RSS
poniedziałek, 28 września 2009
Warszawa

Zaczęłam powoli organizować weekendowy wyjazd- 16-18.10. I już prawie zarezerwowałam nam nocleg i już prawie wysłałam zań zaliczkę (Ewo, Krochmalna I)...A tu Mąż trudności zaczyna robić:( Że ponoć do Francji kiedyś tam będzie musiał lecieć/jechać!
I zaczynam się zastanawiać- czy wszystko odkręcić póki jeszcze nie zasupłane, czy Truśkę pod pachę załadować, wózek pod drugą pachę, plecak na plecy i olać Męża i jego Francję...
Starsza Córka przed swoim wylotem do Rzymu zgłaszała chęć wybrania się do stolicy- albowiem nigdy w niej jeszcze chyba nie była- wstyd!

No i nie wiem, czekam na ostateczną mężowską deklarację- jedzie czy nie. I przemyśliwuję, co też w tej Warszawie z Ponaddwuipółlatką robić będziemy.

Dwuipółlatka zaś, w ramach odwrotu od resocjalizacji, wyrzuciła dziś do kosza kotka- zabawkę swojej piaskownicowej koleżanki Kinguni. A dlaczego wyrzuciła? "Zieby był w kosiu wyziuciony." A jakby tobie Kingunia Jeżyca do kosza wrzuciła, to co byś zrobiła? "Nić bym nie źlobiła, bo Jezicia na śpacielek nie ziabielamy, Jezic w domku siedzi."
No i co tu z Draniem począć?...

 

 

22:31, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 września 2009
Trusia w kolorach jesieni

Dzisiejsza jesień była piękna i niech taka pozostanie jak najdłużej (chociaż złowieszcze pogodynki prorokują coś innego). Z bogatej oferty weekendowej Trusia wybrała ZOO, na brunch u Ziyada się nie załapaliśmy, gdyż Córka padła w drodze z zoologu i szkoda nam było budzić ją po zaledwie paru minutach.

A w zoologu załapaliśmy się na półtoramiesięczne tygryski, które tygrysica przenosiła w pysku z miejsca na miejsce i które baraszkowały sobie na wybiegu. Trusia była zachwycona: "Teź bym chciała mieć w domku takiego ładnego tyglisia lądowego." (Skąd ten lądowy to nie wiem, chyba od lądowego żółwia, którego Trusia również pragnie posiadać, a my to pragnienie całkiem poważnie rozważamy. Na fali ziwerząt "lądowych" później Trusia podziwiała "foćki lądowe"- hmm, tu już można mieć wątpliwości co do nomenklatury.)

Nastrój Truśkowy nadal pozytywny, uśmiecha się całą sobą, grzecznie prosi, jak czegoś chce, rozrabia w granicach rozsądku. Zasłonę milczenia spuścimy na popołudniowe ryki- można je jednak złożyć na karb zbyt krótkiej drzemki i zbyt późnego obiadu. Rycząca i wrzeszcząca Trusia została pozostawiona w pokoju na kanapie w celu samotnego wyciszenia, co nawet podziałało po dłuższej chwili.

A oto jesienna Trusia i jej "tyglyś lądowy"

 

A teraz specjalnie na prośbę Ryby moje nowe buty:

Czyż nie są rozkoszne- zupełnie jak z czasów modości mojej babci.

22:24, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 września 2009
Receptura z recepturką czyli przepis na pizzę po Trusiowemu

Najpierw należy przystroić Trusię w fartuszek (bo potem, z rękami oblepionymi ciastem, może być trudno) i przygotować sobie stolnicę otaz wszystkie pizzowe składniki. Potem na stolnicę nasypujemy mąkę- około trzy szklanki (dziś była tylko pszenna i biała, zazwyczaj jest razowa, ale się skończyła), wbić jedno jajo, dodać troszkę oliwy, szczyptę soli, a wszklance ropuścić połowę kostki drożdżowej w ciepłej wodzie, dodając drożdżom ociupinkę cukru "zieby siobie źjadły i lepiej losły". Potem Truś wlewa drożdżowy zaczyn do mąki i ugniata, ugniata, ugniata- aż ugniecie i zrobi z ciasta dwie kulki- na dwa pizzowe placki.
I teraz należałoby właściwie owe kulki pozostawić na chwilkę w spokoju, coby sobie urosły.
I zostały pozostawione, a Tatuś zajął się tworzeniem sosu, tyle że niezupełnie samotnie sobie leżały, towarzyszyła im Trusia.
I zaczęła w czyn przemieniać swoje nowatorskie kulinarne pomysły:


Otóż jako krok kolejny przy pizzotworzeniu należy otworzyć najbliższą szufladę i wyjąć z niej wszystko, co się tam znajduje.

Następnie narzędzia owe trzeba wypróbować, bo a nuż się nadadzą do lepszego wyrobienia ciasta i, być może, nadadzą mu niepowtarzalny smak i aromat oraz wyjątkową delikatność.

Może podnoszenie na łopatce do kremu sprawi, że lepiej urośnie...

Niekonwencjonalne dodatki zapewne sprawią, że smak ciasta będzie wyjątkowy

Raz jeszcze dodatki- gdyby komuś na wcześniejszej fotce umknęły

Spłaszczanie kulki na placek też można sobie unarzędziowić.

Trochę wzorków na cieście nie zaszkodzi.

Potem było już konwencjonalnie- placki powędrowały do piekarnika w celu podpieczenia, następnie zostały posmarowane pomidorowo-cebulowym sosem i jeden przetworzył się na pizzę z tuńczykiem i mozarellą, a drugi na wyrafonowaną pizzę z kurkami (wcześniej podduszonymi), która dodatkowo została posypana utartym parmezanem.

Jak widać- dało się zjeść.

A siły od takiej pizzy przybyło tyle, że dało się nawet wejść na głowę Starszemu Bratu ;-)

 

22:13, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Odmieniło się

Na szczęście Trusia powróciła już do formy. Po środowym apogeum w postaci mokrego łóżka, kupy w majkach i zsikaniu się na spacerze, już we czwartek zaświeciło światełko w tunelu. Co prawda moje wieczorne wyjście na plotki z przyjaciółką zostało okupione morzem łez, ale jak wróciłam Trusiek pluskał się radosny w wannie, a od piątku jest już całkiem normalną uśmiechniętą i łobuzerską Trusią. Nawet na placu zabaw, z bólem serca co prawda, ale dzieli się swoimi zabawkami z innymi dziećmi (ciekawe, czy taka "dbałość" o swoje to po prostu faza, którą każde dziecko musi przeżyć- wcześniej Trusia bez problemu pozwalała innym dzieciom na pożyczanie foremek i nie robiła z tego afery).

Pozytywnie odmieniona Trusia pomogła mi wczoraj w produkcji ciasta ze śliwkami i weekendowych zakupach. Wszystko poszło nam bardzo sprawnie, a śliwkowy placek smakuje doskonale. Chyba przekonam się do samodzielnego pieczenia, klątwa górniczej babki być może została przełamana;)

A dziś obudziła się  o szóstej i zaordynowała sikanie- posłusznie, aczkolwiek z zamkniętymoi oczami zaprowadziłam ją do łazienki. Potem pomaszerowała do kuchni, wydobyła z szafki resztki żelkowych dinozaurów i wyposażona w żywność powróciła do łóżka. DO mnie niewiele już z tego dotarło, albowiem wszystkimi siłami starałam się odespać nocne godzinne wycie alarmu aucianego pod oknem- przestał dopiero po interwencji policji. Trusiek powiercił się, pomruczał, pogłaskał mnie po twarzy i dekolcie, poszeleścił i poszedł spać, budząc się ostatecznie dopiero po ósmej z ostatnim żelkiem w objęciach- bardzo humanitarna Córka.

Po śniadaniu raźno pomaszerowała z Tatusiem na basen, a po powrocie udzielała się w przygotowywaniu obiadku, o czym będzie osobna notka. Po obiadku wsiadłyśmy obie na rower i udałyśmy się do parku AWF-u, który Trusia, wciąż pamiętając jednorazowe spotkanie z wiewiórką i licząc za każdym razie na następne, nazywa Parkiem Wiewióreczki. Tym razem także miała nadzieję na spotkanie z wiewiórką i na to konto zabrała ze sobą kilka orzechów. I proszę- dzień spełniania życzeń nam się trafił- jedziemy alejkami w kierunku placu zabaw, aż tu nagle Trusia zachwycona woła "Jeśt, jeśt wiewiólećka". I była, a nawet dwie- mniejsza i większa. Ta większa podkicała nawet do nas całkiem blisko i wzięła od Trusi orzecha. Drugiej orzeszka zostawiłyśmy pod drzewem, nie była taka śmiała. Truśce oczęta śmiały się ze szczęścia, biegała za wiewiórami, które się jej w oczach dwoiły i troiły. Zapytana potem, ile było wiewióreczek oświadczyła "Tsi, tsi wiewiólećki były. Jedna duzia, dluga mała i tsiecia teź duzia, i tak dalej..."
Potem pograsowałyśmy na placu zabaw, a na koniec odwiedziłyśmy nasze łabądki pod Plazą- młode są już takie duże jak rodzice i robią się coraz jaśniejsze.

Na jutro też mamy plany plenerowe i dylemat, co wybrać- czy anielski festiwal na Placu Wolnica, czy Muzeobranie w Świątnikach, Wygiełzowie i Andrychowie, czy może pojechać do Zatoru zobaczyć ruchome dinozaury i do Inwałdu do muzeum miniatur, czy- zgodnie z wolą Trusi- udać się do ZOO, a potem ewentualnie na brunch dziecięcy do Ziyada....Jest jeszcze Foczka Akrobatka w Molierze. No i pan Nowiński wreszcie pochwalił jakąś knajpę w Co jest Grane, można by przetestować...
Pewnie skończy się na zoologu, bo Trusia ma obiecany już od dłuższego czasu i trzeba skorzystać z ładnej pogody. Na Muzeobranie i miniatury jest chyba jeszcze trochę za mała, do Zatoru może pojedziemy w inny jesienny weekend, teatrzyk zostawimy sobie na zimę, a do Underground'u spróbujemy sobie pójść na randkę we dwoje.
No to na jutro ZOO i przetestujemy Ziyada- dzieci do lat 4 ponoć jedzą za darmo- się zobaczy...

Jak Trusia weselsza to i mój nastrój zdecydowanie lepszy. A jeśli dodać do tego cud-buty, na które natrafiłam we czwartek i które naturalnie zakupiłam, pęk czerwonych różyczek od męża i kilka słoików śliwkowych powideł także mężowskiej produkcji, to życie zdecydowanie wypiękniało:)

PS
A buty odlot kompletny, zakochałam się od pierwszego wejrzenia, co akurat w przypadku butów zdarza mi się niezwykle rzadko. Wygląją, jakby je wyjęto ze starej fotografii. I była to ostatnia para i akurat w moim rozmiarze- nawet się nie zastanawiałam, czy mam je do czego ubrać, musialam kupić, choćbym potem miała dokupić do nich resztę garderoby. W domu się okazało, że tak źle nie jest i już w piątek nowej buciczki pojechały wraz ze mną do pracy- rowerem, bo na rower też się odbraziłam.
Na fali tej szczęśliwości zaczynam planować październikowy weekend w Warszawie...

Wszystkim wspierającym mnie w chandrze bardzo dziękuję za dobre słowa:)

20:24, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 września 2009
Apel do Iksińskiej

Kochana, wpuść mnie na swojego bloga, proszę:)

22:18, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 września 2009
Duta

Duta ma długie uszy, duży nos, zębiska, wielkie pomarańczowe futro w czarne paski, długie nogi, kopytka i długi ogon. Mieszka w Indiach w trawie, jak się budzi w nocy to ucieka, bo nie ma klatki. Je mięso i ziarenka. Duta mówi "odest".
Trusia dziś takie zwierzątko sobie wymyśliła, a następnie ulepiła szkielet z ciastolinki. Szkielet duty składał się z wielu kulek. Potem Trusia narysowała swoją wersję duty, a Paweł swoją. W na końcu Trusia przylepiła do obu dut szkielet, mówiąc, że "elementuje" duty.

I to byłoby na tyle w kwestii doniesień z kategorii "fajne". Bo teraz będzie kategoria "niefajne".

Ktoś mi moje dziecko chyba podmienił, bo od kilku dni wyraźnie nie jest sobą. Już pisałam, że zaczęła się wstydzić zagadujących do niej sąsiadów i obcych. Chowa się, kuli, zasłania oczka, udaje, że jej nie ma. Gada czasem tak niedbale, że trudno ją zrozumieć. Rozmarudziła się, próbuje wszystko załatwić wrzaskiem, a czasem zabiera się nawet do rękoczynów. Ponoć bije dzieci na placu zabaw, jak chcą od niej pożyczyć jej zabawki. W nocy śpi źle, budzi się koło północy, wprowadza do nas, ale zamiast spać grzecznie wierci się, kłębi, kopie, przebiera wszystkimi czterema kończynami. A zapytana, co też robi, odpowiada, że się "umoszcza". I tak się umoszcza aż do rana, po czym robi nam ostateczną pobudkę pół godziny przed czasem :(
Wróć moja pogodna Trusiu!

Ale i ja mam zniżkę formy- dopada mnie coraz bardziej jesienna melancholia i czuję przemijanie każdą komórką. A odczuwanie przemijania nie jest akurat moim ulubionym uczuciem. Czuję się śpiąca i zmęczona, brak mi energii i pomysłów. I narasta we mnie złość- na starego pryka, który zamiast zejść choć trochę ze ścieżki rowerowej odburkuje, że "niech sobie rower uważa". Tak mnie wczoraj zeźlili piesi, których na rowerowej ścieżce musiałam omijać i jeszcze traktować z wielką atencją, że dziś, w europejskim dniu bez samochodu, wsiadłam w samochód i w ramach protestu pojechałam nim do pracy! Do pracy, która też mnie wkurza coraz bardziej. Do Trusi też brakuje mi cierpliwości, więc błędne koło się zamyka- ja nie mam cierpliwości, a Trusia się złości, więc moja cierpliwośc wystawiana jest na kolejne próby i tak da capo...
Nie jest dobrze:(
Wsparcie moralne bardzo pożądane.

Taki obraz namalowała Trusia swoimi magicznymi farbkami dla "swojego ulubionego Pawełka"

Trusia robi szkielet (widać takie brązowe kuleczki koło Trusinej lewej rączki) i zaczyna już "elementować" dutę.

Duta w wersji Trusi, juz z dolepionym szkieletem, czyli duta elementowana.

Duta w wersji Pawła.

Duta Pawłowa ze szkieletem dolepionym przez Trusię.

Chwilowo śpi :)

 

21:20, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
sobota, 19 września 2009
Co jedzą psy?

Wieczorne czytanie przedsenne- książeczka właściwie z zestawem pytań i zadań dla malucha. Dochodzimy do strony ze zwierzątkami i ich preferencjami kulinarnymi. Pytam:
Co jedzą psy?
"Tlawę. I ciapi (Chapi- czyli synonim suchej psiej karmy.)"
Trawę??? Chwilę płonę oburzeniem i już spieszę ze sprostowaniem, kiedy mnie oświeca- no pewnie, pieski jedzą trawę, opychają się nią na spacerach. Przynajmniej pewne dwa jamniki to robią.
Trusia za chwile uzupełnia:
"Pieski jedzą tlawę. Potem zigają (rzygają). Albo jedzą tlawę, potem jedzą ciapi. I potem zigają. Błeeee. Wsiści ksicią (krzyczą)."
Ano, baczny obserwator życia mi się trafił :)

22:12, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 18 września 2009
Jak dziecko potrafi rodzica zawstydzić

Ano potrafi.
Wróciłam wczoraj do domu po pracy. Wchodzę do pokoju, a tu moje lustro obklejone naklejkami- radosna twórczość Trusi, która zamiast w książeczce przykleiła naklejki na lustro. Tom się zleczka wnerwiła i dalejże na Trusiaka krzyczeć, że nie wolno naklejek przyklejać byle gdzie, że źle zrobiła, że teraz lustro trzeba będzi szorować (łątwo nie schodziły), że nie kupię jej więcej naklejek, jak je będzie byle gdzie przyklejała. I tak sobie wrzeszczę i wyrzekam, a moja Trusia stoi przede mną i ślepki jej się robią coraz większe i coraz bardziej niebieskie. Nie rozpłakała się jednak dzielna Dziewczynka na widok wrzeszczącej matki. W pewnym momencie, gdy okrągłść ocząnt osiągnęła apogeum Dziecko odezwało się:
"No juź nie ksić, Juź wiem wsiśtko. Nie będę psiklejać naklejek na luśtlo. Juź to wiem, psieśtań ksicieć."
A mnie zatkało i zrobiło mi się głupio. Bo przecież ona nie wiedziała, że nie wolno. Wystarczyło jej to zwyczajnie powiedzieć. A teraz już wie i więcej nie będzie.

Po powrocie z wakacji Trusia zrobiłą się jakaś inna, bardziej wstydliwa. Przedtem śmiało zagadywała każdego, uprzejmie witała się ze znajomymi. A teraz na widok zagadującej do niej osoby (a czasem tylko na jej widok i przypuszczenie, że zagada), Trusia zasłania oczka i udaje, że jej nie ma. Po jakimś czasie się ośmiela i jest lepiej, ale początkowo stara się schować i być niewidzialna. Ciekawe, czy to taki etap w rozwoju i minie, czy coś się jej odmieniło?

Dziś odwiozłyśmy Bunię i Tysię na lotnisko i wyprawiłyśmy je do Rzymu. Bunia dłuższy czas "urabiała" Młodszą Siostrę, żeby się przed Tysią nie ukrywała i żeby koniecznie dała jej buziaka na do widzenia- buziak musi być na szczęście. Trusia dała się przekonać i obie dziewczyny zostały wyściskane i wybuziakowane na pożegnanie.

A ja dziś usypiałam wieczorem Trusię, bo P. wracał późno z pracy. I jak zwykle przy tej okazji powspominałam, wzruszyłam się i poryczałam. Dobrze jest patrzeć, jak zasypia. Dobrze jest czuć ją wtuloną i spokojną. Dobrze jej zaśpiewać kołysankę. Jak to dobrze, że Ona jest- mój Skarb.

PS
NOwych wpisów na blogu o Toskanii na razie brak, albowiem nie potrafię wstawić nowych zdjęć do plików- na ekranie mam jakiś bałagan. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe kłopoty związane ze zmianą na blox'sie, ale zaczyna mnie to już wkurzać. Czy komuś z was też się tak dzieje?

21:57, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 16 września 2009
Nowy blog

Zapraszam- pojawił się już nasz blog ze wspomnieniami z Umbrii: www.trusiawumbrii.blox.pl - zapraszamy. Dziś wstawiłam trochę zdjęć i parę notek. Będę się starała je systematycznie uzupełniać aż powstanie cała opowieść o naszych tegorocznych wakacjach- przy okazji mój subiektywny przewodnik po Umbrii.

22:33, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 września 2009
Mleczna rocznica

Własnie minęła nam pierwsza rocznica odmleczenia Trusi. I nie byłaby ona warta wzmiankowania, gdyby nie fakt, że Córka wciąż tęskni, wciąż pamięta błogostan związany z przyssaniem do mamy. W chwilach zmęczenia, w nocy, gdy coś złego się jej przyśni i przeprowadza się do naszego łóżka, w momentach znieszczęśliwienia- Córka próbuje zanurkować małą łapką w czeluście mojego dekoltu i choć na chwilkę poczuć ciepło matczynej piersi. A jak tylko przydybie mnie na przebieraniu się i akurat dopadnie fazę toplessu, to prosi "Poźwół mi się psitulić do mlećków, na chwilećkę tylko malutką." I przytula się mrucząc z rozkoszą "moje mleciuśki ukochane".
I wciąż z rozrzewnieniem wspomina, że piła mamusine mleczko przez specjalne "smociuśki", ale mleczko się skończyło i już go nie ma i teraz trzeba mleko pić z kubeczka.
Jak wspomniałam jej, że już mamy rocznicę nie picia z mleczków, zastanowiła się, a potem spytała:
"A gdzie mlećki pójdą do knajpy świętować?"
Cóż, jak rocznica, to należy się świętowanie. Nawet "mleciuśkom"...

A dziś rano moja Córeczka po raz pierwszy od dłuższego czasu nie zdzierżyła. Wróciłam po dobowej nieobecności na pół godziny do domu, Mała wtuliła się we mnie szczęśliwa, a tu usłyszała, że ja zaraz do drugiej pracy idę. Poprosiła "nie idź do dlugiej placy". Kiedy muszę, pacjenci są już zarejestrowani. Zostawiłam ją w łazience wyciskającą pastę na szczoteczkę do zębów. Dała mi buziaka i dzielnie powiedziała "idż juź". Ale jak tylko zamknęłam drzwi usłyszałam jej rzewny płacz. Po dotarciu do pracy zadzwoniłam do domu dowiedzieć się, co takiego się wydarzyło. Myślałam, że może ktoś jej udaremnił dalsze spożywanie pasty do zębów. Okazało się jednak, że dzielności Dziecku nie wystarczyło. Jak zamknęłam za sobą drzwi, Trusia poczuła się jednak zbyt stęskniona, porzuciła mycie zębów, poszła do naszego pokoju, zamknęła za sobą drzwi i postanowiła sobie popłakać "bo mamusia pośła". Czuję się podle. A tymczasem mogłam zostać w domu jeszcze przynajmniej kwadrans dłużej, bo pierwsza pacjentka odwołała wizytę. Tylko  że ja o tym nie wiedziałam :(

11:35, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum