RSS
środa, 29 września 2010

Była sobie dziś na taekwondo pewna Helenka- tak na oko w wieku Trusi. Po ćwiczeniach dziewczynki ubierały się w szatni koło siebie i Helenekowa mama zagadnęła mnie, czy nie wiem o jakiś zajęciach plastycznych dla takich maluchów. Albowiem ona szukała i nie udao się jej znależć nic w okolicy dla trzylatków, są dla dzieci starszych. Coś tam napomknęłam jej o niedzieli i Pałacu Młodzieży, na co zaraz zakrzyknęła, że niedziela absolutnie odpada, albowiem niedzielne przedpołudnia mają już zajęte- tyle się dla dzieci w mieście dzieje. Chodzą do Chimery na teatrzyki, albo Pod Barany do kina, po których też są ponoć jakieś zajęcia z rysowania. No ale w tygodniu przydało by się coś znaleźć, bo został im jeszcze jeden dzień nie zagospodarowany i koniecznie należy go zapełnić. No bo przecież dziecko nie może siedzieć w domu i się nudzić, zwłaszcza o tej porze roku i przy tej pogodzie.
Pomyślalam sobie, ja, osoba z wyjątkowo niską samooceną, że znowu pewno zawalam. Bo Trusia ma nie zagospodarowane popołudnia, a ja klnę czasem na te zajęte. Treningi Małych Smoków trwają zaledwie pół godziny, do szkoły, gdzie się odbywają mamy niedaleko, a tymczasem dla mnie są to praktycznie dwa popołudnia " w plecy". Bo ledwo wrocę z pracy, ledwo upichcę coś do zjedzenie, a tu już trzeba wychodzić na trening na 17-tą. Po nim, zanim się ubierzemy, zanim Trusia wypije "rytualny" soczek i spożyje "rytualne" co nieco, zamarudzi jeszcze z Nadią chwilkę w Akademii- wracamy do domu niedługo przed kąpielą i wszystkimi wieczornymi zwyczajami, które ciągną się dla mnie do chwili, gdy Trusię przejmuje jej Tatuś, a ja mogę się wtedy oddać ulubionej pracy chałupniczej, czyli opisywaniu mammografii.Kończę i zostaje mi akurat tyle czasu, żeby wziąć prysznic (o zaleganiu w wannie dawno zapomniałam, serio, nie pamiętam, kiedy ostatni raz było mi to dane) i popełznąć do łóżka. We czwartki wieczorem Trusia chodzi z Tatusiem na dorosły basen- skutkuje to tym, że jej prawie w tym dniu nie widuję, bo w większość czwartków pracuję od rana do 18.30- ponieważ oni idą dopiero na 19.15 (późno, ale na wcześniejszą godzinę Trusiowy Tato mógłby nie zdążyć), ja wykorzystuję ten czas i jadę sobie sama poćwiczyć. Wracamy wszyscy przed 21-wszą, Trusia nadaje się wtedy tylko do złożenia w łóżeczku i otulenia "koluderką"- mogę jej ewentualnie jeszcze poczytać (teraz czytamy Pippi, Truśce bardzo się podoba, a niedawno skończyliśmy Doktora Dolittle).
Nie wyobrażam sobie zatem, że jeszcze jakieś popołudnie w tygodniu byłoby zajęte przez Trusiową edukację. Od czasu do czasu po prostu musimy pobyć w domu, poczytać sobie spokojnie, porysować, popodpisywać te rozliczne walentynkowe kartki, które Trusia produkuje ostatnio, pójść czasem razem na zakupy albo ugotować budyń.
Ale może robię źle dla Truśkowego rozwoju nie zapewniając jej maksimum edukacyjnych rozrywek? Moja niska samoocena naturalnie twierdząco odpowiada na to pytanie. I podszeptuje jeszcze, że nie każdy weekend wykorzystujemy odpowiednio, że przegapiamy sporo dziecięcych imprez, że w nowym powakacyjnym sezonie jeszcze się nie zainteresowaliśmy teatrzykiem dla dzieci, że po jednorazowej wizycie w operze nie poszła tam Trusia już ani raz....

Aj, niska samoocena to bardzo ciężki bagaż do taszczenia przez życie. Wiem, pomaga ponoć na to psychoterapia. Tylko wiecie, ile ona zajmuje czasu? Czasu, którego mi chronicznie brakuje:(
A przecież kiedyś oddawałam się swojemu hobby (o ktorym już zdążyłam zapomnieć) i uczyłam się języków- chodziłam na niemiecki i na włoski. Kiedyś miałam czas zakupy na targu. Nawet na nałożenie maseczki na paszczę miałam czas. A teraz zakupione w czasie wakacji maseczki, ratujące przesuszoną słońcem skórę, zdążyły się już zdezaktualizować, leżakując na półce w łazience.
Co się stało z tym czasem, że tak ucieka, przecieka przez palce, niknie w oczach- ledwo wstanie dzień, a już robi się wieczór, ledwo zacznie się jeden weekend, a już zbliża się następny, ledwie skończyłam 43 lata, a tu już bliżej mi do 44 niż 43 :(
Ciekawe, czy zauważę w tym pędzie, że życie się powoli kończy?

I tym pesymistycznym akcentem kończę na dziś. To pewnie jesienna depresja- bo ja ze wszystkich pór roku najbardziej nie lubię jesieni, niezależnie od pogody. Ten skracający się dzień, te ciemności zapadające coraz wcześniej, ten zapach wilgoci, te poranne mgły- brrr, to ja już wolę mróz i śnieg!
Zaem dla poprawy nastroju udam się poplanować zimowy wyjazd na narty (w te ferie Trusia ma zadebiutować na deskach) i poczytać sobie "Tysiąc dni w Wenecji"- już od pierwszych zdań zrobiło mi się błogo (chociaż i łzy w oczach stanęły z tęsknoty).

Dobrej nocy!

22:11, dsmiatek
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 27 września 2010
Rrrrunął kolejny bastion

Dziś nastąpiła chwila historyczna- Trrrusia wrrreszcie zaczęła poprrrrawnie wymiawiać literrrkę "RRRRRR".
Tym samym zerrrrwana została kolejna więź łącząca ją z "niemowlęctwem" (no może nie aż z tak młodym wiekiem, ale z tym wczesnym małym dzieciństwem).
Chodzi zatem po domu zadowolona z siebie "Zosia Smiatek Blondyneczka Twój Skarrrrb" (tak siebie ostatnio okrrreśla) i mówi "rrrrr". Jeszcze nie zawsze się jej udaje, ale barrrdzo się starrrra. I jak się uda, to zarrraz pyta, czy "RRRR' było.

PS
A poza tym tworzy Trusia walentynkowe kartki. Utworzyła ich już z dziesięć. Wystartowała z Walentynkami tak wcześnie, albowiem postanowiła obdarować wszystkie dzieci z przedszkola, zatem trochę czasu jej potrzeba.
A drugie poza tym- wreszcie zaczęła ponownie poprawnie zakładać buty. Bo wraz z zakupem nowego jesiennego obuwia za każdym razem myliły jej sie nogi i zakładała buty odwrotnie. Nawet jak się jej te buty ustawiło odpowiednio pod nogami, to i tak zamieniała i ubierała lewy na prawą nogę, a prawy na lewą. A ostatnio znów ubiera jak trzeba. I za każdym razem się upewnia:
"Na dobrę nóżkę ubralam tego bucika? A drugiego też dobrze ubrałam?"- jakoś do niej nie dociera, że jak jeden jest dobrze, to i drugi przecież dobrze być musi. Rozczula nas to z Bunią:)

21:03, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 września 2010
Niedziela- replay z soboty

Ano Córka zaordynowała powtórną wizytę w Parku Jordana- tak się jej spodobały tamtejsze rozrywki. A ponieważ tym razem udala się tam z rodzicielami, to i dokumentacja fotograficzna jest.

Na początku był aquazorbing:

Truśka rozpłaszczała się w kuli obserwując dno- potem opowiadała, że żadnych żyjątek nie wypatrzyła, ale kamyczki były takie piękne.

Poobserwowała jednak kątem oka drugiego zorbingowca i przestała plaszczyć.

I w końcu sama troszkę też porozrabiała.

Potem były place zabaw- zabawy przerywane zaś przelotnym deszczykiem.

Truśka według słów swej Starszej Siostry reprezentowala dziś prawdziwą Flower-Power :)

 

Były też kasztany- niestety, w tym roku coś ich u nas mało:(

I był spacer w poszukiwaniu wiewiórek. Poza tym Trusia koniecznie chciała nam pokazać "głowy", dziwiąc się przy okazji wielce, że panowie z popiersi kiedyś naprawdę żyli.
Jakoś bardzo zmaskulinizowani jest ten parkojordański panteon (nie oglądnęliśmy wszystkich "głów", ale te, ktore mijaliśmy należały li i jedynie do facetów). Żeby przełamać tą meśką dominację, Trusia zajęła jeden z wolnych jeszcze cokołów:

Poza tym próbowala Trusia swoich sił w fotografowaniu. Tatuś się bardzo wzbraniał przed oddaniem w ręce Najmłodszej Córki swojej ukochochanej zabawki, ale czego się nie robi dla domowego Benjaminka. Oto ja z Trusiowej perspektywy (nota bene, jedyne ostre zdjęcie w Trusiowym wykonaniu):

W ramach realizowania Trusiowych marzeń- włażenie na drzewa- nareszcie znalazło się odpowiednie:

A tak naprawdę pierwszy dziś nie był wodny zorbing. Pierwsi byli kapucyni i wreszcie msza dla dzieciaków (chociaż oficjalnie startują od przyszłej niedzieli). Potem małe co nie co w Cupcake Corner- pyyyycha:)


A w domu Trusia z Tatusiem piekła piwny chlebek:

Też pyyyycha! Chlebek piwny- spadek po nieodżałowanych Amerykanach z More Than a Cookie, ktore zniknęło z mapy Krakowa i ktore wciąż opłakuję. Ach, to cytrynowe brownie, to blondie, ten sernik z wiśniami. I ta atmosfera w małej dziupelce. Tęsknię:( Może ktoś wie, gdzie się podziała moja ukochana knajpeczka, może ktoś widział cikierenkę, z różnymi rodzajami brownie i cookies, marchwkowymi muffinkami, kawą, ktorą można dolewać sobie do woli i biblią do zabrania na drogę. Jak ktoś widział, to proszę o namiary!

Wracając do tego, co jeszcze dziś w domu się działo- Trusia na chwilę została piratem:

Piratem się stała, albowiem przywaliła sobie w oko zabawką i na uśmierzenie bólu dostala okładzik na ślepię. Opaska miala ów okladzik przytrzymywać. Przeobrażenie w pirata natychmiast osuszyło Trusiowe łzy, jej własne łóżeczko przeobraziło się w piracki statek, a nietoperz wypełnił lukę po nieposiadanej na stanie papudze.

No a poza tym- wciąż na topie śliwki. Starsza Córka upiekła rano placek ze śliwkami (według innego tym razem przepisu niż ten podany jakiś czas temu na blogu), a Mąż wciąż smaży powidła:

Podsumowując nasze "dokonania"- chyba nie zmarnowaliśmy weekendu:)

PS
W sekrecie wam zdradzę, że Starsza Córka załapała się do reklamy. Wkrótce być może ją ujrzycie w reklamie Play'a- no, na razie nie w roli głównej, ale jednak. Telefony już się urywają;-), we wtorek zaprosili ją na casting do reklamy McDonalda. Jak tak dalej pójdzie zaczną o niej pisać w Party lub Show;-) A ja stanę się matką celebrytki i nie będę się mogła opędzić od paparazzich;-) Już ich wypatruję- na razie w Córczynym ogródku- trawa tam tak wyrosła, że spokojnie mogą się w niej ukryć. A jakby trawy było mało, to niestrzyżony żywopłot zapewni im osłonę;-)

23:59, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
sobota, 25 września 2010
Starsze rodzeństwo=same korzyści

Ano, święta prawda.
Z jednym ze Starszych Braci można na przykład wyjść i zagrać w piłkę, angażując przy okazji jego kolegów, zaadoptowanych jako własne koleżeństwo.
Z drugim Starszym Bratem można pograć na gitarze, pośpiewać (ostatnio Trusia wyśpiewywała "Anioły z gór" mając na myśli "Bieszczadzkie Anioły"- podobno tekst był kompilacją twórczości własnej i tekstu z oryginału, śpiewa też "Motolheda", nawiązując do muzyki Pawłowego ulubionego zespołu Motorhead).
Można się też z owym Bratem już teraz umówić na wspólne wyjazdy- Woodstock i Bieszczady ma już Truśka zaklepane.
Można też wspólnie potworzyć kasztanowe ludziki- to już ich coroczna tradycja.

A ze Starszą Siostrą można piec ciasta, zasięgać porad na temat hodowli gryzoni (Starsza ma w tej dziedzinie spore doświadczenie). Można się też wybrać z Nią i jej Chłopakiem do kina, albo, tak jak ostatnio, do parku. Starsza poinformowała przy okazji Młodszą, że Grześ być może zostanie jej szwagrem. Młodszej się to słowo wyraźnie nie spodobało, oświadczyła nawet:
"Ja żadnego szwagla nie chcę i nie będę mieć. Grześ nie będzie moim szwaglem i już."
No ale Trusiu, jak ja wyjdę kiedyś za mąż za Grzesia (teoretycznie moment ten może nastąpić za dwa lata, jak Bunia skończy studia), to on będzie twoim szwagrem.
Truśka pomyślala, pokombinowała i wystąpiła z własnym planem na przyszłość:
"A może wy sobie tloszkę poczekacie, jak ja dolosnę i się ożenię z Danielem (kolega z przedszkola- po niespełna  trzytygodniowej znajomości już takie poważne plany!). I możemy się nawet w tym samym dniu lazem ożenić. I wtedy Grześ na pewno nie będzie musiał być moim szwaglem."
No, ja jestem za, powinnam zdążyć przez te lata uskładać na podwójne wesele moich Córek. No a poza tym podwójne wyjdzie taniej;-)
Nie wiem tylko, czy to zamążpójście Młodszej aby na pewno z Danielem zostanie uskutecznione, albowiem wczorajszego popołudnia Truśka tworzyła liścik do niejakiego Huberta- nastawiała w nim mnóstwo serduszkowych pieczątek, zapakowała do koperty i postanowiła wysłać na poczcie. Uświadamiam ją, że jeszcze adres jest potrzebny.
"No adles jest taki, że list jest do Hubelta."
No a gdzie ten Hubert mieszka?
"Na Dywizjonu chyba."
A jaki ma numer domu i mieszkania?
"Numel nie jest potrzebny."
Oj, chyba jest. A jak ma na nazwisko Hubert?
"Nie pamiętam. Napiszemy tylko na adlesie Hubelt, dobrze?"
No dobrze. A umiesz pisać literkę "HA"?
A po co literka "HA" ma być?"
No bo Hubert zaczyna się na literkę "HA".
"Niee, Hubelt nie zaczyna się na "HA", Hubelt zaczyna się na litelkę "HU"."

Dziś Trusia załapała się na wspólną wyprawę rowerową ze Starszą Siostrą i Grzesiem do Parku Jordana. Zafundowali jej nawet pływanie po tamtejszym stawku we wnętrzu plastikowej kuli. Tym samym zrealizowało się marzenie, które powstało bodajże wiosną na festynie pod Wawelem, kiedy to Trusia taką rozrywkę ujrzała po raz pierwszy. (Prawdę mówiąc zorbingu, tyle że naziemnego, spróbowała Trusia w Ogrodzie Doświadczeń, obsługa pozwoliła jej ,w drodze wyjątku, pokulać się w wielkiej kuli razem ze Starszą Siostrą.)
A jeśli o realizowaniu marzeń mowa, to inne Trusiowe zostało odfajkowane- wreszcie stała się posiadaczką nocnej koszuli. A ponieważ koszula owa jest z Barbapapą, to wieczorem zamiast Świnki Peppy oglądamy teraz na youtubie filimki z Barpapapą właśnie. Przy okazji "uczymy się" języków obcych, albowiem na wersję po polsku nie natrafiłyśmy (chyba jej po prostu nie ma), oglądamy zatem po niemiecku lub po włosku. Trusi to zdaje się zupełnie nie przeszkadzać.

Szczęśliwa posiadaczka nocnej koszuli:

Z wydarzeń ważnych i nowych doświadczeń- zaliczyła Trusia pierwszą całkiem bezrodzinną wycieczkę- we czwartek pojechali z przedszkolem do Dobczyc szukać jesieni. Pani Jesień ponoć zostala odnaleziona, wielkie ognisko rozpalone, a dumna Truśka chwaliła się, że zjadła nawet dwa upieczone w ogbisku ziemniaczki. Ale "kiełbaski niedoblej nie zjadlam bo nie lubię"- cóż, nie można mieć wszystkiego, ja tam lubię i myślę, że wcale nie była ona niedobra. Więcej informacji na temat wyjazdu nie udało się z Córki wyciągnąć. Ale ogólne jej wrażenie jest takie, że wycieczka była fajna- i to jest najważniejsze.

A tak w ogóle to rozśpiewała nam się Córka ostatnio. Nuci sobie piosenki poznane w przedszkolu, śpiewa razem z puszczoną na CD płytą, podśpiewuje "Hej sokoły" w samochodzie, fałszuje z akompaniującym jej na gitarze Starszym Bratem. W ramach umuzykalniania zabraliśmy ją dzisiaj, traktując poważnie zaproszenie Marzek, na koncert dziecięcego chóru gospel do ewangelickiego kościoła świętego Marcina. Bawiła się całkiem dobrze. My też:)

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 22 września 2010
Wspomnienie lata

Gdy jesień już pomalutku otwiera sobie drzwi- zdaje się jutro bladym świtem początek- wrzucam kilka zdjęć sprzed miesiąca z haczykiem z naszego spotkania w Batorysiowej leśnej głuszy. Zdjęcia autorstwa B.

Mam nadziej, że Trusiowy topless nie jest niczym zdrożnym- w końcu trzyletnie panienki czasem tak publicznie występują i nikogo to nie gorszy ani, mam nadzieję, u nikogo nie wzbudza zdrożnych myśli.
Ale wtedy był piękny, ciepły i słoneczny dzień. Las pachniał, cisza dookoła, my na werandzie zajadający się plackami ze śliwkami i popijający dobre winko. A dzieciaki pluskające się w dmuchanym baseniku- hmm, trudno im się tam było zmieścić we trójkę, ale dali radę i mieli z tego niezłą radochę.

Zdjęcie nieostre, ale tak fajnie dziewczyny razem wyglądają- dwie małe przyjaciółeczki plotkujące o swoich sprawach.

Zabawa w wielkiej naturalnej piaskownicy- ileż było śmiechu, gdy małe żuczki próbowały wspiąć się po piaskowym zboczu, ileż radości, gdy turlały się po nim z powrotem w dół.

A my pomału wkraczamy w jesień- dziś na obiad była zupa dyniowa, a ona tylko z jesienią mi się kojarzy. Na kolację znów kukurydza- Truśka po wygryzieniu ostatniego ziarenka wessała się w pustą kolbę oświadczając
"Ja tą kukulydzową tlawkę też lubię i mogę ją zjeść."

Złotej polskiej jesieni wam i sobie życzę. I byle do wiosny.

21:44, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 21 września 2010
Kukurydzożer

Jedną z nielicznych potraw, które Trusia lubi i zjada jest kukurydza, zwłaszcza ta w kolbie- Trusia określa ją jakos inaczej, ale w tej chwili sobie nie przypominam.
Wgryza się dzielnie w kukurydzowy wałeczek, dokładnie obrabia go dokolusia. I mlaszcze zachwycona.
Bardzo lubię patrzeć, jak je kukurydzę- to sobie teraz popatrzę, bo znów siedzę na dyżurze i znów ogarnia mnie chandra.

Szkoda, że dziś siedzę w pracy, bo dzień był taki piękny- prawdziwa złota jesień.
We czwartek Truśka jedzie na pierwszą samodzielną wycieczkę- wybierają się z przedszkolem do Dobczyc na "Święto Ziemniaka". Ciekawe, jak się jej będzie podobało.

PS
Myślałam, że już zapomniała, że dała sobie spokój z powiększaniem rodziny. Tymczasem temat powrócił- znów parę razy wspomniała, że marzy o braciszku. A wczoraj zagadnęła:
"Mamusiu, kiedy wleszcie będę miała małą siostrzyczkę albo blaciszka. Bo ja tak bym baldzo chciała mieć swojego dzidziusia. Może w zimie na ulodziny mi ulodzisz. będę taka szczęśliwa."
Truśka marzy, a w mnie kotłują się myśli, ścierają dylematy i boli serce:(

PS2
Coś mi się w tym tytule nie podobało i wreszcie odkryłam co- kukurydza piszę się przez "DZ", a nie "C"- no kto by pomyślał;-)

20:00, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 19 września 2010
Bycie ze sobą

Takiego właśnie weekendu potrzebowałam. Spędzonego razem, bezwyjazdowego i pogodnego. Żeby być ze soba jak najwięcej, nie kotłując się jednocześnie w czterech ścianach. Udało się. Wczorajsza rowerowa "wyprawa" na wystawę do miasta była strzałem w dziesiątkę- coś innego niż zawsze, ciekawego, zostającego w pamięci, co razem przeżywałyśmy i w czym razem uczestniczyłyśmy, a potem mogłyśmy się dzielić wrażeniami.
Dziś już we trójkę pojechaliśmy do kapucynów (niestety, wciąz mają wakacje od mszy dla maluchów), a potem do zoologu.

W krakowskim jeszcze w tym roku nie byliśmy! Zeszłojesienne tygryski w międzyczasie osiągnęły rozmiary całkiem dorosłe, budowa żyrafiarni została porzucona:(, surykatki mają dzieci (słodkie surykatkowe maluszki można było oglądać przez szybę, bo na wybiegu by zmarzły). Pooglądałyśmy miesięcznego osiołka i całkiem malutką lamę oraz wyrośnięte pisklaki ozdobnych puchatych kurek. A co dla Trusi było najfajniejsze?
Otóż najfajniejsze i absolutnie najbardziej odpowiednie do głaskania okazały się żółwie. Trochę ją rozumiem, bo ja też bardzo żółwie lądowe lubię.

Spędzliśmy w zoo kilka godzin, zostawiając Starszaki samym sobie i skazując ich na niedzielny obiad we własnym trzyosobowym rodzeństwowym gronie. Trochę mnie z tego powodu gryzie sumienie, ale było wczoraj rodzinne śniadanie w pełnym składzie, podobny sobotni obiad i niedzielne śniadanie w gronie okrojonym o Bunię. A poza tym zawsze mogli się do nas przyłączyć- nie chcieli.

Jakoś od momentu pójścia Trusi do przedszkola mam wrażenie, że moja Mała Dziewczynka zmieniła się. Nawet nie umiem tego dokładnie określić. Wydaje mi się, jakby stała się bardziej rozproszona, gorzej się koncentruje, czasem trudniej do niej dotrzeć, taka się zrobiła "nieporządna". Troszkę się ode mnie oddaliła, chociaż nadal przecież jest przytulaśna i kochana. Ale czuję, jakby to była trochę inna Trusia. A w codziennym zabieganiu brakuje czasu na spokojne pogadanie, posłuchanie siebie, potulenie. I dlatego cieszę się, że odwołali moje sympozjum, że mogłam sobotę i niedzielę spędzić w domu i maksymalnie dużo czasu poświęcić Truśce.

W zoologu doszłyśmy do kopytnych. Pokazuję Trusi zwierzaki i mówię, że te sarenki w kropki nazywają się daniele. Trusia uradowana:
"O, to tak jak mój ulubiony kolega w przedszkolu. Też ma na imię Daniel. My się baldzo lubimy i tak się tulimy, że aż się przewlacamy. Może nawet jak ulośniemy to się poślubimy."
No tak, wyszło szydło z worka i wiem już, dlaczego moja Trusia wydaje mi się inna;-)

A na koniec- ta dam! najnowszy mieszkaniec naszego domu, chomik Liść (zwany też Drzewem) we własnej niewiekiej osobie:

Nie jest łatwo sfotografować tak malutkiego osobnika. Do następnego zdjęcia muszę zmienić obiektyw.

22:07, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 września 2010
Trusia i obcowanie ze sztuką

Pojechałyśmy sobie dziś po południu do miasta na wystawę w Bunkrze Sztuki trochę z ową poobcować.
"Podążając za białym królikiem" na wstępie zatrafiłyśmy na kraksę samochodową- jak sobie uświadomi człek, co przedstawia ta -hmm, rzeźba? instalacja?- to wrażenie niemiłe pozstaje. Dwa rozbite auta, w środku poturbowanie ludzie- część z nich na pewno nie żyje. A nad tym wszystkim cukierokowaty Pan Bóg na obłoczku w towarzystwie dwóch amorków. Trusia szczęśliwie dostrzegła tylko górę i z zachwytem podziwiała "panią w puchatej sukni"- albowiem Stwórca wyglądał dla niej jak długowłosa kobieta, w szerokiej obłoczkowej spódnicy. Nie kontemplując długo obrazu ludzkiej tragedii weszlyśmy we mgłę. Wrażenie niesamwite, przez chwilę poczułam strach, że się zgubimy w tej bialej parze. Truśka też mocnej ścisnęła moją rękę. Ale w niej była wiara głęboka, że skoro jest ze mną, to na pewno nic się nie stanie i znajdziemy wyjście. Znalazłyśmy. I trafiłyśmy do dużej ciemnawej sali z czymś wielkim wiszącym u sufitu. Z daleka wyglądało jak jakieś smoczysko i Dziecko znów mocniej złapało moją dłoń. Z bliska okazalo się, że mamy się położyć na kulistych białych poduchach i popatrzeć na światek wiszący nad nami "głową w dół"- góry, domeczki, jezioro. Fajne:)
Potem przeszłyśmy na czworakach przez otwór w króliczej norze i podążając po zielonych kropkach weszłyśmy na piętro. Podpisałyśmy się na zabazgranej już nieco białej ścianie, wybrałyśmy klucz, który miał nam potem otworzyć drzwi i weszłyśmy do labiryntu. Posłuchałyśmy świerszczy, popatrzyłyśmy na muchy, pająki i mrówki, w lustrzanej sali widziałyśmy swoje odbicia w każdej ścianie i w suficie, podsłuchwiałyśmy węszącego wilka, wrzuciłyśmy grosik do "studni" i odszukałyśmy drzwi porwadzące na zewnątrz. Dłuższą chwilę spędziłyśmy budując wielkie mury i domy z gąbkowych klocków, a potem burząc te budowle ze śmiechem. Posiedziałyśmy jeszcze chwilę w mini-kinie oglądając filmik o tańczących ludzikach z drucików i kwiatowych płatków. Wychodząc zakupiłyśmy jeszcze kolejną książeczkę o Brombie oraz drugą, zakwestionowaną przez Trusiowego Tatusia o dwóch pingwinach wychowujących wspólnie pingwiniątko. Pełne wrażeń pogadałyśmy sobie o wystawie wgapiając się w naszą ulubioną fontannę na Placu Szczepańskim. A potem pomalutku, machając Wawelskiemu Smokowi, nad Wisłą wróciłyśmy do domu. Jak już byłyśmy prawie na miejscu Trusia powiedziała mi, że odkryła nowe słoneczka.
"Wiesz mamusiu, jak się tak specjalnie zamknie oczy i popatrzy na światla aut albo na lampy, to one się robią w takie małe słoneczka. Bo w nocy nie ma słońca, idzie sobie do Zenusia, a my mamy małe lampowe słoneczka, któle nam świecą."
Znacie to? Zmrużcie oczy i popatrzcie na uliczne lampy- robią się im takie długie promyki. Cóż, skoro słońce zachodzi teraz już po siódmej zostają nam tylko takie małe sztuczne słoneczka na pocieszenie.
Krakowianie- podążajcie śmiało za białym królikiem- macie czas do 24 października. Myślę że i my jeszcze się wybierzemy.

Podsumowując dzień można uznać za całkiem udany. Niespodziewanie zrobiła mi się wolna sobota, albowiem w ostatniej chwili odwołano moje dziesiejsze szkolenie z usg. Troszkę pooddawalam się swojemu ulubionemu sprzątaniu, upiekliśmy ze Starszym Synem pizzę, poobcowałyśmy z Trusią ze sztuką, przejechałyśmy się na rowerze, ze starszą Córką wyskoczyłyśmy na chwilę na zakupy i przytargałyśmy do domu nowy miksero-blenderek (był przeceniony o całą stówę, więc się szybko zdecydowałyśmy, stary, będący w wieku Buni, odmówił posłuszeństwa spalając sobie silniczek i udał się na zasłużony wieczny odpoczynek) . I wszystko by było pięknie, gdyby nie kolejne katarzysko, ktore mnie dopadło, z koszmarnym napadowym kichaniem, gardłodrapaniem i, może nawet, kto wie, stanem podgorączkowym. A dlaczego "kto wie"? Ano dlatego, że posiadane przez nas dwa elektroniczne termometry oraz jeden udający rtęciowy nie wzbudzają naszego zaufania, wymierzając radośnie zdrowemu człowiekowi temperaturę 34,5 stopnia (jeden elektroniczny), 35 stopni (drugi) i 35,3 stopnie (ten trzeci). Zawsze uczono mnie, że normalna jest temperatura około 36,6, ta w okolicach 35 stopni całkiem normalna już nie jest. A jak do tego termometry pokazują u tego samego człowieka w tym samymy miejscu i chwili (robiliśmy eksperymenty) trzy różne wyniki, to coś z nimi chyba jest nie tak. Nie wierzę im zatem także w chorobie, bo ile mam do tego, co wymierzyły dodać? Ale w domu mojej Przyjaciółki Ani już czekają na nas przywiezione z Ukrainy stare dobre rtęciowe termometry- będziemy o nie dbać i nie damy im się stłuc. Ręce Ciecha precz od temperaturomierzy- to on pozbawił nas ostatniego rtęciowego reliktu dawnej pozaunijnej epoki;-)

21:24, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
środa, 15 września 2010
Truśka w roli błękitnego kwiatka

Jedziemy sobie rowerkiem z taekwondo, mamy jeszcze po drodze kupić parę rzeczy. Ja, tochę rozkojarzona gonitwą myśli, nie mogę sobie przypomnieć jednej z nich. Truśka usłużnie podpowiada:
"No i jeszcze kukulydzę przecież miałyśmy kupić. Oj, mamo, ty to jesteś taka zapominajka. A ja jestem niezapominajka, bo wszystko pamiętam za ciebie."

22:12, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 września 2010
Marudzenie to moja specjalność

Chciałam pomarudzić, nawet to zrobiłam. Miałam ochotę jednym kliknięciem skasować bloga. Dopadło mnie uczucie - hmm, jakby to nazwać- kompleksu niższości??? No, jakiegoś kompleksu w każdym razie. Ale postanowiłam się nie poddać- jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś. Wklejam Trusię- gitarzystkę. Grała i śpiewała razem z Pawłem, ale ten mi umknął sprzed obiektywu.
Biorę się w garśc i wracam do dyżurowej rzeczywistości. Spadek formy zwykle dopada mnie na dyżurach. Ale jutro będzie dobry dzień- ze zdziwieniem odkryłam, że nie mam żadnej dodatkowej pracy- no, nie licząc wieczornych mammografii. Za to czwartek i piątek wyglądają gorzej, a w sobote sobie nie odbiję, bo jadę na szkolenie- jeden dzień, ale zawsze... dziś dostałam wiadomość, że wpisano mnie na dwudniowe warsztaty z mammografii- w języku obcym, z jednym z mammograficznych guru. Cieszę się, bo to okazja wielka, a na dodatek nie muszę za nią płacić ciężkich pieniędzy. Tylko że kolejny weekend mam z głowy, ten pierwszy październikowy:(

A Truśka przy mnie doznaje nagłej amnezji, nie potrafi zdjąć piżamki ani ubrać podkoszulka. Z butami też kombinuje. A ja- spiesząc się do pracy- robię to za nią. Tylko co ma zrobić matka, która musi zdążyć na ósmą- pozwolić dziecku wyjść w piżamie do przedszkola?
Wczoraj Truśka oblala się w przedszkolu przy śniadaniu mlekiem- zdaje się próbowała jakiejś nowatorskiej metody picia. Dziś stwierdziła, że nie ma ochoty iść do przedszkola, bo dzieci się z niej śmiały, jak się oblała. Ale to tylko taka podpucha  była, żeby w matce wzbudzić niepokój i żałość, że oto dziecię zderza się z brutalną rzeczywistością- dotąd hołubione musi stawić czoła docinkom rówieśników. Chyba jednak nie było tak strasznie, bo pomaszerowała i na miejscu wydawała się całkiem zadowolona. No ale niepokój w matczynym sercu zasiać zdążyła. Taka  mała dziecięca perfidność.

21:01, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Archiwum