RSS
niedziela, 28 sierpnia 2016
Wróciliśmy:-)

Wakacje 2016 już za nami- jeszcze tylko trzy dni i rozpoczniemy nowy etap w szkolnej edukacji- Już mi się śniło, że sama poszłam do IV klasy i zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Mam nadzieję, że Trusia tego aż tak mocno jak ja nie przeżywa.

Na Słowacji było jak zwykle cudnie- to takie nasze miejsce na świecie, nasz mały prywatny raj na ziemi, gdzie ładujemy baterie i pozbywamy się stresów. Pogoda też dopisała, więc można powiedzieć, że był to tydzień idealny- jak zawsze;-)

Relacja niedługo.

20:56, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 sierpnia 2016
Za szybko się dzieje

Ja wiem, że się powtarzam, ale czas pędzi zdecydowanie za szybko, a tego lata jakby jeszcze przyspieszył. Dopiero co zaczęliśmy wakacje i pakowaliśmy się do Włoch, a tu już za nami i Trusiowy obóz w Koninkach, i Dania, Stan Truśkowe też już przeszły do historii. Dziś jedziemy jeszcze na ostatni wakacyjny tygodniowy wypad- tym razem na znajomą Słowację. A po powrocie trzeba się będzie pakować do szkoły....

A jeśli chodzi o rozwiązanie cukierniczej zagadki, to przedstawione na zdjęciu wypieki były zaczątkiem eklerków. Te, które raczyły spuchnąć i dały się przekroić, doczekały się nawet nadziania bitą śmietaną i lodami. 

Zaś na wierzchu ciasta ze śliwkami nie ma żadnej tajnej broni, śliweczki są przykryte warstewką ciasta, dzięki czemu lepiej się rozpiekają i wysychają.Zaś zwyczajem mojego Jedynego Męża jest usypywanie dla mnie serduszka z cynamonu:-)

Do zobaczenia za jakiś tydzień- na Słowacji jak dotąd nie mieliśmy internetu i może niech tak pozostanie:-)

10:17, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
czwartek, 18 sierpnia 2016
Letnie przyjemności

Oj, chyba pomalutku będą się kończyć:-(

Ale co mi tam, chociaż odzewu na te moje pisarskie wypociny nie ma, to, zgodnie z deklarowaną filozofią, że bloga piszę dla Gertrusi ku pamięci, wrzucę jeszcze kilka zakamuflowanych fotek dokumentujących przyjemności tego lata.

Chociaż smoothie i koktajle owocowe goszczą u nas często niezależnie od pory roku, to w lecie są najsmaczniejsze, bo ze świeżych sezonowych i jakże pysznych owoców. Zauważyłam u siebie dziwną obsesję- otóż trochę podświadomie dopasowuję kolor kubka do koloru napoju.
Oto przykłady proszę szanownych czytelników:

Koktail morelowo-bananowy w kubeczku z pomarańczowym dekielkiem:

jagodowy w fioletowym naczyniu:

a malinowy z czerwoną pokrywka i rurką:

Jakby co, na stanie są jeszcze dekielki zielone na wypadek smoothie z jarmużem czy szpinakiem oraz żółte do picia lemoniady i koktajlu bananowego;-) Chyba miałabym dużą psychiczną trudność w nalaniu sobie fioletowego koktajlu do kubeczka z żółtą lub zieloną pokryweczką. Ot taki nieszkodliwy bzik;-)

Życie balkonowe- jakoś bardziej kwitnie tego lata- pewnie dzięki hamaczkowi. Luliś też upodobał sobie nasz balkon i z zapałem na nim grasuje, kwiatki podlewa i ukrywa się pod kocykiem Hery- która nic przeciwko temu nie ma i chętnie się z Lulisiem dzieli nie tylko kocykiem, ale też swoimi zabawkami  i posłankiem:-)

A skoro o przyjemnościach mowa, to powstał już pierwszy- wielce przyjemnie smakujący- placek ze śliwkami, co niechybnie wskazuje na to, że jesień się zbliża, a lato pomalutku robi nam "pa pa".

Zaś w dalej w temacie wypieków pozostając zagadka- czym właściwie są- lub też być w zamiarze miały- poniższe piekarnicze wytwory Najmłodszej Córki?

zaznaczam, że zagadka do łatwych nie należy, albowiem wytwory w niczym nie przypominają bardzo popularnego ciastka, dostępnego prawie w każdej cukierni;-) Ale próbujcie, a nuż zgadniecie... A jak nie, to może chociaż jeden komentarzyk się pod wpisem pojawi...

 

 

17:11, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
środa, 17 sierpnia 2016
Kociaki

Wreszcie ściągnęłam z aparatu zdjęcia z kolejnej kociej wizyty w naszym domu. Tym razem kotałki nie boczyły się już wcale, od razu zajęły wszystkie najwygodniejsze i najbardziej mięciutkie miejsca. A także te dość zaskakujące jako miejsce odpoczynku- ale to pewnie skrzywienie "zawodowe" właścicieli psów;-)

Niech was nie zwiedzie podobieństwo- kociska są dwa, chociaż bardzo do siebie podobne.

20:41, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 16 sierpnia 2016
Prezent rocznicowy

Z okazji rocznicy ślubu ukochana Druga Połówka zamontowała mi na balkonie hamak-huśtawkę- jeden z punktów z mojej listy marzeń (chociaż akurat zapisany na niej nie był, ale Mąż pamiętał, że chciałabym się czasem na czymś pobujać).

Do bujania zbierałam się trochę- wciąż coś mi stawało na przeszkodzie, ciągle czasu nie miałam na pobyczenie się na balkonie. Ale parę razy się jednak udało.

Jednak samotność pisana mi nie była;-)

Potem mój hamaczek odkryli inni

Trusi też się spodobał. Nawet urządziłyśmy sobie małe kino balkonowe- jak widać na świecie sprawiedliwości nie ma, musiałam sobie inne legowiska zorganizować.

11:22, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 13 sierpnia 2016
Wróciła

Moja Najmłodsza Dziewczynka powróciła szczęśliwie zza oceanu. Stęsknieni byliśmy i ona i my. Wróciła pełna pozytywnych wrażeń, jakby doroślejsza. Pewnie wkrótce jakaś relacja z pobytu Trusi w USA. A póki co na blogu wakacyjnym ostatnie wpisy z pierwszej części tegorocznych wakacji- może ktoś zajrzy...

10:58, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Pożegnanie z Danią

Ostatniego dnia, po przygodach z parkowaniem w Kopenhadze i trochę zmęczeni dużym miastem postanowiliśmy sobie odpuścić. I chociaż jeszcze dużo nam a stolicy Danii zostało do zobaczenia, to niech będzie na zaś. Wybraliśmy przyjemniejsze spędzenie dnia i wybraliśmy się do Koge oraz na klify.

Koge jest uroczym kameralnym miastem z przepięknym centrum, gdzie co kroczek natrafia się na budowlaną perełkę. Przy odchodzących od rynku uliczkach stoją przepiękne kolorowe stare domki z tzw. muru pruskiego.

Bardzo oryginalny był plac zabaw na dziedzińcu muzeum- zbudowano go w formie wraku statku. Trusia ogromnie się spodobał więc spędziliśmy tu trochę czasu.

A mnie zachwyciły szafirki posadzone w rynnie pod dachem- sprawdziliśmy, były prawdziwe

Najstarszy dom w Koge z 1527- jest też jednym z najstarszych szachulcowych budynków w Danii:

A poniżej największy szachulcowy budynek w mieście, piętrowy dwór z 1644r. Obok niego odkryłyśmy z Trusią sklepik, w którym chętnie byśmy zrobiły zakupy, gdyby nie był to ostatni dzień i gdybyśmy już wcześniej nie wydały przeznaczonej na nie kasy. P. pozostał nieczuły n urodę króliczków, myszek i jeżyków Maileg oraz akcesoriów z nimi związanych:-(

Z Koge pojechaliśmy uroczymi wąskimi lokalnymi drogami w kierunku Stevns Klint. Nad samą krawędzią klifu stoi uroczy maleńki kościółek Hojerup Gamle Kirke, zbudowany w średniowieczu. W 1928r. część prezbiterium kościoła runęła wraz ze skałą, na której stała do morza.

Klify Stevns to miejsce piękne, z silnym przewieszeniem górnej części klifu. Nad morze schodzi się stromymi schodkami. Urządziliśmy tam sobie mały piknik.

Uwielbiam te obłe kamyki, które, gdy są mokre, mają tak różne kolorki i wzorki (na sucho już tak pięknie nie wyglądają). Sporo przyjechało z nami do Krakowa- nie mogłyśmy się z Trusią oprzeć ich urodzie.

W drodze powrotnej pomachaliśmy jeszcze uroczym domeczkom, które mijaliśmy codziennie jadąc na wycieczki,włochatym  krowom z grzywkami i wielkimi rogami- sąsiadkom naszego kempingu (niestety, nie udało mi się ich sfotografować, bo gdy pasły się w pobliżu, to mi się nie chciało, a jak już miałam aparat w pogotowiu, to się akurat przeniosły dalej, prawei czarnym świnkom bardzo przypominającym dziki, pięknym konikom biegającym po pastwiskach nieopodal miejsca gdzie mieszkamy. Bardzo sielska była okolica naszego kempingu.

Żegnaj Danio- do zobaczenia:-)

Tym razem promem płynęliśmy krócej, bo z Rodby do Puttgarten płynie się tylko 45 minut.

PS
Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na lekturę Trusi (miała ją ze sobą na klifach)- po przeczytaniu dwóch kryminałów z Flawią de Luce zabrała się za Ziemiomorze.

20:41, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Plany na przyszłość

Grunt to pozytywne planowanie. Wakacje 2016 powoli się kończą, jesień nieśmiało puka do okna,co powinno skłaniać ku melancholii. Ale przed nami jeszcze jeden urlop- na znajomej, oswojonej i lubianej Słowacji, w ukochanym Liptowie. Rozłożenie urlopu letniego na trzy kawałki nie jest wcale takie głupie- co miesiąc tydzień wolnego od pracy i codzienności. W październiku weekend W Drzewach- już się cieszę na październik. P. ma jeszcze przed sobą służbowy wyjazd baaardzo daleko, bodajże do Szanghaju - nie wiem, czy ta perspektywa bardziej go cieszy czy bardziej martwi. Ale on przynajmniej nie ma lęków związanych z lataniem- ja już bym przeżywała. Trzeba jeszcze coś fajnego wymyślić na październik, potem będzie już z górki- Mikołaj, Boże Narodzenie, wyjazd na narty i łyżwy z trusią na miejscu... I zaraz wiosna, dzień się znowu zacznie wydłużać, będzie można czekać na kolejne wakacje :-)

Dziś rano P. rzucił pomysł na dalszą przyszłość- za 20 lat, kiedy już znudzi nam się praca, kupimy kampera i pojedziemy w podróż dookoła świata- dookoła świata to może nie, ale dookoła Europy chętnie. I tego będę się trzymać, dzięki temu perspektywa starości stanie się mniej przygnębiająca.

A w najbliższej przyszłości- Truś wraca w piątek:-), dziś może wreszcie skończę relację z Danii. No i powstał nowy blog, a na nim pierwszy wpis z tegorocznych wakacji- jeśli ktoś chce zobaczyć więcej zdjęć z kolorowego Burano, to zapraszam:

http://wenecjaikopenhaga2016.blox.pl/html

Wkrótce- może nawet dzisiaj- kolejne wpisy z Włoch.

10:07, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 sierpnia 2016
Kopenhaga po raz drugi

Drugi raz w Kopenhadze był przyjemniejszy, bo trochę za pierwszym razem oswoiliśmy miasto. Tym razem zaplanowaliśmy Okrągłą Wieżę i okolicę, Pałac Królewski i oczywiście Małą Syrenkę.

Wstąpiliśmy też do katedry, która z zewnątrz zupełnie nie robi wrażenia, w środku jest trochę lepiej, a najładniejszy jest anioł- ponoć na Wawelu jest podobny tylko mniejszy, przez tego samego rzeźbiarza wykonany- musimy poszukać.

Okrągła Wieża przy kościele Świętej Trójcy jest wspaniała zarówno z zewnątrz jak i w środku. na górę wchodzi się nie po schodach ale szeroką, którą konno sforsował ponoć car Piotr I, zaś caryca Katarzyna wjechała na górę karetą.

Na tarasie widokowym można podziwiać dachy Kopenhagi i zajrzeć do obserwatorium astronomicznego- taki zresztą był cel budowy Wieży.

W samym środeczku Okrągłej Wieży znajdował się kiedyś środek Danii- od tego miejsca wykonywano pomiary odległości.

Z okolicy Kopenhaskiego Uniwersytetu powędrowaliśmy bocznymi 9a więc mniej ludnymi) ulicami w kierunku Amalienborga, czyli zamku królowej Małgorzaty.

Królowa chyba była na wakacjach, bo spacerujący po placu gwardziści byli jakby mniej odświętni, a zasłony w pałacowych oknach, przynajmniej od frontu, były zaciągnięte. W ogóle pałac wyglądał na opustoszały.

Odwiedziliśmy też bardzo reprezentacyjny kościół św. Fryderyka przy pałacu

A potem nadmorskim bulwarem udaliśmy się na poszukiwanie kopenhaskiej Syrenki.

Po drodze w Parku Churchilla chwilkę ochłodziliśmy się przy fontannie Gefron

I wreszcie Syrenka- P. udało się ją sfotografować bez dodatku skośnookich turystów- uwierzcie, wcale nie było łatwo

Od Syrenki wolnym spacerkiem wróciliśmy do samochodu, gdzie za wycieraczką czekała na nas niespodzianka, czyli mandat. Mandat w całości napisany w, niewątpliwie dla wszystkich zrozumiałym, języku duńskim. Ponoć- o ile dobrze ów duński zrozumiałam- zaparkowaliśmy na zarezerwowanym miejscu. Tylko skąd mieliśmy wiedzieć, że akurat te miejsca parkingowe nie są dla każdego, skoro paski były białe, miejsca nieprzekreślone, zaś przy niebieskim prostokąciku z literką P (jak parking- zrozumiałą dla przybysza z innej strefy płatniczej chociaż też z Unii) nie było nic napisane jedynie obrazek jakiegoś zygzakowatego kabelka z wtyczką. Owszem, urządzonka, do których owe wtyczki dało się ew. wrazić stały, ale pooglądaliśmy inne samochody, które obok stały i żaden nie był kabelkiem do niczego podczepiony, uznaliśmy zatem, że miejsca są ogólnodostępne. Wg policji czy też kopenhaskiej straży miejskiej nie były, więc wlepili nam mandat- nawet nie bardzo wysoki, cóż jednak z tego, skoro nijak nie udało mi się z duńskiego tekstu wywnioskować, gdzie też mamy ową karę zapłacić (ani dla kogo konkretnie zarezerwowane były miejsca parkingowe). Zatem przywieźliśmy mandacik na pamiątkę- istnieje jednakowoż możliwość, że, jako członkowie Europejskiej Wspólnoty, zostaniemy w domu wytropieni i mandat od nas wyegzekwują- może chociaż będziemy wiedzieli za co konkretnie i jak mamy go uiścić- o ile ktoś do nas w ogólnie zrozumiałej mowie przynajmniej angielskiej lub chociaż niemieckiej napisze. Na razie postanowiliśmy się nie przejmować.
Zresztą, już jeden mandacik zaległy za przekroczenie czasu parkowania we Florencji nam wisi- 9 lat minęło od jego zaistnienia, dotąd nic do nas nie dotarło- tamten wypisany był ręcznie w ogólnie wszystkim znanym języku włoskim- i chociaż włoski jest mi bliższy od duńskiego, to i tak nie byłam w stanie zrozumieć, gdzie właściwie mamy zapłacić karę. Ale przynajmniej wiedzieliśmy za co;-)

08:20, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 03 sierpnia 2016
W nekropolii duńskich królów

Pierwszy dzień w Kopenhadze trochę nas zmęczył, więc postanowiliśmy zrobić sobie przerwę od dużych miast i na kolejną wycieczkę udaliśmy się do kameralnego Roskilde, dawnej stolicy Danii. W tamtejszej gotyckiej katedrze pochowano wielu duńskich władców.

Ponieważ podróżujemy z Dziewięciolatką, to musimy też zadbać o "marchewkę" dla niej- chyba niewiele dzieci w tym wieku pasjonuje się królewskimi sarkofagami, trzeba pomyśleć zatem, żeby wycieczka i dla nich była przyjemnością. Zatem zanim dotarliśmy do katedry posililiśmy Trusię mrożonym jogurtem z dodatkami- ten deser jest jednym z jej lepszych wspomnień z wizyty w Sztokholmie;-)

W katedrze spędziliśmy sporo czasu, pewnie dałoby się jeszcze dłużej, bo jest to bardzo ciekawe i piękne miejsce. Truśka też się zainteresowała- choćby ruchomym zegarem, na którym do godzinę święty Jerzy zabija smoka, albo tajemniczą czarną marmurową płytą nagrobną, pod którą, według legendy, pochowano upiornego konia, ale też historią królowej-regentki Małgorzaty I, której grobowiec znajduje się w samym środku katedry, zaraz za głównym ołtarzem.

Ale prawdziwym hitem wizyty w Roskilde było dla Trusi Muzeum Łodzi Wikingów. Oczywiście wcale nie ekspozycja pięciu wyłowionych z dna fiordu oryginalnych łodzi, ale rozrywki "poboczne". Na placu muzealnym zorganizowano bowiem mnóstwo warsztatów tematycznie związanych z wikingami- można było pleść liny, pomóc kowalowi, zrobić sobie naszyjnik lub bransoletkę ze szklanych paciorków, nauczyć się runów albo zbudować własną łódkę.

Łodzie oczywiście też pooglądaliśmy

I na chwilę wcieliłyśmy się w wikingowe kobiety:

10:30, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum