RSS
wtorek, 29 sierpnia 2017
Reszta Danii zanim wrócimy z kolejnego urlopu

Nasze wakacje na Słowacji powoli się kończą. Zanim jednak na blogu pojawi się relacja z wędrówek po Tatrach, wypadałby skończyć temat lipcowej Danii. Zatem wróćmy jeszcze na chwilę na północ Europy.

Ribe- chyba najbardziej urokliwa miejscowość tegorocznego pobytu w Skandynawii. Niewielkie miasteczko ze starymi, kolorowymi domkami, pięknym ryneczkiem i ceglanym gotyckim kościołem, w którym w gratisie załapaliśmy się na targ staroci.

Będąc po zachodniej stronie Półwyspu Jutlandzkiego nie mogliśmy sobie odmówić choćby rzucenia okiem na Morze Północne, które w tym rejonie występuje pod tajemniczą nazwą Morza Wattów. Dopóki nie zobaczyłam na własne oczy, nie bardzo mogłam sobie wyobrazić, co to właściwie są te watty.

A one wyglądają tak:

Kolejne miasto odwiedzone w tym roku było trochę pechowe, bo właśnie tam, na parkingu pod Tropikalnym ZOO, ukradziono nam obie tablice rejestracyjne. Ale dopóki nie mieliśmy tej świadomości, z wielką przyjemnością chodziliśmy pod kopułami, wypatrując latających nam nad głowami ptaków, olbrzymich i mniejszych nietoperzy, małych małpek, leniwców, węży, motyli oraz innych zwierzaków.

Niestety w tropikalnej atmosferze zdjęcia nie za bardzo chciały wychodzić. ZOO ma też swoją część na wolnym powietrzu, gdzie na wielkim wybiegu biegają tapiry, z tarasu restauracji można podziwiać pantery, jest też część z całkiem zwyczajnymi "domowymi" zwierzakami jak świnki, kozy, krowy czy owce oraz oczywiście wspaniały plac zabaw i miejsca do odpoczynku i piknikowania.

W restauracji poza normalnym jedzeniem można też spróbować czegoś bardziej egzotycznego:

Tak, tak, te robale naprawdę można było sobie zamówić! My jednak nie zaryzykowaliśmy..

 

Po odwiedzeniu zoo planowaliśmy jeszcze przejść się po starówce w Randers, niestety odkryliśmy brak naszych tablic i zamiast rozkoszować się urokami starego miasta musieliśmy konferować z baaardzo wysokim duński policjantem.

Dzień przedostatni spędziliśmy w Aarhus. I był to błąd, bo na to piękne miasto koniecznie trzeba by poświęcić więcej niż jeden dzień. Niestety, musieliśmy się zadowolić wizytą w Skansenie i krótkim spacerem po mieście, na kiedyś zostawiając pozostałe atrakcje, choćby bardzo obiecującym z zewnątrz Muzeum Sztuki Współczesnej.

Na ostatni dzień zostało nam Odense, miasto Andersena.

W tym domu Andersen spędził dzieciństwo, zanim w wieku 14 lat wyjechał do Kopenhagi.

Truśkowa pamiątka z Danii- szmaciany żołnierzk, zakupiony w Centrum Andersena

W ogrodzie Muzeum Andersena

I tym oto optymistycznym kolorowym muralem kończę z tematem Danii 2017, przynajmniej na tym blogu. Wciąż mam nadzieję, że uda mi się stworzyć blog specjalny z większą ilością zdjęć.

A na razie wracam na Słowację- przed nami jeszcze dwa dni:-)

23:21, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 sierpnia 2017
Trochę Danii przed kolejnym wyjazdem

Wypadałoby wrzucić choć parę zdjęć przed kolejnym wakacyjnym wyjazdem. Zatem proszę- fotki z Danii- co prawda tylko z komórki, ale dobre i to.

Nasza plaża pod klifem:

Nasz najpiękniejszy namiot- mieszkaliście kiedyś w takim?

Zachody słońca o 22-giej:

Nad cieśniną Kattegat i w oceanarium

W poszukiwaniu kurhanów i runów w Jelling zabłądziliśmy nad jezioro wikingów;-)

Kościółek przy kurhanach:

Wtorek w Legolandzie:

cdn

15:58, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Foch to jej drugie imię

Może aż tak źle jak w tytule  nie jest, ale niestety Trusia coraz częściej strzela focha. Nadszedł nieunikniony czas, że najważniejsze są koleżanki i to spotkanie z nimi stanowi absolutny priorytet, któremu muszą się podporządkować pozostałe sfery życia. Muszę powiedzieć, że bywam tym mocno zmęczona.
Mam też powoli dość opieki nad Zmorką. Co prawda po zjedzeniu kawałka buta, mężowskiej komórki i połowy Truskowej matrioszki żadnych innych szkód nie poczyniła, ale codzienność z nią bywa uciążliwa. Niektóre rzeczy nie wynikają z jej winy- na przykład fakt, że codziennie zamiatamy całą górę jej zgubionego futra (na niej zaś zupełnie włosów nie ubywa), które zalega nie tylko na podłodze, ale też fruwa w powietrzu, osiadają na meblach, ubraniach, włażąc nam do ust i oczu. Z tego powodu mam wciąż podrażnione spojówki. Codzienna logistyka tez już zaczyna wychodzić mi bokiem- planowanie, kiedy odprowadzić Zmorkę do jej domu, kiedy ma przybyć do nas Hera, kiedy odstawić Herę do Buni i przyprowadzić do nas Zmorkę... Niestety obie naraz są nie do zniesienia, Hera pała do Zmorki wyraźną niechęcią, żeby nie powiedzieć, że wręcz nienawiścią, a uspokajanie ujadających psów i rozdzielanie ich, kiedy dochodzi do konfrontacji, do przyjemności nie należy. Poza tym boję się, że w końcu wkurzona Zmora może zrobić napadającej na nią, ale mniejszej Herze krzywdę.
Kolejny problem stanowią świnki, przebywającej na wygnaniu na szafie- od czasu do czasu któryś z psów przypomina sobie o ich obecności i usiłuje na szafę wskoczyć. Od tego wskakiwania mamy urocze szramy na meblu, mój drewniany anioł stracił skrzydło, a ja jestem na skraju wyczerpania nerwowego.

Jeszcze tylko parę dni i wszystko wróci do normalności. A za dwa i pół tygodnia koniec wakacji, wróci codzienna szkolna rutyna- jakoś wcale nie żałuję, że letnia laba dobiega do końca.

Tymczasem jednak przed nami jeszcze dwa tygodnie odpoczynku w górach. I zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego trzy dni w Sztokholmie. Bilety kupione, hotel zamówiony- możemy jechać. Co prawda jak tylko zarezerwowaliśmy niedrogi hostel w doskonałej lokalizacji, akceptując fakt, że łazienki są wspólne, to dowiedzieliśmy się, że nasz pokój nie ma okien, zaś pościel i ręczniki musimy sobie zapewnić sami, albo za nie dodatkowo dopłacić. Niestety wycofanie się z rezerwacji wiązało się z opłatą, poza tym inne niedrogie miejsca miały zdecydowanie gorszą lokalizację, więc uznaliśmy, że jakoś przeżyjemy, W końcu nie lecimy do Sztokholmu, żeby siedzieć w hostelu. Ale Trusia na wszelki wypadek focha strzeliła!

Przewiduję w najbliższym czasie kolejne walki o każde wyjście w góry, o jedzenie (obóz nie zmienił żywieniowych preferencji naszej Córki, a nawet ją w nich umocnił- co prawda jakby trochę schudła, albowiem obozowe jedzenie jej nie odpowiadało, zatem nie jadła, ale boję się, że w domu nadrobi straty:(), o pozostałe rozrywki ostatnich tygodni wakacji. Ale może jednak da się jakoś przeżyć i wypocząć, a nawet miło spędzić wspólny czas. I może wreszcie zająć się zdjęciami z Danii i Holandii- bo bardzo mi zależy, żeby wspomnienia tegorocznych wyjazdów gdzieś zostały utrwalone.

A na razie idę rozkoszować się samotności na dyżurze- bo domowym chaosie żadna praca mi nie straszna- byle nie w nocy, bo dzielenie łózka ze Zmorką sprawia, że nie czuję się szczególnie wypoczęta.

09:25, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 sierpnia 2017
Pojechała na wakacje...

A właściwie już wróciła, tylko na razie do Warszawy. Jutro P. jedzie po Truśkę i wreszcie się zobaczymy.
Dwa tygodnie bez dziecka- teoretycznie mogliśmy poszaleć! Ale tylko teoretycznie. Na "szaleństwa" musiał wystarczyć miniony weekend. Udało się pójść do kina, pojeździć, mimo upału, na rowerach i zaliczyć dwie knajpy z jedzeniem, na które Trusia popatrzyłaby zapewne z obrzydzeniem- no chyba, że coś się w międzyczasie zmieniło...
Ja to nawet trzecią knajpę zaliczyłam rzutem na taśmę w poniedziałek, w ramach spóźnionych obchodów imienin mojej Przyjaciółki- tam to pewnie Trusiowa nóżka całkiem by nie postała, gdyby jej właścicielka przestudiowała menu. Nawet duży wybór rozmaitych lemoniad by jej nie skusił. W każdy razie pysznie było, jadłam grasicę i policzek cielęcy z ravioli z zielonym groszkiem i miętą, pasztet z móżdżku na przystawkę, a na deser sernik z koziego sera na brownie z lodami buraczanymi. Ania delektowała się mulami z zielonym curry i lodami szczawiowymi z karmelizowanym koglem moglem- brzmi ciekawie, nieprawdaż?

W kinie też jedzeniem było tematem prawie przewodnim- w drodze do Paryża podróżująca wraz z francuskim przyjacielem Amerykanka zajada się miejscowymi smakołykami. A Paryż? "Paryż może poczekać"- bardzo sympatyczne kino:-)

Piątkowy wieczór- gruzińska Chinkalnia z widokiem na księżyc, Kładkę i moją ukochaną Cricotekę:

Sobota- brazylijska Carioca po zaostrzającym apetyt kinie:

Niedziela- Lulisia tańcząca na Rynku- też piękny widok;-)

Chociaż wianek na głowie utrzymał się tylko przez chwilkę;-)

Powrót do domu wypadł nam już w deszczu, ale po upałach zmokłam z rozkoszą;-)

 Ja tu o atrakcjach minionego tygodnia, a  tymczasem zaczyna się właśnie kolejny. Jutro P. jedzie do Wa-wy, a  ja będę się wcielać w rolę baby-sittera Lulisiowego, albowiem jej rodzice idą szaleć na weselu, jednocześnie pełniąc rolę dogo-sittera- od tygodnia mamy pod opieką szaloną Zmorkę. Co prawda jak razie P. stracił tylko kawałek buta oraz łatwy dostęp do komórki (po nadgryzieniu działa, ale ekran ma całkiem czarny, więc P. może po omacku odbierać rozmowy, a jak chce zadzwonić, to musi się udać do auta i podłączyć do zestawu samochodowego), ale wszystko jeszcze przed nami. Noce przesypiamy ze Zmorą we trójkę i nie jest to specjalnie komfortowe, albowiem nadaktywny zwierz budzi się parę razy, spaceruje oraz stara się okazać nam swoją wielką atencję oblizując nas po twarzach. Hercia zaś nocuje u Buni, ponieważ jej niechęć do Zmory sprawia, że przebywaniem z nimi obiema na raz jest okropnie uciążliwe.

Zupełnie nie mam czasu zająć się zdjęciami z Danii, tak naprawdę, to nawet ich nie widziałam. Od pewnego czasu wakacje są czasem laby tylko dla dzieci, my mamy jakby więcej pracy niż normalnie- tydzień urlopu skutkuje tygodniem nadrabiania zaległości, w czasie którego zaczynają narastać kolejne. Aż się boję jechać na dwa tygodnie, co nastąpi już w sobotę 19-go. Oczywiście cieszę się na dłuższy pobyt poza Krakowem, ale wolę nie myśleć, ile zaległości będzie na mnie czekało po powrocie.

Ale póki co cieszmy się chwilą i samotnością na dyżurze- dziś w nocy łóżko mam tylko dla siebie!  A potem już z górki- byle przeżyć jutrzejszy dzień z Lulisią i dwoma psami!

20:41, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum