traci na byskotliwości, zatem jedynym pomysłem, jaki zakołatał w jej głowie na spędzenie niedzieli był Dinopark w Zatorze.

W końcu i tak planowaliśmy ten Zator nawiedzić, poza tym pogoda sprzyjająca, Dziecko chętne- no to jedziemy.
Wrażenia Matki-Krasiejów bije Zator o kilka długości! Po zakupieniu biletu, a przed wejściem na ścieżkę edukacyjną z dinozaurami należy narzucić na dziecko grubą czarną płachtę (nie zabraliśmy) i po omacku przeprowadzić je przez "labirynt" niezwykle kiczowatych rozrywek lunaparkowych. Potem można już wypatrywać dinozaurów w podmokłym lasku, koniecznie pryskając się wcześniej spray'em na insekty (takoż nie zabraliśmy). Dobrze jest mieć peryskop, żeby Dzieć w tłumie dorosłych zdołał jakiegoś gada wypatrzyć. Z punktu widzenia Matki to by było na tyle. A nie, jeszcze w wolnej chwili muszę sprawdzić te dziwne kości, co to sterczały szkieletowi w mini-muzeum z okolicy miednicy, bo nijak mi one nie pasują. No i jeszcze ta skala 1:1- też muszę sprawdzić, bo może poglądy na skalę zmieniły się od czasów, gdy chodziłam do podstawówki (a czasy te do zamierzchłych należą). Bo jak ktoś mi pisze, że dinozaur nie był co prawda wielkości myszy, ale raczej szczura, a stoi przede mną zwierz wiekszy ode mnie, to ja się pytam, gdzie żyją takie szczury? A może lepiej nie pytać... Albo patrzę na bydlę rozmiarów nosorożca, a tabliczka mi wmawia, że dinozaur ten był wielkości obecnej świni. Świni też dawno już nie widziałam, zatem gabaryty i tego gatunku mogły ulec zmianie, ale żeby aż tak! I co tam jeszcze- a, nie bawi mnie dinozaur, który znienacka na mnie sika lub pluje- ot widać po dyżurze i dowcip u mnie szwankuje.

No ale najważniejsze, że Truśka była zadowolona- miala rodziców tylko dla siebie, gadziny pomerdały do niej ogonami, pokiwały łapami i pomrugały żółtym ślepiem, a od czasu do czasu któryś zaryczał. Poza tym przetestowała zupełnie nieznane lody w formie małych zamrożonych kuleczek o smaku owocowym i wyszła z parku dumnie dzierżąc dinozaurowe jajko, które teraz siedzi w szklance z wodą i z którego za dzień lub dwa "wykluje" się dinozaur.

Zatem podsumowując- Krasiejów w dalszym ciągu polecam gorąco, Zator- tylko wtedy, gdy za daleko wam do Krasiejowa, albo nie macie innych pomysłów (ew. poza tłumnym sezonem, może wtedy jest ździebko lepiej). A my, podążając tropami dinozaurów, przetestujemy jeszcze Bałtów- może jesienią?

W nagrodę za zawód w Zatorze jadła Matka obiad w pałacu:

I zjadła na ów obiad najlepszy w swym niekrótkim żywocie żurek ( a może po prostu tak głodna była, że żurek ów wydał jej się prawdziwym niebem w gębie), całkiem niezłe pierogi ze szpinakiem i mus makowy na deser:) A tymczasem Córka, pomiędzy jednym kęsem a kolejnym, biegała boso po trawniku i szukała grzybów.
Obiad w pałacu- polecam. Spokój, cisza, zieloność, a do tego całkiem smacznie.

I to by było wszystko o niedzieli. Dobrego tygodnia wszystkim życzę. Mój będzie bardzo pracowity:(
A jak macie ochotę nas dalej czytać, to dajcie znać od czasu do czasu, że wpadliście do "Gertrusi";-) Bo kolejne załamki mnie nachodzą...(Jak już pisalam- ten typ tak ma.)

No to bywajcie!

22:08, dsmiatek
Link Komentarze (22) »
piątek, 19 sierpnia 2011
Ślubne plany

Trusia bardzo przeżywa plany matrymonialne Buni, których realizacja ma nastąpić za rok. Już czuje się pierwszą druhną i "napisała" nawet listę wszelkich niezbędności, którą to listę, pięknie opakowaną, wręczyła Buni. Żeby zaś lista nie zaginęła i wygodna była w użytkowaniu, zaopatrzyła ją Trusia w wieszaczek i "bransoletkę'.
A po południu zajęła się Młodsza Córka projektowaniem i wykonaniem nakryć głowy dla przyszłej młodej pary. Buniowe jest już gotowe, postanowiła je Trusia jeszcze tylko nieco przedłużyć- "tak, żeby welon sięgał do ziemi i żeby Tola mogła go nieść". Bo welon ma w Trusiowych planach nieść Tola, Trusia zaś zaopiekuje się kwiatami i obrączkami.

Oto Bunia i jej welon- jeszcze krótki:

A rozwiązanie zagadki fotograficznej z poprzedniego odcinka jest następujące- na zdjęciu widnieją dwa MISIE! Był jeszcze trzeci, ale się nie "ujął". To już bodaj trzecie nasze spotkanie z niedźwiedziami na Słowacji- tym razem miśki były daleko, stąd kiepsko je widać. Przed czasami Trusi obserwowaliśmy niedźwiedzia opychającego się jagodami z odległości zdecydowanie bliższej, a cztery lata temu misiek odwiedził nas w nocy na Malinnym, włamał się do komórki, w której składowaliśmy śmieci w workach przed zwiezieniem na dół do kontenerów i rozwlekł Trusiowe zużyte pampersy po całej okolicy, dokładnie wylizał kubeczki po serkach, śmietanie i jogurtach oraz doogryzał arbuzowe resztki. Nie dość że nie podziękował, to trzeba było potem po nim posprzątać!
Wiele lat temu udało nam się napotkać niedźwiedzia w naszych Tatrach- też opychał się przed zimą i szczęśliwie nie był zainteresowany naszą gromadką- byliśmy my-rodzice i nasze bardzo nieletnie dzieci- Ciech w nosidle miał wtedy zaledwie kilka miesięcy.

Wczoraj wieczorem pyta mnie Trusia, kiedy znów mam dyżur.
-W sobotę.
-"A czy sobota jest jutro?"
-Nie, dopiero pojutrze.
-"No tak, pojutrze to trochę lepiej niż jutro."
Ano lepiej, niestety pojutrze nadchodzi wielkimi krokami i będzie już jutro :(
A Truśka została zapisana na kolejną edycję kursu pływania i wzbogaciła się o nową piankę i czepek. Oraz o nowe kozaczki- w sklepach już królują ciepłe szale i czapki....

PS
Trusia asystuje przy moich wieczornych zabiegach "upiększających". Zafascynowana obserwuje, jak to wcieram w siebie coraz to inne mazidło- krem wyszczuplający brzuch- zielony, ujędrniający uda i pupę- beżowy, nawilżająco-regenerujący w górne i dolną część dolnych kończyn- biały, potem jeszcze kropelka kremu pod oczy i krem na paszczę. I jeszcze na stopy, żeby nie pękały. Część specyfików koniecznie chce na sobie wypróbować. W końcu, trochę skołowana tą mnogością pyta:
"A czy mamy jakiś specjalny krem na uszy? Bo chyba jest gdzieś taki krem do smarowania uszu? A czy naprawdę będziemy szczupłe po tych kremach? Sprawdzę jutro, czy spłaszczą nam się brzuszki?"
Z wieloletniego doświadczenia wiem, że raczej nam się nie spłaszczą, ale cóż, wiara ponoć czyni cuda;-) A co do kremu na uszy- hmm, znając moją słabość do mazideł i wiarę w ich moc, na pewno nabędę takowy, jak tylko gdzieś znajdę przekonującą reklamę lub inny artykulik chwalący absolutną niezbędność takiego specyfiku;-)

21:03, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 sierpnia 2011
Wspomnienia z wakacji

Trusia rysowała Chorwację: niebieskie morze, czarne kolczaste jeżowce (przy okazji zadała pytanie, gdzie jeżowce mają oczy, a jak się dowiedziała, że nie mają, to zaciekawiła się, jak zatem wypatrują jedzonka i gdzie mają buzie- szybki look w google i co się okazało- że mają jakiś narząd gębowy, zwany latarnią Arystotelesa!), kolorowe ryby, wilka morskiego (!- i nie był to bynajmniej pirat tylko stwór wielkooczasty z kończynami czterema, pływający pod wodą), był tez nurek i podwodny okręt z żaglem (Ale Trusiu, jak on z tym żaglem będzie pod wodą pływał? No jak, normalnie, przecież to jest nieprzemakalny żagiel!) i ze stryszkiem do spania (!). Było słońce, mnóstwo kolorowych kamyczków i Cake's Shop, czyli cukierenka, do której wstępowaliśmy na małe conieco.
Ech, wspomnienia....

W kąpieli: "Mamusiu, a jak jest ręcznik, to może powienien też być ocznik. Bo ja chcę teraz oczka wytrzeć, a nie rączki. To podaj mi jakiś ocznik proszę."

Z ostatnich dni na Słowacji- uwaga zdjęcia będą!

Wodospad Lucky:

I dwie matki po czterdziestce ze swoimi czteroletnimi Pocieszkami:

Zamek w Likavie:

Ogniem malowane:

Lubimy skanseny- ten był w Zubercu:

Taniec z kijem:

To dwa ostatnie dni wakacji w Liptowie. Zdjęcia z wcześniejszych niebawem.

A nie, jeszcze nie koniec. Proszę się uzbroić w lupę, lunetę czy inne powiększające urzadzenie. czy ktoś widzi CO TU JEST ?

22:52, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Archiwum