RSS
wtorek, 28 sierpnia 2012
Czy mnie kochasz?

Nie wiem, czy to taki etap wiekowo-rozwojowy, ale zaobserwowałam u obu naszych rodzinnych pięciolatek, że co najmniej kilka razy dziennie muszą wyznać miłość dozgonną swoim rodzicielkom, domagając się przy tym odzewu z ich strony, a nawet jak ów odzew otrzymają, to chociaż raz w ciągu dnia musza jeszcze zapytać i upewnić się, czy nadal są kochane.
"Kocham cię mamo, najbardziej na świecie."- Takie zapewnienie słyszę parę razy w ciągu dnia.
"A czy ty mnie kochasz?" 
No jasne skarbie, kocham cię też najwięcej na świecie ze wszystkich Truś.
Ale wczoraj przewrotnie na zadane pytanie "czy mnie kochasz mamusiu" odpowiedziałam
A jak myślisz?
"Kochasz, kochasz." 
Ooo, a skąd wiesz?
"No po prostu wiem."
Skoro wiesz, to po co pytasz?
"Bo lubię słyszeć, jak to mówisz. Lubię, jak mi mówisz, że mnie kochasz."

No właśnie. Każdy lubi, jak się mu mówi. Nawet, jak się wie, że jest się kochanym, to od czasu do czasu fajnie jest to też usłyszeć. Dobrze, że chociaż małe dzieci o tym pamiętają i można się grzać w promyczkach ich miłosnych wyznań.

19:50, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 sierpnia 2012
Niedziela

Najpierw zakochałam się w "Zakochanych w Rzymie" ( w samym Wiecznym Mieście zakochana jestem już od 14 roku życia). Potem zachwyciłam jedzeniem na barce Augusta- chociaż pierwotny plan obiadowy zakładał inne miejsce, ale z powodu dużej ilości osób w owym i przybliżonym czasie oczekiwania na obiad wynoszącym ponad godzinę trzeba było wdrożyć plan awaryjny. A potem rezeba się było już zwijać do domu.

Tymczasem truśka zaliczyła kolejny dziecięcy film bez naszego udziału. Przepadła nam już "Epoka Lodowcowa 4" i "Merida Waleczna" (chociaż Trusiowy Tatuś zapowiada, że zabierze Córkę na to raz jeszcze , bo sam chce obejrzeć), a dziś "Madagaskar 3". A potem rozrywkowała się (lub nie) w towarzystwie Braci i Siostry.

Z niedzieli zostało jeszcze  popołudnie i wieczór- trzeba się nareszcie zająć czymś pożytecznym

17:28, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 sierpnia 2012
Jak brakuje pomysłów

Jak brakuje pomysłów na sobotnie rozrywki, to zawsze można wysłać Męża z Córką do Aqua Parku.
Jak brak czasu na zagniatanie ciasta ze śliwkami, lub zapomniało się kupić śliwki, lub brak jest wolnego Męża lub Starszej Córki do upieczenia czegoś ambitniejszego, a Młodsza koniecznie chce popełnić jakiś wypiek, to zawsze można przetestować kolejne muffinki z pudełka. Na wczorajszych weekendowych zakupach wpadło Trusi w oko różowe pudełko, zatem dziś zamieszała samodzielnie babeczki Barbie. A potem miała uciechę zdobiąc je różowym lukrem.

Wyszły zjadliwe- zamieniłam wodę na mleko w cieście, a w lukrze wodę na sok z cytryny. Ale osobiście jak już mają być pudełkowe to wolę czekoladowe z kawałeczkami białej i czarnej czekolady z łyżeczką domowego dżemu lub jogurtowe. Trzeba będzie jednak przemyśleć kwestię własnego pieczeniowego lenistwa i popełnić w następny weekend muffiny z przepisu a nie z gotowej paczuszki.

Jak brak inwencji obiadowotwórczej, to można zajrzeć na Dwie Chochelki i zaserwować rodzinie bakłażany faszerowane kozim serem i suszonymi pomidorami. Pycha, a poza tym bakłażan jest taki piękny- co prawda piękniejszy w stanie nieprzetworzonym, ale zawsze radość z zakupu tak urodziwego warzywa.

A jak nie ma pomysłu na spacer, to zawsze można pojechać na Rynek, pogapić się na kamieniczki, wypić smoothie w Chocofee i poskakać z "Adasia".

Zresztą na Rynku i w okolicy zawsze znajdzie się coś ciekawego. Dzisiaj natrafiliśmy na targi staroci z jednej strony Sukiennic i targi cepeliowskie z drugiej. Był też pan z marionetkami, od których trudno było Truśkę oderwać- tak po prawdzie, to choć jest on stałą rynkową atrakcją, to dopiero dziś Trusia go zauważyła.

Jutro mamy obiecaną randkę z P., a sTruś będzie się rozrywkować ze Starszą Siostrą. Pogadają o obronie Buniowej pracy magisterskiej (5 września uprasza się o kciukościskanie), albowiem dzisiaj Trusia oświadczyła, że ma już dość rozmów o ślubie i weselu ;-)

Miłej niedzieli także dla was:-)

PS
A jak się człowiek nie umie odnaleźć we własnej chałupie i wszechobecna entropia go uwiera, to wystarczy sprezentować sobie nowego mopa i miotłę z gumowymi włoskami i oddać się orgii porządków. Od razu się lepiej na duszy robi.
A jak się człek przerazi, że brak portfela w torebce może oznaczać, że ktoś go ukradł, to wystarczy kurcgalopkiem wrócić do domu i z ulgą stwierdzić, że się ów portfel po prostu na komodzie zostawiło. Kamień z serca spada od razu;-)

20:41, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 sierpnia 2012
Problemy oświetleniowe i dylematy lokalowe

We środę jasnym wieczorem wsiadłam na rower i pojechałam na spinning (ano, pojechałam rowerem żeby pojeździć rowerem, mój typ tak czasem ma). Jak się skończył, to wieczór zrobił się już czarną nocą- niestety, skończył się mój ulubiony czas, gdy jasno było do 21.30, a optymizm i radość z tego powodu wypełniały moją duszę. Czarny wieczór sam w sobie nie byłby problemem, ale ja posiadam pewien malutki mankament jako dodatek do innych większych wad, mianowicie jestem niezdolna do włączenia światła w swoim rowerze. Malutki prosty ruch przytulający dynamo do koła dla mnie jest wyzwaniem, któremu sprostać nie potrafię. Już tyle osób mi udowadniało, że to łatwe i nie wymaga specjalnych kursów ni innego przeszkolenia, ale ja nie umiem i już! Wracałam zatem nieoświetlonym rowerem, szczęśliwie ścieżką rowerową biegnącą sobie chodnikiem. Jak wróciłam do domu, to naturalnie się "pochwaliłam", na co Trusia bardzo się zatroskała. Poczłapała do swojego pokoju, coś tam poszurała i poprzewracała, wreszcie wróciła dzierżąc w łapce swoją latarkę-czołówkę:
"Następnym razem weź sobie moją czołówkę mamusiu, żebyś dobrze widziała w nocy na rowerze."

P. wyleciał na dwa dni służbowo do Szwecji. Samolot powrotny był dość późno, do Balic miał przylecieć około północy.
"Mamusiu, a kiedy tatuś wróci?"
Jakąś późną nocą.
"Jak już będzie całkiem ciemno?"
No raczej tak.
"To jak on trafi do łóżka?"- zatroskała się Córka.
Trafił bezbłędnie.

Jako i Córka trafia każdej nocy do naszego łóżka, z którego jest pracowicie odnoszona, gdy w nim wieczorem zasypia. Zapowiedziała, że w swoim pokoju spać będzie być może, jak jej P. zamontuje baldachim.

I tu poruszyć wypada zapowiedziane w tytule dylematy lokalowe. Od pewnego czasu śpimy na środku dużego pokoju w towarzystwie Córki Młodszej (co widać powyżej), w którym również, z powodu chwilowego braku własnego lokum, sypia i Ciech. I pomyślałam sobie, że właściwie co najmniej dwa mniejsze pokoje są nam wobec tego zbędne i może należałoby je wynająć studentom czy innym "bezdomnym", skoro nam we czwórkę wystarcza jedna wspólna izba;-)
A jakby tak jeszcze Pawłowi rozkładac na noc łóżko na pozostałej wolnej przestrzeni "living-roomu", to i trzeci pokój mógłby na siebie zarabiać;-)

A gdy na dworze upał obezwładniający tak, że wyjść się nie da, można piknik urządzić we wspomnianym "living-roomie":

Psie smycze zaczepione na parasolu w słoneczniki służą jako telefony ew. winda.

PS
Z ostatniej chwili:
"Mamo, a dlaczego ty właściwie sprzątasz psie kupy? Przecież żuki-gnojarze nie będą miały co jeść. Z czego one kulki utoczą dla swoich dzieci? Co będą jadły małe żuczki?"- w głosie Trusi dźwięczy wyraźna pretensja, widać po kolejnorazowej lekturze "Kupy"* przejęła się mocno losem żuczków kupojadów.
Czasem sama się zastanawiam, czemu sprzątam, skoro te żuki w obecnych warunkach klimatycznych poradzą sobie z usadźką w trymiga. A żuków plastikarzy/szklarzy/papierkarzy i innych śmieciarzy natura jeszcze niestety nie wymyśliła, zatem wokół walają się rozrzucone przez tych co nie donieśli do śmietnika odpadki wszelkie i leżeć tak będą na wieki, chyba, że akurat ktoś ogłosi coroczną akcję sprzątania ziemi.

* "Kupa" Nicola Davies, Wyd. Dwie Siostry

16:39, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 sierpnia 2012
"Nie mogę przyjść, nie mogę przyjść na wesele..."

Już od pewnego czasu powstrzymuję palce od wyklikania tego, co w mojej duszy ostatnio uporczywie się tłucze, w motcie mając słowa oazowej piosenki z tytułu dzisiejszego wpisu. Może niektórzy znają cały tekst, a jeśli nie, to pewnie prawie każdy słyszał przypowieść o człowieku, który zaprosił na wesele rodzinę i przyjaciół, a ci wynajdywali różne bzdurne wymówki, żeby się od imprezy wymigać.

Do ślubu Buni i Grześka zostały tylko cztery tygodnie, a lista gości "rodzinnych" wciąż się kurczy. Bo "do Krakowa się nie wybieramy", bo "nie mam się w co ubrać", bo "nie mam pracy i nie mam co włożyć do koperty", bo "już w tym roku byliśmy w Polsce i kolejnego przyjazdu nie planujemy", bo "przyjadę, ale tylko, jeśli skoreluje się to z innymi sprawami do załatwienia w Krakowie", bo "nie lubię takich imprez i źle się na nich czuję" (a nota bene- ja też nie przepadam i też się źle czuję i osobiście wolałabym, żeby impreza miała bardziej kameralny charakter, a pieniądze, które zostaną wydane na zabawę młodzi mogli przeznaczyć na swoje, niemałe przecież na starcie potrzeby, ale nie mój głos miał tu decydujące znaczenie, staram się zatem dostosować w miarę moich sił i możliwości). Rozumiem, jak ktoś jest już mocno posunięty w latach i nie jest w stanie przyjechać. Ale pozostałe wymówki- no cóż...

Mam nadzieję, że dopiszą przyjaciele Bogny i Grześka- z tej strony nie słyszałam, żeby ktoś wymigiwał się od przyjścia i powoli kolejni zastępują wypadających z listy krewnych.

A z rodziną- pewnie spotkamy się na najbliższym rodzinnym pogrzebie. Bo jakoś łatwiej jest nam wspólnie płakać i narzekać niż się razem cieszyć. Łatwiej kogoś żegnać na wieczność niż witać w rodzinnym gronie nową osobę. Trudniej zrozumieć, że na ślub i wesele nie przyjeżdża  się po to, żeby przekazać Młodym mniej lub bardziej wypchaną kopertę, pokazać się w nowej drogiej kreacji (a propos kreacji- moją kupiłam za niewielkie pieniądze na wyprzedaży, ale solidaryzując się z niemającymiconasiebiewłożyć mogę ubrać jakąś starą sukienkę), tylko po to by się cieszyć, że wśród miliardów ludzi na ziemi kolejna dwójka odnalazła swoją drugą połówkę i modlić się (ci, co wierzą w modlitwę) lub trzymać kciuki (ci co o modlitwie dawno zapomnieli lub nigdy się nie modlili), żeby ich miłość przetrwała życiowe zakręty i żeby za lat pięćdziesiąt obchodzili złote gody wiedząc, że dzień 15.09.2012 był najszczęśliwszym dniem ich życia ,a wybór, którego wtedy ostatecznie dokonali najlepszym w życiu wyborem.
I chyba inaczej tych ostatnich słów zakończyć się nie da, jak słowem "amen". Zatem niech się tak stanie, niech tak będzie. Amen.

11:17, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
piątek, 17 sierpnia 2012
Uzupełnienie Słowacji- sobota w Jaskni Lodowej

Co lubię w Liptowie? To, że góry do wyboru do koloru- można wspiąc się na szczyty Zachodnich Tatr, można lajtowo pospacerować po dolinach, można w krótkim czasie przejechać w Tatry Wysokie, albo po półtorej godzinie znaleźć się w wąwozach Słowackiego Raju. Można na miejscu wybrać tatry Niskie, albo nieco dalej Wielką Fatrę. Jest i jezioro, czyli Słowacka Mara, są baseny termalne i aquaparki (tu niestety ceny do niskich nie należą, zwłaszcza jak się je przemnoży przez ilośc osób w rodzinie).  Dla żądnych mocniejszych wrażeń-można polatać na paralotni lub widokowo helikopterem, są parki linowe, quady, paintball i podobne atrakcje krew w mych żyłach mrożące. Są wspomniane już wcześniej hulajnogi, a z Chopoka można sobie na łeb na szyję samobójczą wg mnie trasą rowerem zjechać.
A jak pada? A jak pada, to zostają jeszcze jaskinie. Na sobotę mieliśmy zaplanowaną Dolinę Prosiecką- powtórka z ubiegłego roku (i nie tylko, byliśmy tam z pięciomiesięczną Trusią- wtedy optymistycznie zabraliśmy ją w wózku, licząc, że jak dolina, to podobna do pobliskiej Kwaczańskiej lub naszej Zdziarskiej i wózek sobie poradzi. Musieliśmy go porzucić zaraz na początku , gdzie grzecznie na nas czekał. A Truśka "powędrowała" dalej w nosidełku.) Niestety od rana w sobotę padało. Trzeba było zatem zastanowić się, która jaskinia najbardziej nam odpowiada (czytaj- w której my byliśmy najdawniej i w której jeszcze nie był nikt z pozostałych osób, które wakacjowały z nami). W Jaskini Pokoju byliśmy w ubiegłym roku (i jeszcze ze dwa razy wczesniej;-), w Liptowskim Janie dwa lata temu, w Warzeckiej też nie tak dawno. No to może Lodowa?
Pojechaliśmy zatem do Doliny Demianowskiej nawiedzić Jaskinię Lodową. Co w niej jest takiego niezwykłego? Ano lód właśnie, zalegający tam przez cały rok, jednak w ilości zmiennej. gdy lata temu po raz pierwszy zwiedzaliśmy ta jaskinię, to lodu było niewiele i czułam się zawiedziona, bo poza tym szatę naciekową Jaskinia Lodowa ma dośc ubogą, a i długa nie jest. Ale w tym roku było się czym zachwycać.

Jak widać  (trochę nieostro niestety) poniżej do eksplorowania jaskiń Trusia była przygotowana perfekcyjnie;-)

Liptów to takie nasze oswojone od ponad 10 lat miejscu- gdy go odkryliśmy przestaliśmy właściwie jeździć w polskie góry. Bo spokojniej tu, ciszej, mniej ludzi, a atrakcji, jak widać, moc. I niech taki pozostanie jeszcze przed wiele lat. Będę mocno kciuki trzymać. Miejsce dla mnie na wakacje wymarzone, wszystkomające. Bo ja zdecydowanie górolubna jestem.
Hmm,  może niedobrze, że ja go tak wcześniej tu reklamowałam? Może powinnam wpis przeredagować.... ;-)

No to do zobaczenia Chatko w Dolince za rok (marzył mi się Sylwester tutaj, ale zarezerwowany już i tego- i przyszłoroczny:-( )

 PS
A nas tymczasem dopadła już smutna rzeczywistość. Nie dość, że jesień wciąż za oknem, melancholia stosowna do tej pory roku w sercu, to w mieszkaniu wciąż rozpirz, a my większość czasu w pracy spędzamy (dyżury wtorek/piątek/niedziela/wtorek skutecznie zużyją resztki wakacyjnego odpoczynku i doprowadzą mnie do "normalnego" stanu zmęczenia i niewyspania).

15:47, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 sierpnia 2012
Wizyta

Dziś mieliśmy gości z Warszawy:-) Podziwiam Roberta i Nulę, że chciało im się jechać taki kawał drogi, na dodatek państwowymi kolejami, tylko po to, żeby pobyć z nami kilka godzin. I to w dodatku w taki dziwaczny świąteczny dzień, kiedy to co ciekawsze instytucje kulturalne są pozamykane, a pogoda bardziej przypomina październik niż sierpień. Obawiam się, że nie sprawdziłam się jako gospodyni i nie potrafiłam zorganizować im ciekawie czasu. Ale dziewczynki i tak wydawały się zadowolone z faktu, że mogą się znów zobaczyć, pospacerować po Krakowie, zjeść razem obiad, pogadać i pobawić się na przykład w puszczanie mydlanych baniek.

Ależ one są już obie "dorosłe". A wydaje się, że dopiero tak niedawno się poznały...

23:48, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 12 sierpnia 2012
Było- minęło, stanowczo zbyt szybko.

Dziś długa fotorelacja z tego, co za nami. 

Pierwszego dnia była tradycyjna wyprawa do pobliskiej stadniny, urozmaicona zbieraniem po drodze poziomek, podziwianiem grzybów, a tym razem dodatkowo spotkaniem z gadem, chyba żmiją i wsłuchiwaniem się w pomrukiwanie burzy, która nas osaczała ze wszystkich stron, a w końcu gdzieś zniknęła.

Drugiego dnia były emocje w Słowackim Raju. Wybraliśmy trasę przełomem Hornadu. Były łańcuchy, drabinki, klamry umocowane w skale, a pod nimi parę metrów nic i wreszcie rzeka. Dziewczynki dawały sobie świetnie radę, nawet Babcia dotarła do końca. I tylko powrót musieliśmy zorganizować inny niż na piechotę szlakiem, bo niektórzy mieli szansę nie dojść. Udało się wynająć terenówkę, która podskakując straszliwie na wertepach leśnej drogi dowiozła nas do naszego własnego wehikułu. Też były emocje.

 

Trzeciego dnia trzeba było wymyślić coś lżejszego dla nóg i psychiki, a także mniej czasochłonnego. No to wybraliśmy się lajtowo do najbliższej nam Doliny Zdiarskiej. Tym razem niedźwiedzi nie spotkaliśmy, mimo obiecujących tabliczek na początku trasy;-)

A propos niedźwiedzi- Truśka codziennie po zapadnięciu zmroku rozglądała się niepewnie dookoła, wspominała coś o powrocie do domu i własnego łóżeczka i upewniała się, czy aby domek jest "szczelnie zamknięty" oraz jakiej wielkości jest niedźwiedź i czy może dosięgnąć okien naszej sypialni na piętrze oraz czy wie, że jak rozwali okno łapą, to może się pokaleczyć szkłem z rozbitej szyby i czy to go zniechęci do podobnych działań. Po przeczytaniu powyższej instrukcji nt. zachowania się w przypadku spotkania z niedźwiedziem odetchnęła w wyraźną ulgą na wiadomość, że stojący niedźwiedź jest wyższy od niej "W takim razie nie uda mi się przypadkiem popatrzeć mu w oczy. Mam nadzieję, że na czterech łapach też mi się to nie uda."
Nowością w naszej Dolinie byłą sztolnia oraz takie oto stwory przy wejściu do niej: 

 

Oczywiście na koniec musiał być bonusik w postaci zjazdu w dół na kołobieżkach- zjeżdżali ci odważniejsi, mniej odważni zeszli sobie piechotką;-)

Dzień czwarty- znowu lajcik- Dolina Demianowska i spacerek do Vrbickiego Plesa. Po drodze nie zawiodły poziomki, nawet parę jagód się znalazło. A na miejscu zawsze głodne kaczki- jak zawsze;-)

Dzień piąty- Chopok. Wspomogliśmy się krzesełkiem:

Dziewczyny po wjeździe od razu poczuły straszliwy głód- niedźwiedzi, rzec by można, chcąc być w zgodzie z obowiązującym trendem;-)

Posilone bułkami z nutellą wdrapały się na szczyt:

Turyści poustawiali w drodze na szczyt takie kamienne "chopoczki", Trusia nie mogła być gorsza, zbudowała swojego, mikrusiego:

Kolejnego dnia wybraliśmy się do Doliny Raczkowej. Raczków nie było, za to poziomek- zatrzęsienie. 

Dnia siódmego pogoda zrobiła nam psikusa i zamiast do Doliny Prosieckiej udaliśmy się do Jaskini Lodowej- ponieważ miejsc na zdjęcia z dnia siódmego zabrakło, uzupełnię, jak blox doda bajtów. Dziś tylko widok na Demianowską:

Aby uspokoić ewentualnych zaniepokojonych- poza wędrówkami po górskich i dolinnych szlakach był czas także na inne aktywności- na kiełbaski z grilla i pianki na patyku pieczone w ognisku, na malowanie farbkami przytarganych z wycieczek kamieni, inną twórczość plastyczną przy pomocy kredek, farbek i plasteliny uczynioną. Było puszczanie latawca, mydlane bańki

wodowanie stworzonej własnoręcznie łódeczki w przepływającym tuż pod progiem naszego domku strumyczku

Były wieczorne spacery na naszą górkę za domem, z której widok nie ma sobie równych- po prawej Zachodnie Tatry, na lewo Niskie, z przodu Liptowska Mara, za plecami łąka, po której aż się chce pobiegać na bosaka, albo poleżeć i popatrzeć w niebo na chmury lub na gwiazdy. Albo chociaż pobawić się sianem i pozbierać kwiaty

Był czas na Carcassonne, Memory, wieczory przy kominku, zajadanie się przepysznymi "drożdżówkami" z Hypernowej w Mikulaszu (po prawdzie nie są to drożdżówki, tylko pyszności z francuskiego ciasta-za tą długą plecioną z kremem i kawałkami czekolady, o maślanym posmaczku tęsknić będę bardzo), czytanie. Tylko scrable się już w czasie nie zmieściły :-(
Sama nie wiem, jak to możliwe, żeby w ciągu jednego dnia aż tyle dało się zrobić i do tego jeszcze wypocząć! ;-)

Oj bardzo będę tęsknić za "naszym" domkiem w dolince. 
 

23:04, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
piątek, 03 sierpnia 2012
Przed wyjazdem o depilacji

Oj, nie wygląda, żeby Trusia została jej wyznawczynią. Przynajmniej na razie się nie zanosi. Chociaż uwielbia robić to co mama, wsmarowywać w siebie moje mazidła, malować pazurki moim lakierem, zakupiła dla siebie dezodorant lawendowy (bo mama kocha lawendę) i ma własne malinowe perfumy, które czasem jej podkradam, to jakoś depilować się nie zamierza.
A z depilacją było tak:

Wczorajszego wieczora patrzy Trusia ze zdziwieniem, jak jeżdżę sobie po  goleniach i łydkach depilatorem. 
-"A co ty robisz? A już wiem, chyba włosy sobie podcinasz." (Z racji osobniczych warunków nie depiluję się często, bo nie muszę, zwykle robię to na dyżurze w przerwach w pracy, żeby wykorzystać czas, zatem Trusia nie widuje depilatora, natomiast maszynkę do strzyżenia i owszem, chłopaki raz na czas używają.)
-A nie całkiem obcinam, raczej wyrywam.
-"Wyrywasz?"- na Truśkowej twarzy widać autentyczny przestrach.
-"A to boli?"
-Nie tak bardzo, właściwie prawie wcale. Chcesz spróbować? (Wiedziałam, że nie zechce;-)
-"A po co to robisz?"
-A bo elegancka kobieta nie może chodzić z włosami na nogach.
Trusia wyciąga odnóże do światła i przygląda mu się krytycznie. W końcu stwierdza:
-"Ja nie muszę się depilować.  Moje włoski na nogach są krótkie i białe. A poza tym one mi się podobają, nawet bardzo. I nie będę się wcale depilować!"

Ha, zobaczymy za parę latek ;-)

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z wami na czas jakiś. Jutro wybywamy w miejsce, gdzie nie ma internetu, gdzie leśna głusza tuż za oknem, gdzie strumyk płynie z wolna, a mała rzeczka z szybka (bo to w końcu górska rzeczka), gdzie mam nadzieję znajdziemy jeszcze, jak co roku o tej porze, poziomki, jagody i maliny i będziemy mocno wierzyćć, że żadne lisy na nie nie sikają. Jakiż zresztą wysokopienny musiałby być lis, żeby nasikać na maliny...
A może się nam uda wybrać na wycieczkę do Słowackiego Raju.... 

 


 

16:23, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 sierpnia 2012
Królewska gra

Ostatnio w repertuarze gier królują szachy. Bywa, że warcaby są w łaskach, ale szachy wyraźnie wysunęły się na prowadzenie. Trusia "dręczy" domowników, żeby z nią grali. Nie przepuściła nawet Ciechowi, który dziś wieczorem wrócił znad morza po całodziennej podróży autokarem. Nie pozwoliła mu się rozpakować ani wykąpać, tylko rozłożyła szachownicę. A czegóż się nie robi dla ukochanej Młodszej Siostry.

Truśka nagina oczywiście reguły gry dla swoich potrzeb i na przykład założyła, że wygrywa nie ten, kto zamatuje króla, tylko ten, komu się udało zbić najwięcej figur przeciwnika. Zatem nawet jak Ciech ogłosił "szach i mat" Truśka dokończyła grę sama, zbijając jego pozostałe pionki.

A na koniec dumna ogłosiła swoje zwycięstwo.

Armia wziętych do niewoli jeńców to "ci źli złoci" po lewej stronie zdjęcia.

Jak zwykle przed wyjazdem nie możemy z P. złapać tchu. Remont domowy kwitnie i ma się dobrze, a końca nie widać. Od dziś zamieszkujemy z Ciechem w jednym pokoju, do którego dodatkowo wprowadza się co wieczór Trusia. Jej pokoik niby skończony (układ mebli nie taki, jak ma być, ale musiały zostać wstawione niektóre meble z naszego pokoju, żeby na środku mieszkania nie stały). Trusia układa się codziennie w swoim łóżeczku do snu, po czytaniu zaś zabiera poduszkę i drepcze do naszego. Podobno powodem jest brak baldachimu nad łóżkiem;-) Narażamy zatem nasze kręgosłupy na wypadnięcie dysku, odnosząc ją jak już zaśnie. Nad ranem i tak wraca jak bumerang.

Z frontu robót fotka jedna:

Tak Trusia dzielnie pomagała przemalowywać swój pokój z pomarańczowego na zielony (pomarańcz był tak intensywny, że najpierw pokryli go farbą białą). Wpis stosowny miał zrobić P., ale nie zrobił i już zapomniał, co w nim być miało:(

Zaglądacie na bloga z Ligurii i Lombardii? Jest już prawie skończony. Jeszcze tylko wpisik lub dwa i będzie można uznać nasze tegoroczne włoskie wakacje za opisane.

22:38, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Archiwum