RSS
piątek, 30 września 2011
Kulinarnie

Żeby się bardziej legalnie wprosić na ognisko kulinarnych blogerów do Ulli od czasu do czasu muszę coś napisać o jedzeniu;-) Dynia była, nawet ze zdjęciem, a dziś nadmienię, że szpinak po bengalsku z Kuchni Ireny i Andrzeja (http://grumko.blox.pl)  był przepyszny. My w ogóle lubimy szpinak, a ten z fenkułem (wreszcie mi się do czegoś przydał pokaźny woreczek, zakupiony w Kuchniach Świata, miałam nadzieję, że jeszcze kuminu trzeba dodać, bo też mam pękatą torebusię), papryczką chili, imbirem, z dodatkiem ziemniaków okazał się smakowity.
No tom napisała- Ulcik, jakby co dowod na kulinarność bloga w sieci istnieje;-)

A jutro zamiast sprzątania sobotniego jedziemy zdobywać Wąwóz Homole. Bo złota polska trzyma się mocno:)
A że w otaczającej mnie rzeczywistości wciąż się kiepsko odnajduję i że wciąż potykam się o coś, co mnie irytuje (może się po prostu starzeję?), to więcej pisać nie będę. Jak wycieczka się uda, to jutro wpis radośniejszy może powstać. I zapewne bogato ilustrowany.

20:34, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 września 2011
Mam dość!

Taka reklama mnie prześladuje- co włączę radio, to za moment się pojawia wrzaskliwy zaśpiew zaczynający się od "mam dość" właśnie. Niestety, w mojej duszy też się ten protest-song zakotwiczył. Co prawda dalsza część reklamy już mnie nie dotyczy, bo jest o jakiś niezapłaconych rachunkach i innych, ale początek i owszem.
No bo: mam dość codziennej harówki, biegania z pracy do pracy, ślęczenia po nocach nad mammografiami, obaw o to, że dołożą mi tej pracy jeszcze i wcale za dokładkę nie zapłacą. Też bym chciała, jak Pasia, wystąpić o podwyżkę i też bym chciała, żeby ktoś mi ją dał (tak jak my Pasi). Bo ja rozumiem argument, że wszystko drożeje i że siła nabywcza tego, co zarabiała niania mojej Córki się zmnieszyła. Niestety, dając Pasi ująć muszę sobie- ewentualnie więcej pracować, żeby zarobić więcej. Zrezygnować z Pasi nie mogę, zaraz zaczyna się październik i trzeba się będzie bardzo logistycznie natrudzić nad pogodzeniem obowiązków pracowych, domowych i opieki nad Najmłodszą. We wrześniu jeszcze daliśmy radę, bo Najstarsi mieli wakacje, ale od poniedziałku będzie zdecydowanie gorzej- jeszcze nie wiem jak bardzo, ale nie da się ukryć, że na pewno nie łatwo.
Mam dość tego, że moje życie przebiega skokami- od piątkowego popołudnia do poniedziałkowego ranka żyję i cieszę się życiem (o ile nie mam dyżuru). Potem pięć dni oczekiwania na kolejny weekend. I znowu dwa dni z kawałeczkiem normalnego życia. Czas mija w ten sposób tak szybko, że ani się obejrzę, a wyfrunie mi ostatnie Pisklę :(

Ale poza tym czytamy. Truśka zakochała się w książeczkach pana doktora Feleszki, a właściwie w jednej z nich. Rinowirusy zna już chyba na pamięć, a ja, z konieczności, razem z nią. Ale każe sobie czytać kolejne razy. Muszę szybko znależć coś nowego, bo od powtarzania zwariuję. Chociaż książeczka obiektywnie bardzo jest fajna, ma zabawne ilustracje i sama ją przecież Truśce zakupiłam. Ciekawe, czemu wybrała akurat tą, a nie o skaleczonym palcu? Może wirusy wydają się jej zabawniejsze od trombocytów?*
Czytamy też książkę kucharską dla dzieci, która przybyła do nas z Pietrusowej Górki. Ładne Bebe nic a nic nie przesadziło- książeczka pięknie jest wydana, wspaniale ilustrowana, a czytając przepisy nawet Trusi ciekła ślinkach, chociaż zasadniczo unika większości podobnych dań. Może jednak da się przekonać, gdy samodzielnie wykona na przykład "sezamową brukselkę" czy "słodką marchewkę". A poza tym książeczka posiada rozmaite certyfikaty i jest przyjazna dla środowiska oraz bezpieczna dla dzieci- gdyby na przykład zamiast gotować zapragnęły ją zjeść;-)**
I jeszcze namiętnie czytamy księgę do kolorowania i nie tylko. Liter w tym nie jest co prawda wiele, ale jakieś są, a jak ich brakuje, to trzeba wysilić matczyną wyobraźnię- żandarm-Cóka już o to dba;-)***

Dziś rano jadąc do przedszkola zatęskniła Trusia za świętym Mikołajem i zapragnęła napisać do niego list. Nie wiem, czy napisała, ale wiem, o co w liście chciała Mikołaja poprosić.
"Mamusiu, czy ja kiedyś będę miała swoją Barbie?"
Oj Córeczko, pewnie będziesz miała, niestety.
"A dlaczego niestety? Dlaczego ty i Tatuś nie lubicie Barbie?"
Wiesz, rodzice zwykle nie lubią Barbie, bo jest taka nieprawdziwie chuda, ma za długie nogi, a małe dziewczynki patrzą na nią i też chcą tak wyglądać.
"Aaa. to się nie martw. Ja nie będę chciała. Bo ja nie chcę takiej Barbie z nogami. Ja chcę Barbie-syrenkę, z ogonem. A ogona wcale nie chcę mieć."
No to jakby co mamy problem z głowy:-)

*Wojciech Feleszko "Lądowanie rinowirusów" i "Nóż w palcu", Wydawnictwo Hokus Pokus, ilustracje Ignacy Czwartos
**Owoce i warzywa. Dzieciaki robią przysmaki." , Wydawnictwo Pietrusowa Górka, ilustracje Justyna Jędrzejewska, przepisy zebrały Jowita Kotulska -Mirka i Blanka Romanowska
***"O, ja cię!smok w krawacie!", Magda Wosik i Piotr Rychel, Wydawnictwo Bajka

A  poza tym to zostałam zmuszona do zakupu zimowej kurtki i zimowych butów dla Trusi. Nie cierpię kupować z takim wyprzedzeniem (mam nadzieję, że z wyprzedzeniem i że zanim nastaną mrozy i śniegi, nacieszymy się, wprawdzie melancholijną, ale złotą i słoneczną jesienią, przez co jesienna depresja dopadnie nas w wersji zlagodzonej), ale rzucające się zewsząd na człowieka ciepłe ciuchy po prostu mnie do tego zmusiły. Bo jeśli bym zakup odłożyla do przedzimia, to mogłoby się okazać, że z zimowej garderoby zostały już tylko resztki, na wieszakach królują krótkie rękawki, a na półkach wiosenne balerinki. I jak tu nie narzekać, że życie pędzi nam w szalonym tempie, skoro nawet handel o dobre parę miesięcy wyprzedza porę roku. W dodatku już teraz bombardują mnie mailami i ulotkami, żebym natychmiast zarezerwowała przyszłoroczny letni wypoczynek, bo jak nie, to może dla mnie miejsc zabraknąć... Tu już mamy przeskok o co najmniej dwie pory roku! A ja tymczasem dopiero z utęsknieniem zaczynam nieśmiało myśleć o Dolomitach...
Mam dość!!!! Slow-life poproszę!

22:58, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 27 września 2011
Dyniowy czas

Jeden z nielicznych plusów jesieni to dynie. Uwielbiam w nich zarówno formę (ach, ten kształt piękny, te kolory), jak i treść (za wyjątkiem wersji w dyniowym placku). Póki są staram się korzystać. Zwykle robię tak- kupuję dynię i stawiam ją sobie w domu na honorowym miejscu. Kilka dni nacieszam wzrok, podziwiam i admiruję, w końcu nadchodzi czas, kiedy dynię trzeba przetworzyć. Dzielę ją na kawałki z najwyższą nieprzyjemnością, bo nie lubię niszczyć takiego piękna. Ale cóż, brzuszki domowników domagają się dyniowego jadła.

Czasem udaje mi się namówić Pawła na "szlachtowanie" dyni- powoli staje się w tym mistrzem. Dzisiaj dynia została przerobiona na tagine (przepis na Chochelkach).

Czegóż w nim nie było- dynia naturalnie, poza tym żurawina, moja ulubiona cieciorka, pomidory, kuskus, kolendra, prażone migdałowe płatki. Skuście się, bo warto. Nie posiadam specjalnego garnka do gotowania tagine, ale w przepisie wcale o nim mowy nie było- zatem może nie tak powinno się to danie nazwać? Nic to, jak zwał, tak zwał, pyszne było.

Ponieważ jedna dynia zwykle jest za wielka, żeby ją jednorazowo skonsumować, to co mi zostaje kroję w kosteczkę i zamrażam, żeby cieszyło oczy słonecznym kolorem w czasie, gdy dyń już w sklepach nie uświadczysz.

Z dyniowych specjałów za nami już tej jesieni lasagne z dynią i szałwią, farfalle z dynią i boczkiem, na jutro planuję zupę-krem z dyni. A ta ze zdjęcia, jeszcze nie pokrojona, czeka na nafaszerowanie grzybami, serem i tostami- wg przepisu Marleny de Blasi (powinny w niej być jeszcze trufle, ale i bez nich danie jest genialne).

Trusia oczywiście kocha dynie tylko w postaci nieprzetworzonej, niestety:( Jak dotąd nie dała się namówić na żadne dyniowe danie, za wyjątkiem zeszłorocznego pumpkin cake, który mi z kolei do gustu nie przypadł.

A co tam u Trusi?
Ano dziś na zakupach w warzywniaku nagle zakrzyknęła na głos cały:
"Patrz mamusiu, są tu nawet żołędzie dla dzików! Jaki dobrze zaopatrzony sklepik mamy pod domem! Nawet dziki mogą sobie w nim żołędzie kupić."
Okazało się, że Dziecko widać częściej widuje żołędzie niż niełuskane orzechy laskowe.

Utworzyła też Truśka czasownik całkiem nowy "WYSPRYTOWAĆ"- używa go wtedy, gdy sprytnie coś się jej uda zdziałać lub wymyślić.

Z podróżnych zagadek zwierzęcych:
"Co to jest za zwierzę? Jest WAŁKOWATE, mięciutkie, cieplutkie, ma kopytka i dzyńdza?"
Ktoś odgadł?

Na koniec dowód na to, że Najmłodsza owinęła sobie swych sporo starszych braci wokół malutkiego paluszka- tym razem Ciech w roli owijki;-)

Chyba tylko wielką braterską miłością da się wytłumaczyć fakt, że szesnastoletni facet pozwolił się przebrać za różowego elfa;-)

Na dobranoc właściwa elfia królewna ;)

22:30, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
niedziela, 25 września 2011
Niedzielna rehabilitacja czyli plener

Miał być Wąwóz Homole, ale wylądowaliśmy na Jaworzynie w Krynicy. Nie, żeby GPS pomylił drogę albo my sami źle odczytaliśmy mapę. Po prostu Trusiowy Tatus wyraźnie miał ochotę odwiedzić miejsca znajome i bliskie z czasów wcześniejszej młodości, zatem zadal Córce podchwytliwe pytanie, czy woli spacer doliną czy wjazd na górę gondolką. Odpowiedź była oczywista.

Ale najpierw była wczesniejsza, jak na niedzielę, pobudka i jajecznica z kurkami (przez te wczorajsze podwieczorkowe kanie nie mogłam w nocy zasnąć i rozmyślałam, co to będzie, jeśli to nie kanie były a sromotniki- zostawimy Trusię Buni i Ciechowi- oni grzybów nie jedli). Potem Truśka gdzieś zniknęła i ani jej widać, ani nawet słychać nie było.  A znalazłam ją tu (tak bardzo rozczulają mnie takie widoczki, że nie moge sobie odmówić zachowania go na blogu ku pamięci):

Tłumaczyła się, że się poszła do Starszego Brata przytulić, bo zimno jej było, a on był taki miękki i ciepły.

A w Krynicy:

Wjazd gondolką

O rany, co na szczycie Jaworzyny robi dinozaur? Reklamuje Jurapark w Bałtowie. Tylko dlaczego akurat tu????

Dalej było już tylko lepiej- na szlaku ludzi niewiele, cisza, przerywana jedynie kląskaniem ptaszków i krakaniem kruków, Jeszcze mało jesiennie, wciąż zilono. Kropelki rosy złapane w pajęczyny, lekki zapach butwiejących liści- kojąco, relaksująco, po prostu pięknie.

Huśtawka z widokiem

Wędrówka po leśnych dróżkach:

Sprawdzanie, czy ktoś mieszka w dziupli:

Opowiadanie bajek pod Diabelską Skałą- cały dzień mnie dziś Truśka męczyła o bajki, aż mi się wyczerpał repertuar- muszę chyba poczytać i przypomnieć sobie, bo zdaje się, że Truśka na opowiadanie się przerzuciła. Nastąpił tez wielki powrót do śpiewania kołysanek- wczoraj gardło zdarłam wyśpiewując wszystkie, które sobie przypomniec mogłam, a na koniec poprawiając jeszcze kołysankowymi kolędami, których treść wciąż niezasypiająca Truśka uważnie kontrolowała i poprawiała, domagając się na przykład powtórzenia refrenu itp.

Coś tam jeszcze po drodze do przekąszenia się znalazło.

Na dole znó dinozaur.

Fajny dzień, mam ochotę na powtórkę. Może jeśli za tydzien będzie tak samo ładnie, to odwiedzimy jednak Wąwóz Homole... A może Wierchomla?

22:49, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 24 września 2011
Sobota na randce ze Starszym Synem

Aż mi się wstyd przyznać, że zmarnowałam tak piękną pogodę i zamiast spędzić ją w plenerze, spacerowałam po Galerii Handlowej. Ale Starszemu Synowi też się coś należy, obiecałam mu sushi za szczęśliwe zakończenie sesji, a trudno obietnice odkładać na czas, aż pogoda się skiepści. Poza tym obiecałam mu pomoc w odzieżowych zakupach. Zatem cóż było robić, obietnice spełniać nalezy, powędrowaliśmy z Pawłem do Krakowskiej. Żeby jednak Truś nie miał soboty zmarnowanej- a Truś, jak wiadomo, sushi nie lubi, zaś na nieswoich zakupach bywa męczący (Paweł bardzo się stresuje, gdy przymierza spodnie, a Truś grasuje w pobliżu)- wysłalam Trusia i jej Tatusia do Parku Wodnego. Darmowe bilety trzeba było wykorzystać i tu też obietnicę spełnić, albowiem Truś dopraszał się o Aquapark już od dawna. I w ten sposób i wilk był syty- Paweł wrócił dopieszczony z rozlicznymi paczuszkami, sushi nam smakowało- i owca cała- Trusia wypluskała się, nazjeżdżala, nawdrapywała na wulkan, poskakala na sztucznych falach. I tylko w Matce tli się wciąż wyrzucik sumienia, że słonecznie i ciepło i trzeba było jechać w plener. Drugi wyrzucik dotyczy wydatku, który popełniła Matka na tzw. sztukę wyższą, czyli zakupiła dwa bilety na Jezioro Łabędzie w wykonaniu Narodowego Baletu Rosyjskiego (teraz odbędzie się losowanie, kto będzie Matce w operze towrzyszył). Trzeci dylemacik (jeszcze nie wyrzucik, bo "zbrodnia" nie zostala popełniona) ma postać czerwonych półkozaczków, wypatrzonych w sklepie Martensa i kosztujących stanowaczo za dużo (ale takie są cuuuudne!), a czwarty nazywa się sprzątanie weekendowe, które się nie odbyło i już w ten weekend nie odbędzie. Bo jutro nie dość, że niedziela, którą należy święcić, to wobec zapowiadanej pięknej pogody i wyrzuciku numer jeden, w planach jest nadrabianie plenerów (może będzie to wyprawa do Wąwozu Homole). Ale jeszcze niejeden weekend na sprzątanie przed nami ;-)

A przy okazji Parku Wodnego (i basenów w ogóle) takie oto spostrzeżenie mnie naszło- powinny być prysznice dla rodziców płci obojga z dzieckiem w wieku Trusiowym. Bo malucha można zabrać ze sobą pod prysznic, niezależnie dla jakiej płci prysznic jest przeznaczony i niezależnie od płci owego malucha. Większe dziecko może sobie pójść pod przynależny swojej płci prysznic bez rodzica. A taki Truś- dziewczynka, idąc z Tatusiem- facetem przecież (a jak wiadomo basen do ICH rozwrywka wspólna od zarania Trusiowych dziejów) pod jaki prysznic ma się udać- z Tatą pod męski, gdzie panowie w stroju Adama się pluszczą, sama pod damski, gdzie i tak nie da rady sobie wody puścić (opcja Tatuś pod damski raczej rozważana być nie może)? Szczęśliwie w Aquaparku nie ma podobnego dylematu z szatnią/przebieralnią. Ale już przy okazji zajęć w Szkole Pływania ten problem się pojawia- czy Tatuś i Truś w szatni damskiej, czy też Truś i Tatuś w szatni męskiej?
Drugie spostrzeżenie ma związek z podróżą tramwajem, a właściwie z koniecznością zakupu biletu u motorniczego -kioski po drodze na najbliższy przystanek się zlikwidowały, automatu w tym tramwaju akurat nie było, na przystanku takoż, musiałam więc kupić bilet u kierowcy. I co się okazało? Otóż motorniczy sprzedaje tylko bilety godzinne (godzinowe?), a mi by wystarczył zwykły jednoprzejazdowy, nawet piętnastominutowy. Ale nic z tego, zapłacić musiałam za godzinę! Moim zdaniem to skandal i zdzierstwo! Trzeba było jechać, tak jak chciałam, rowerem. Tylko, że Paweł bał się, że jak zostawi swój rower przypięty pod Galerią, to może to być ich ostatnie widzenie.  A ja, mając na uwadze doświadczenia lat ubiegłych i utratę kilku już rowerów, dobrze rozumiem jego obawy. W sumie sama mam podobne i dlatego unikam jazdy rowerem, gdy wiem, że będę go musiała gdzieś na dłużej porzucić.

No to miłej niedzieli dla wszystkich i do jutra ;) A my- kierunek Szczawnica/Jaworki.

PS
Małż z Córką po Parku Wodnym zwizytowali jeszcze targ i teraz piętrzy się w kuchni góra pożywienia dla moich znienawidzonych owocówek. Zorganizujemy z nimi zawody, kto pierwszy zje te pomidory, jablak, gruszki, nektaryny, śliwki itp. A na śniadanie jutro będzie jajecznica z kurkami. Na podwieczorek były smażone kanie- i mam nadzieję, że nie były to sromotniki.*

* Zaniepokojonych o Trusię uspokajam- ona grzybów nie jada.

19:58, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 21 września 2011
Zdecydowanie lepiej

Na tyle dobrze, że ozdrowiała Trusia pomknęła po południu na drugie w tym roku szkolnym zajęcia taekwondo, zaliczając po drodze plac zabaw. I przy okazji tych zajęć naszła mnie refleksja, że w popołudniowej Trusiowej aktywności stawiamy zdecydowanie bardziej na jej rozwój fizyczny niż na intelektualny. Basen we czwartek, a w poniedziałki i środy taekwondo. Plus fikołki na placu zabaw kiedy się tylko da. Ale pomyślalam też sobie, że te proporcje trochę się zmienią, jak nastaną jesienne pluchy i zimowe chłody- wtedy wolne popołudnia będziemy zmuszone spędzać w domu i rozrywkować się rysowaniem, rozwiązywaniem łamigłówek (wielką księgę Trusia dostała od Batorysi, na razie tylko ją czytałyśmy), budowaniem z klocków i innymi pracami ręcznymi. Bo jeśli o czytanie chodzi, to Trusia zawsze egzekwuje dużą jego porcję. Właśnie jestem po głośnej lekturze "Ataku Rhinowirusów", a Starszy Brat czyta Siostrze "Opowieści z Narni"- po skończeniu "Hobbita" doszedł do wniosku, że na "Władcę PIerścieni" Trusia jest jeszcze za młoda i wybrał Narnię.
Przeglądając ostatnio prasę dla rodziców zaczęłam mieć wyrzuty sumienia w kwestii dbania o Truśkowy rozwój intelektualny- bo jak to, nie zatrudniłam obcojęzycznej niani, nie posłałam w końcu dziecka na zajęcia do Helen Doron, Trusia ogląda co prawda Barbapapę w języku obcym, ale jest to nie jeden język, a rozliczne, trudno zatem liczyć na to, że się osłucha i kiedyś płynnie przemówi (a może, kto wie- kiedyś Córka zaskoczy nas płynną znajomością mieszaniny holenderskiego, francuskiego, włoskiego, niemieckiego i innych języków, w których przemawia do niej ulubiony Barbapapa- po polsku nie mówi). No zaniedbalam sprawę, nie da się ukryć;-) A już tak niewiele zostało do ukończenia przez Córkę wieku optymalnego do rozpoczęcia nauki języków obcych!

Dobra, koniec o moich niespełnionych "marzeniach", na razie intelekt Trusi rozwija, mam nadzieję, przedszkole. A ku pamięci- kilka zdjęć z zajęć Małych Smoków (czerwcowe, bo w edycji 2011/2012 jeszcze nie było zajęć otwartych dla rodziców).

A poza najważniejszym, czyli szybkim ozdrowieniem Trusi, zrealizowalam moje plany kulinarne- zupa z żółtej papryki okazala się przepyszna, makarony uwielbiam, zatem i ten z dodatkiem grillowanego bakłażana i cukinii spałaszowalłam (spałaszowaliśmy wlaściwie) z wielką przyjemnością, słonka można się było chwilami dopatrzeć, mżawka zniknęła- czyli jutro/dzisiaj okazalo się zdecydowanie lepsze.
Jutro Truśka pomaszeruje do przedszkola i nie przepadnie jej wycieczka do Dobczyc na powitanie jesieni.
I jedynym tematem, ktory spędza mi sen z powiek jest zdecydowanie niepachnący temat sprzed kilku wpisów na literkę K- przedszkole już wywiesza monity, a mis ię udało zawieźć do przebadania dopiero jedną próbkę :(

21:49, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 września 2011
Jutro będzie lepiej

Trusia nie będzie w nocy pawiować, ja się wyśpię, zza chmur wyglądnie słonko i przegoni tą jesienną mżawkę, ugotuję zupę z żółtej papryki i makaron z bakłażanem, co pozwoli mi łaskawiej spojrzeć na tą znienawidzoną porę roku.

Zatem idę spać, albowiem noc minioną spędziłam skulona w nogach Trusiowego łóżeczka, nadsłuchując, czy śpi, czy nie nadlatuje kolejne ptaszysko z kolorowym ogonem, macając, czy nie za ciepła, zmieniając pościel, podstawiając miseczkę, przecierając buźkę wilgotnym ręcznikiem. Rano, czując się i wyglądając jak zombie porzuciłam moje niezdrowe Kurczątko na pastwę braci, a potem zawezwanej na ratunek Pasi.

Zatem do jutra- mam nadzieję, że będzie lepiej.

22:31, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 września 2011
Futerko

Wpadli do mnie na dyżur- Trusia i jej Tatuś. Wpadli na chwilę po portfel Tatusia, który wczoraj przygarnęłam do mojej torebki i który pojechał ze mną do pracy- a w nim karty, dokumenty, pieniążki. Zatem musieli przyjechać. Widzę, że Trusia cieplutko opatulona przez troskliwego Rodzica,a tymczasem na dworze całkiem ciepło i słonecznie. Ściągam z niej zatem kolejne warstwy (w górnej połowie miała ich trzy!*- podkoszulek, bluzeczkę z długim rękawkiem i na to jeszcze tunikę), mrucząc pod nosem, że szkoda, że na jeszcze nóżkach futra nie ma (bo akurat nóżki odziane były zupełnie przyzwoicie w legginsy 3/4 i skarpetki). Na to Truśka z oburzeniem:
"Ależ mam na nóżkach futerko, popatrz sobie!"- i dumnie zaprezentowała złociste włoseczki porastające odnóża. Ciekawe, czy za parę latek będzie równie dumna;-)

*P. broniąc swojej wersji Trusiowego przyodziewku wymruczał, że o ósmej rano termometr pokazywał 10 stopni.

16:11, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 września 2011
Piątek, sobota

Piątek- wizyta w moich ulubionych księgarenkach na Sławkowskiej- Trusia wzbogaciła się o kilka ksiązeczek, m.in. o przygody Julka i Julki. Fajnie , mamy co czytać.
Po południu zmagania z Truśkową złością- bo ona planowała plac zabaw, a ja tymczasem musiałam zrobić zakupy weekendowe, gdyż lodówka straszyła pustką. Sfrustrowana Córka płakała, wyrzekała, tupała, zaciskała piąstki, wykrzywiała buzię. Ale w końcu dałyśmy radę, zakupy zakończyły się sukcesem, kosz został wypełniony po czubek z dużą pomocą Trusi. w nagrodę miałyśmy wieczorny spacer do domu i rozmowy o gwiazdach, księżycu i ogólnie o życiu.

Sobota- spacer po Parku Jordana i wszystkie przyjemności tego miejsca: wiewiórki, place zabaw, dmuchana zjeżdżalnia, lody i oczywiście lutka- watka:

Potem obiad zapoznawczy z przyszłymi teściami Buni w Kompanii Kuflowej- wybranej ze względu na Trusię, która mogła do woli korzystać z bawialni. I jeszcze spacer Grodzką na zatłoczony Rynek. I niespodziewany bonus- Bunia z Grześkiem zostali z Najmłodszą, a nas zwolnili do kina- "O północy w Paryżu" - takie filmy lubię. Trusia chciała doczekać naszego powrotu, ale po 21-wszej już spała.

Niedziela- to jutro- dla mnie doba w pracy. Mam nadzieję, że Truś i jej Tatuś fajnie zorganizują sobie dzień- szkoda marnować ostanie dni lata.

23:46, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 14 września 2011
Kasztanobranie czas zacząć

I trzeba się spieszyć, bo chyba mamy nieurodzaj.
Obiecałam Trusi niebacznie parę dni temu, że we środę po południu pojedziemy rowerem do parku i poszukamy kasztanów. Trusia pamięć ma świetną, zatem dziś bezlitośnie egzekwowała obietnicę. A tymczasem ja przejechałam już rowerem kurcgalopkiem do pracy i z powrotem, potem na zakupy i, dodatkowa atrakcja, powrót w deszczu z kapturem albo opadającym na oczy albo zsuwającym się na tył głowy- opcji pośredniej nie było. Zatem średnią ochotę miałam na kolejny wypad, zwłaszcza, że w międzyczasie się ochłodziło, zrobiło mokro i wietrznie. Czegóż jednak nie zrobi kochająca Matka dla swojej Pociechy, mając świadomość jutrzejszej dyżurowej całodobowej rozłąki. Wiadomo, wdrapie się na rower, zasadzi Dziecko na siodełku i pomknie pod wiatr do parku pod kasztanowce. Ale opłaciło się, wieczorem Trusia stwierdziła, że bardzo fajny dzień był dzisiaj. Bo i był- w parku tak nie wiało, zza chmur wyjrzało zachodzące pomalutku słoneczko, szurałyśmy wilgotnymi liśćmi, wypatrywałyśmy w trawie brązowych skarbów, a potem podjechałyśmy jeszcze na plac zabaw, gdzie Truśka szalała na czym się dało.

A kasztany to jeden z bardziej udanych, moim zdaniem, pomysłów Pana Boga- świeżutkie mają taką cudną w dotyku, błyszczącą skórkę w najpiękniejszym na świecie kolorze.

 


Są już pierwsze kasztanoludki. Jutro pewnie powstaną następne, Paweł się już szykuje;-)

22:40, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Archiwum