RSS
wtorek, 30 września 2008
Aktualności garsteczka

Garsteczka tylko, bo mammografie czekały i powoli się spod nich wykopuję, poza tym "na dobry początek" w poniedziałek miałam już dyżur.
Córka w trakcie dwóch tygodni niewidzenia rozgadała się jeszcze bardziej. Usprawniła się też ruchowo- wspina się na krzesła, szafki, włazi do swojego dziecinnego krzesełka. I potrafi też sama złazić i wyłazić. Opanowała także sztukę wydobywania się z łóżeczka. Nic więc się już przed nią nie ostoi :( Poznała milion słów chyba, teraz ja się muszę uczyć, czemu one odpowiadają w dorosłym języku. Wiem już, co to znaczy "ąciek" - pączek niestety i to nie ten kwiatkowy:( Czyżby jakaś rozpusta z babcią na pączkowym polu była uprawiana? Podejrzenia są tym silniejsze, że Dzieć bezbłędnie wskazuje potencjalne źródła owych "ąćków". W słowniku zagościła też na dobre "olatka" (czekoladka)- także i w tym wypadku Trusia wie, gdzie "olatkę" da się znaleźć.Na szczęście niania jest twarda i udaje, że nic a nic nie rozumie.
Nowością jest też karmienie Trusinymi posiłkami lalusi, misia i czego tam popadnie. I kąpiel wraz z garnuszkiem i łyżką, które to rzeczy są absolutnie niezbędne do przelewania wody (czasem za wannową burtę).
No i wreszcie Trusia wzbogaciła się o całe stado nowych tyci-ząbków (tyci na razie, mam nadzieję, że urosną większe).
A co poza tym- czytamy. Trusiek ma nową ulubioną książeczkę z wierszykami dla dzieci- tymi z mojego dzieciństwa, z Tuwimem, Brzechwą, Konopnicką, chorym kotkiem... No i czytamy- "nagle ciuuuf, naggle puuuf- okomotywa" i "małzinek bambam" (ktoś wie, co to?).
Dziś zaczęłyśmy też nowy rok akademicki w Akademii Kreatywnych- początkowo Trusiek troszkę się boczył i czuł nieswojo, ale niebawem się odnalazła. Wykleiłyśmy lwa dla tatusia na Dzień Chłopaka, Trusiek zeżarł przy okazji trochę kleju biurowego, posmarowała sobie też pysiek, myśląc, że to szminka (albo wcale nie myśląc, tylko udając, że tak myśli). Trusia sama próbowała wydmuchiwać słomką mydlane banieczki, rozkładała i zbierała kółeczka i kwadraciki, kolekcjonowała biało-czarne piłeczki. Ułożyła nawet naleśniczki ze szmatek (albo hamburgera, jak kto woli). Bawiłyśmy się świetnie, dobrze, że zajęcia już się zaczęły i możemy brać w nich udział. W drodze powrotnej nazrywała jeszcze "onicinek" dla tatusia- ucieszył się, jak dostał. Każdy by się ucieszył.

No to tyle garsteczki. Nad opowieścią o NY pracuję, pojawi się niedługo.

20:32, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
sobota, 27 września 2008
Jestem

Wróciłam. Im byłam bliżej, tym bardziej tęskniłam. A tu samolot z JFK wyleciał z małym opóźnieniem, poranna mgła nad Okęciem groziła nam nieoczekiwanymi odwiedzinami w Gdańsku- na szczęście po godzinie krążenia nad Warszawą udało się nam wylądować. Potem samolot z Warszawy z opóźnieniem odleciał do Krakowa. A w końcu jak już serce wyrywało mi się, żeby szybciej do moich ukochanych polecień jakaś okropna turbulencja wstrząsnęła samolotem i myślałam, że tym razem jednak pewnie spadniemy i nie zobaczę już mojej Najcudniejszej. Opatrzność nie pozwoliła szczęśliwie na tak tragiczne zakończenie ( i pozbawiła was tym samym zapisanych w testamencie aniołków;)). A w Balicach czekał P. i Moja Śliczna.
Jakie było nasze powitanie? Wzięłam Trusię na ręce, a ona bez słowa przytuliła się do mnie, przylgnęła całym ciałkiem, złapała mnie za szyję łapkami, położyła główkę na moim ramieniu i tak trwała przez dobre parę minut. Nie ruszała się, nic nie mówiła, nie rozglądała po nowym w końcu miejscu. Tylko była i się uśmiechała radośnie (to wiem od stojącej obok nas mojej mamy). A mi łzy po policzkach płynęły, nawet teraz na same wspomnienie stają mi w oczach. Jak ja za nią tęskniłam... A ona za mną chyba jednak też.
A jak się już mnie nawąchała, natuliła, to podniosła łebek i wyszeptała miłośnie "mleki" :)
No i klops, bo mleki się odzwyczaiły :(

Resztę dnia spędziłyśmy w bliskim kontakcie. Czytałyśmy razem "Lokomotywę", zamiatałyśmy, myłyśmy podłogę zalaną uprzednio naczerpaną z psiej miski wodą, rozpakowywałyśmy prezenty, a Trusia odgrywała rolę świętego Mikołaja rozdając upominki, poszłyśmy na spacer z psami i podziwiałyśmy samoloty, które dziś wieczorem jakoś obrodziły nad naszym osiedlem. Jeden z nich powinen właśnie przywieżć Bunię.
Trusia tak była podniecona moim przyjazdem, że do wieczora nic nie jadła, dopiero w trakcie kąpieli przypomniała sobie o ugotowanych w desperacji "ślimakach" i wszystkie pożarła, dzieląc się ze mną co drugim:)

Tylko co będzie dalej z tymi mlekami???

21:20, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
piątek, 26 września 2008
Wracam :)))

Juz za 10 godzin- mam nadzieje- samolocik powiezie mnie do domku :) NY zegna nas deszczem- wiec nie zal odjezdzac. Przez te dwa tygodnie oswoilam sobie Manhattan i znalazlam miejsca, ktore polubilam. Jak sie uda, to kiedys tu wroce- moze z Ciechem- bo sa rzeczy, ktore powinien polubic, moze z Bunia polazic po sklepach, a moze z P.- pokaze mu sklep z obiektywami i innymi takimi, powinien sie zakochac i wsiaknac na dlugo. Zreszta, nie tylko w tym miejscu... Z Trusia niepredko- nie jest to miasto do mieszkania i odwiedzania z malym dzieckiem.

Trzymajcie kciuki za fruwajce samoloty ;) Do zobaczenia niebawem.

14:34, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 września 2008
Wiesci jeszcze nie zaswiatow ;)
Zyje, dolecialam- wiec na razie nie zglaszajcie sie po spadek, chociaz juz za mniej niz tydziej bedzie druga szansa ;) Ewoluuje- od kompletnego braku zrozumienia i zupelnego nielubienia NY, przez ostrozne zainteresowanie do sympatii- zwlaszcza do niektorych miejsc na Manhattanie. A teskonota- coz, wole nie myslec w ciagu dnia, zeby serce nie bolalo. Trusia daje sobie rade, tatus Trusiowy takoz, poniewaz babcia postanowila zostac przez tydzien. Rozmawiamy przez telefon i skype'a- Trusiek lapcie wyciaga, ja tez. Juz niedlugo. Do zobaczenia- beda zdjecia, chociaz wszystko tu jest tak ogromne, ze w obiektywie sie nie miesci. Takie to miasto przerosniete- domy za duze, muzea za duze, ludzi i samochodow duzo. Za to jedzonko...dobrze, ze na codzien takiego nie mam, kuleczka murowana;)
05:03, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 września 2008
Tęsknić będę

za dwiema najcałuśniejszymi stópkami na świecie. Nie ma takich cudów, które by te dwa grubaśne cudeńka przebiły. Gdzie ja rozum miałam, jak pół roku temu decydowałam się na wyjazd :(

21:05, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 września 2008
Pożegnanie

Tak to się zaczęło:

Ich pierwsze spotkanie, pierwszy błogostan na Trusiowej buzi, poczucie bezpieczeństwa i tego, że jest się na swoim miejscu, słychać stukanie maminego serca i na pewno nic złego stać się nie może.
Nigdy się chyba na nich nie zawiodła, zawsze były, gdy potrzebowała wyciszenia, utulenia, ciepła, odgonienia dzidziusiowych trosk i smuteczków. I zawsze pomagały na wszelkie nieszczęścia.
Dobrze nam razem było- moja przygoda z karmieniem piersią właściwie zawsze była piękną przygodą. Piękną opowieścią i pięknym wspomnieniem. Teraz ta ostatnia odchodzi powoli do świata wspomnień. Żal- chyba jeszcze nie do końca byłam na to gotowa- chociaż nasza symbioza trwa już prawie 19 miesięcy. To długo, być może wystarczająco długo. Jeszcze tylko jutro- o ile P. przywiezie mi Trusię na dyżur. I we czwartek. A potem - żegnajcie mleki :(

Jedno ze spotkań ostatnich.
Czyli kolejny krok zrobi Trusia do dorosłości, a ja pomalutku będę się musiała przyzwyczajać, że przestaje być już moja najmojsza, że pęka jedna z niteczek, które nas łączą. Wiem- dużo jeszcze tych niteczek zostało, co jakiś czas poluzuje się lub pęknie następna. Cóż- takie życie. A jednak żal.

Moi kochani- nie wiem, czy przed wyjazdem zdążę jeszcze cokolwiek napisać- tak dużo zostało do załatwienia i zrobienia. A ponieważ z natury Kubusia-Fatalistka jestem i nie wierzę, że coś tak wielkiego i ciężkiego jak samolot potrafi utrzymać się w powietrzu, a te oglądane codziennie z Trusią nad naszymi głowami są cudownym zjawiskiem, które niekoniecznie powtórzy się w moim wypadku, pozwólcie, że zostawię wam mój testament.
A więc- jeśli spadnę, rozbiję się, porwą mnie terroryści,... itp. zgłoście się do Krakowa- każdy po swojego anioła z mojej kolekcji. Powinno wystarczyć dla każdego. A jeśli jednak cud niespadania ciężkiego samolotu powtórzy się i tym razem- to do zobaczenia za jakieś dwa i pół tygodnia. I może zdążę wysłać anioły tym, którym bardzo bym chciała, a jeszcze tego nie zrobiłam.

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 08 września 2008
Najdzielniejsza moja

Muszę przyznać, że z pewna obawą udawałam się dziś z Trusią na szczepienie. No bo już zdecydowanie bardziej świadoma i pamiętliwa niż ostatnio.  Ale robiłam dobrą minę i obiecywałam Trusi wizytę u pani doktor, a potem może lodziki.. A tymczasem moja Dziewczynka mnie zaskoczyła. Najpierw pokokietowala pania pielęgniarkę, która nawazyła prawie 12kg Trusi i namierzyła jakieś 82cm. Potem poemablowała naszą ulubioną panią doktor. A na końcu wcale nie zauważyła, że jej jakąś igłę w łapcię wbijają, taka była zajęta obserwowaniem tego, co się dookoła znajduje, zaprzyjaźnianiem się z pluszowym bakteriem z wielkimi zębiskami i wyłupiastymi oczyskami i zagadywaniem pani pielęgniarki. Nawet nie pisnęła moja dzielna Córka. A Ciech, który szczepił się przed Trusią stchórzył- nie, nie przed szczepieniem, stchórzył przed potencjalnym nieszczęściem Trusi i uciekł z przychodni zanim Trusię zaszczepiono.
W nagrodę za dzielność udałyśmy się na poszukiwanie ślimaków- z wieloma się zaprzyjaźniłyśmy, naprawdę :) Potem popodziwiałyśmy króliki i rybki w sklepie, pojeździła Trusia chwilkę na karuzelce w centrum handlowym najbliższym naszego domu, a po powrocie oceniła pozytywnie prezent dla mojego jedynego Bratanka i nawet zaakceptowała, że to nie dla niej tylko dla "Enusia". Moja Cudna :) Jak ja bez niej dwa tygodnie wytrzymam :(

A mleki nadal nieodstawione. Dziś wreszcie wypisałam sobie receptę na bromergon, zalecony przez koleżankę-ginekolożkę. Coś mi się jednak zdaje, że dopiero w drodze do USA zacznę łykać te tableteczki antymleczne. No nie jest łatwo zerwać z nałogiem, niestety :( Jeszcze trzy dni....

22:06, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 września 2008
Sukces rowerowy
Sukces polegał na tym, że udało nam się dojechać z Trusią dalej niż do Parku AWF-u. Przytroczyliśmy Truśkę do rowerowego fotelika i pojechaliśmy sobie nad Wisłę, a potem pod Wawel. Trusia nawet niespecjalnie pragnęła "tupać", ledwie parę razy i bez przekonania zawołała. Podziwiała za to rzekę- "o eka, widziś?"duzia eka", kaczki i łabędzie, stateczki,a potem wawelskiego smoka. "Smok! Duzi!"- ponieważ smok ział ogniem, to całkiem ją zafascynował, a słowo "zieje" wprawiło ją w niezwykle dobry humor. Po podziwnięciu smoka pozwoliła się z powrotem przymocować do fotelika i pojechaliśmy Grodzką na Rynek, po drodze zakupując "lodziki". Trusia lodzików posmakowała, najbardziej przypadły jej do gustu czekoladowe tatusiowe, chociaż moje różane też chętnie lizała. Pokokietowała starsze panie niemieckojęzyczne, siedzące obok nas na murku przy kościółku św. Wojciecha, poadmirowała konie i bryczki (jedna to nawet przypominała karetę Kopciuszka!), odkryła pompę i kazała sobie umyć rączki, przy okazji podstępnie myjąc także "nuzie". Potem pozaśledzaliśmy dolary w kantorach- bo w końcu wyjazd mój tuż tuż, a pieniążki nienabyte- niestety najniższy kurs dolara mamy już za sobą :( A potem z niewielkimi protestami powróciliśmy do domu, gdzie Truśka z zapałem starała się opowiedzieć babci, co po drodze widziała. Pogadała też przez telefon z drugą babcią, a na koniec dnia olała swoją rodzicielkę. Tym paskudnym czynem wydawała się niezwykle ukontentowana, wręcz zachwycona, nieustannie pokazywała mokrą plamę na mojej bluzce i wołała "siusiu Tusia"- no siusiu Trusia, o!
A jutro wreszcie szczepienie. A w piątek rano...
21:33, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 września 2008
Beznianiowa klęska

No i stało się. Nadeszło niuniknione, czyli niania pojechała do Buska na trzy tygodnie, regenerować siły i naprawiać kręgosłup. Wczorajszy pierwszy dzień bez niani obstawiałam ja- po całej dobie w pracy. Przygnałam jak na skrzydłach parę minut po ósmej do domostwa, coby męża uwolnić do pracy. Cały dzień z Trusią, jak za dawnych dobrych czasów urlopu wychowawczego. Ale dobrze nie było. Najpierw okazało się, że lodówka opustoszała do piętki oscypka, resztki śmietany, paru Trusiowych danonków i resztki masła, więc w harmonogram należy wpisać zakupy. Look na mieszkanie wykazał, że panuje w nim zdecydowanie "męski ład", więc koniecznie trzeba sprawić, żeby ten "ład" stał się choć trochę "damski". A ponieważ w lodówce pustki, to można ją z prądu wyłączyć i pozbawić tych kilku kilogramów lodu, którymi obrósł zamrażalnik. Ale dobra, uwinęłam się z tym szybciutko, jeszcze zupę kalafiorową dla Truśki nastawiłam. Pierwszy schodek pojawił się przy próbie zapodania Trusi śniadania- odmówiła po paru łyżeczkach serka, który uprzednio osobiście wyciągnęła z rozmrażanej lodówki. OK- zapakowałam w takim razie banana na drogę, soczek, lalusię i inne konieczne spacerowe akcesoria i wyruszyłyśmy. Ponieważ dzieć wyglądał na zmęczonego, to załadowałam do wózka i wręczyłam butelkę- i tu pojawił się schod numer dwa- Trusia zaczęła ryk . Usiłowałam być twarda- wg Męża stanowczo za bardzo Trusi ulegam i wyjmuję ją z wózka już po minucie ryczenia, więc mała nie ma nawet okazji zasnąć. Proszę bardzo- próbowałam, żoładek nabawił mi się kilku dorodnych wrzodów w trakcie kwadransa nieugiętości. Rezultat końcowy- dotarłyśmy na obrzeża parku, wyciągnęłam uryczaną, zasmarkaną, plamista na paszczy (taka się robi jak płacze, zupełnie jak ja) i upoconą Truśkę, która przyczepiła się do mnie niby koalek. Obiecałam jej, że znajdziemy sobie ławeczkę w cieniu i tam zaparkujemy. Trusia na widok każdej ławeczki pochlipywała "w cieniu?" i pokazywała paluszkiem, czy ta mijana jest dobra. W końcu znalazłyśmy wlaściwą, zasiadłyśmy, Dzieć jeszcze pochlipując przytulił się do matczynej piersi, oczki zamknął i usnął. Całe szczęście, że w przypływie inteligencji wrzuciłam do plecaka książkę- mogłam sobie siedzieć z Trusią leżącą mi na biuście i podczytywać. Nawet przyjemnie było, ale długo nie trwała sielanka- co prawda mamusie i babcie przechodzące obok nas starały się zachowywać cichutko na widok śpiącej Truśki,ale młoda para (bezdzietna jeszcze na pewno, niestety) rozmawiała sobie swobodnie, co spowodowało natychmiastowe otwarcie niebieskich ślepi i podjęcie aktywności. Tak więc po półgodzinnej drzemce mogłyśmy przetestowac nowy placyk zabaw nieopodal, popodziwiać samoloty, zbadać zawartość wózkowego "bagażnika" bawiącego się na tymże placyku chłopczyka, po czym z triumfem wydobyć z dna owego bagażnika zapomnianą kukurydzianą chrupkę i spożyć ją z wyrazem rozkoszy na paszczy (Dziś zakupiłam takowe chrupki, bo może dzieciowy smak się odmienił. Poprzednia partia zalegająca szafkę od jakiegoś pół roku została oddana psom na pożarcie, bo trusia chrupek w poważaniu bynajmniej nie miała.) Potem powróciłyśmy do domostwa, chwilami pchając wózek brzuchem i targając Dziecko na rękach (o chuście nie pomyślałam pakując się na spacer). Szczęśliwie część drogi Truśka przetupała. Trauma wózkowa nie pozwoliła jej naturalnie dać się w nim chwilę popchać. Podziwnęłyśmy jeszcze pracującą koparkę- "kopala baby?"- ze zdziwieniem zapytała Truśia (czyli- czy koparka robi z piasku babki?), zakupiłyśmy chleb, jarzynki i owoce i znalazłyśmy się w domostwie. Zastałyśmy morze w kuchni, więc rzuciłam się do czerpania wody. W międzyczasie Trusia przejęła kubeczek z resztką śmietany i wylała zawartość na podłogę. W czasie gdy uprzątałam śmietanowe resztki Truśka zabawiała się nalewaniem mleka z otwartego kartonu do wiadra z wodą. Potem próbowała przejąć jajka (nie do uwierzenia, jak bardzo potrafi się wydłużyć pragnący czegoś dzieć), czemu szczęśliwie udało mi się zapobiec. Jedzenie obiadu to kolejne fiasko- Dzieć prasnął łapą w łyżkę i kalafiorowa wylądowała na matczynej odzieży. Dziś już wspomina mi się to lajtowo, ale był moment, kiedy miałam ochotę uciec, zamknąć się gdzieś, albo zamnkąć Truśkę i przez moment pooddychać. Na koniec rozmarudzony Trusiek znów przylgnął do matczynej piersi i usnął- tym razem do powrotu Ciecha, czyli na jakąś godzinę. A potem przyjechała Babcia, Trusiek wpadł w zachwyt (już od tygodnie wciąż powtarzała, że babcia do niej przyjedzie- "babcia jedzie do dzidziusia?"), matka została uwolniona na zakupy, a Mowlak udał się z Babcią podziwiać deszcz. Spacerowały pod domowymi arkadkami, wystawiały na chwilę głowy poza daszek, Truś stwierdzał "pada, palasiol nie ma" i wracały znów do spaceru. Zeszlo im z kwadransik. Wieczorkiem, jak już nie padało, Trusiek uzbrojony w kaloszki wyruszył na podbój kałuż. Oczywiście te najlepsze znów były na jezdni. Kaloszowo-kałużowa sielanka zakończyła się plaśnięciem pupą w sam środek kałuży.

A dzisiaj, wbrew moim obawom, Trusia świetnie współpracowała z Babcią- zjadła normalne śniadanie, wyszły na spacer, Trusiek w pewnym momencie sam wyciągnął do Babci łapki i oświadczył "lulu", dał się położyć w wózku i usnął, po spacerze zjadła michę pomidorówki ze ślimakami (jak zobaczyła makaron-muszelki, to radośnie zawołała "ślimaki am am") i ogólnie była bardzo milutka. A z sukcesów- powiedzenie "do trzech razy sztuka" się sprawdziło i udalo się dziś rano zarejestrować Trusię i Ciecha na poniedziałek na szczepienie- P. udał się pod przychodnię przed jej otwarciem i był trzeci! Ha- tak więc istnieje szansa, że w poniedziałek będziemy mieć z głowy szczepienia na jakiś czas. Mam nadzieję, że do tego czasu Trusi znikną trzy ogromne czerwone bąble, które pojawiły się wczoraj na jej policzku- pewnie coś ją użarło, ale ja po gronkowcu mam alergię na Trusine bąble.

Czyli co- już bym nie mogła być z Trusią przez cały dzień? Nie nadaję się na matkę całodobową? Czy to tylko taka przedburzowa aura była wczoraj i biomet niekorzystny?

Radosna Truśka w kałuży

i równie radosna, bo przyjechała Babcia.

21:37, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 września 2008
Niepokój

COraz wiekszy czuję niepokój, jak pomyślę, że za tydzień trzeba się będzie pomału pakować, że jutro nasza niania jest u nas ostatni dzień przed swoim wyjazdem trzytygodniowym do sanatorium. Jak Babcia poradzi sobie przez tydzień z Trusią, jak potem P. da radę przez dwa tygodnie opanować dom, Trusię i chłopaków... Początek roku szkolnego zamiast zorganizować i uporządkować nasze domowe życie tylko je utrudnił- chłopaki kończą lekcje w okolicach 15-tej, dodatkowo Ciech ma teraz zdecydowanie dalej do szkoły, więc musiałam poprosić nianię o zostawanie z Trusią dłużej o godzinę. Ciech nieustannie każe nam  coś podpisywać, w sobotę jest pierwsza wywiadówka (u Ciecha), w poniedziałek kolejna. Powinnam wykupić sobie jakieś ubezpieczenie do tych Stanów, a zupełnie nie mam kiedy. Wciaż wisi nade mną szczepienie Trusi (już spóźnione z powodu naszego wyjazdu, a potem urlopu naszej pediatry). Pierwsza próba zarejestrowania Trusi  (i przy okazji Ciecha, po przyszło wezwanie z przychodni, coby i jego zaszczepić) tradycyjnie się nie powiodła- o godzinie 7.40 nie było już wolnych miejsc na "zdrową stronę" na dzień następny. Jutro próba druga. Szlag mnie trafia z tymi szczepieniami- nie dość, że prawie za wszystkie płacę, nie dość, że skrupulatnie pilnuję terminów i dodatkowo funduję dziecku szczepionki niestandardowe, to jeszcze muszę jak za komuny wystawać pod przychodnią przed jej otwarciem, żeby się pierwsza rzucić do rejestracji i zdobyć dla mojego dziecka termin na owo szczepienie. Paranoja. Gdyby nie to, że lubię swojego pediatrę, znamy się jeszcze od dzieciństwa Starszej Córki, to wypisałabym się z tej przychodni. Tzn. się już wypisałam,. ale Truśkę póki co wolałabym zostawić u dr B.

A Truśka nauczyła się "magicznych słówek"- wczoraj rozsypała w przedpokoju okruszki z pudełka po ciastkach (wcześniej zabroniłam jej ruszać owo przeznaczone do wyniesienia do śmieci pudełko). Ja w tym czasie ścierałam na mokro soczkowe kapki z podłogi w pokoju. Trusiek po dokonaniu "dzieła" przyszedł skruszony i powiedział "pepasiam" i jeszcze buzi dostałam. Mówi tez czasem "plosie" i "ekuje". Nauczyła się słówka łokieć "okieć" i kolanko i wie, gdzie się owe części cielesne znajdują. Samolot został już "amolotem" zamiast wcześniejszego "buuu", do pojazdów dołączyła "opalka" (koparka) i "dzig" (dźwig). Doskonale wie, kiedy chce jej się siusiu i oznajmia to przed czasem, jednak do nocnika jest mocno zrażona i siadać nań nie zamierza, a na propozycję sikania do kibelka oświadcza "mamusia, pasia, tatuś siusiu" (znaczy się, że to my sobie do kibelka sikać mamy). Jest słodziutka i sprytna jak malutki Zagłoba-ponieważ wie, że ssać maminego biustu nie wypada, zwłaszcza w sytuacjach publicznych, to mówi "mleki buzi, tuli" i wycałowuje mój dekolt, pomalutku próbując się zbliżyć, do obiektu swojego pożądania. A tu jeszcze tydzien i nastąpi definitywne pożegnanie z "mlekami"- właściwie to czas już na to, ale też żal...

A jutro dyżur- oby nie taki, jak ten ostatni, piątkowy, bo tamten wyczerpał mnie intelektualnie, psychicznie i fizycznie- na dokładkę jeden z "moich" piątkowych pacjentów zmarł, drugi był reanimowany i nie wiem, czy żyje, a trzecia pacjentka jest w ciężkim stanie, ale na razie się nie pogarsza. Sobotni i niedzielny dyżur (szczęśliwie już nie moje) były podobne- jakaś taka zła passa:(

A wracając do Trusi- oto moja Najkochańsza z wczoraj i dzisiaj:

Poranne śniadanko 1.09.- wygryzła Tatusia z jego miejsca przy stole i zasadza się na jego kawę- Starszy Brat interweniuje

Przybij piątkę :)

Doskonale wiem, że się denerwujecie, jak staję na krześle i opieram się o oparcie

Ale kto by się gniewał na taką Trusię przecudną

Ach śpij, kochanie :-*

22:29, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Archiwum