RSS
piątek, 28 września 2012
Szczęście i pieniądze

Mówi się, że szczęścia nie dają. Ale pomagają je osiągnąć. Pozwalają uszczęśliwić innych- zapewnić wakacje komuś,kto w przeciwnym razie nigdzie by latem nie wyjechał, pokazać kawałek Europy nie tylko własnym dzieciom, wspomóc przyjaciół w potrzebie. Umożliwiają godne życie, dbanie o zdrowie. Pozwalają na zapewnienie dzieciom lepszej edukacji i rozrywek. Więc z tym niedawaniem szczęścia to nie do końca jest prawda.

Dlaczego piszę takie truizmy. Ano dlatego, że od tygodnia mam 20% szansy na zwolnienie z pracy. W ramach reorganizacji, restrukturyzacji i innych re- prezes naszego szpitala (bo odkąd szpital stał się spółką nie ma już dyrektora tylko jest prezes)nakazał zwolnienie z naszego Zakładu Diagnostyki Obrazowej jednego z siedmiu zatrudnionych w nim lekarzy (ale ponieważ w tej liczbie mieści się szef i koleżanka, której do emerytury brakuje trzech lat, zatem zwolnić jej nie można jestem jedną z pięciu potencjalnych osób do zwolnienia i prawdopodobieństwo wynosi właśnie 20 procent). Redukcje mają objąć też pozostały personel- techników, rejestratorki, pielęgniarki i jedyną panią sekretarkę, która robi kawał naprawdę dobrej roboty i nie ma czasu na nudę. Racjonalne argumenty do pana prezesa i głównej kadrowej nie trafiają. Nic to, że oddział jest na plusie, że zarabiamy na siebie, że taka struktura zatrudnienia jest optymalna, bo pozwala na pracę w systemie dwuzmianowym, że choć teoretycznie czas oczekiwania na opis tomografii może wynosić trzy dni dla oddziałów szpitalnych i tydzień dla pacjentów nie leżących w szpitalu, to zwykle oddziały dostają wyniki w tym samym dniu lub na dzień następny, a pacjenci z zewnątrz na dzień następny lub za dwa dni. Nic ro, że dokłada nam się co roku pracy zwiększając kontrakt z NFZ na tomografie i dokładając kontrakt na profilaktyczne mammografie oraz badania komercyjne. Wszystko nic to- klapki na oczy, zwolnić i już. A pozostała "szczęśliwa" reszta jakoś sobie przecież da radę.

Zatem nie dziwcie się, że gdy zawisła nade mną realna groźba utraty pracy, którą lubię i która jest przy okazji dla mnie dość wygonie zlokalizowana, dzięki czemu nie tracę na dojazdy cennego czasu, nie chce mi się ani pisać ani cieszyć się słoneczną jesienią. Budzę się w nocy, w dzień czuję ucisk za mostkiem i żelazną obręcz ściskającą mój żołądek. Bo za parę dni jakieś losowanie chyba (albowiem kwalifikacje, umiejętności i inne "zalety" mamy wszyscy podobne, także wiekiem jesteśmy dość zbliżeni) wyznaczy osobę, której podziękują za lata starań, podnoszenia kwalifikacji (za własne pieniądze i to niemałe, żeby nikt nie miał przypadkiem złudzeń), nieprzespanych nocy dyżurowych i wyślepiania oczu w monitory i negatoskopy. A pozostali "szczęśliwcy" odetchną z ulgą- na chwilę, do następnej "reorganizacji".

Dziwny jest ten świat. Niesprawiedliwy i okrutny. Chyba coraz trudniej mi się w nim odnaleźć.

PS1
Odezwę się jeszcze, jak będę miała wreszcie zdjęcia ślubne Buni do pokazania. Napiszę wam wtedy o księżniczce.

PS2
Moja Bunia dostała się na studia doktoranckie. Cieszę się, że będzie miała dzięki temu kontakt z tym co jest jej pasją i co sprawia jej prawdziwą radość. Niestety, stypendium doktoranckiego nie dostanie- nie dla psa kiełbasa, nie dla psychologa pieniążki ze stypendium w Collegium Medicum! Ale przynajmniej przez czas jakiś nie zasili armii bezrobotnych psychologów.

PS3
Pędząc dziś w południe na drugą zmianę do szpitala zastanawiałam się, po co mi to wszystko. Za perę lat będę miała za sobą pierwszy zawal, o ile uda mi się go przeżyć. Życie przyspiesza mi coraz bardziej, a ja nie potrafię się w tym pędzie zatrzymać. Czy tak już będzie do końca? A może prasnąć tym wszystkim, uprzedzić fakty i samej wręczyć prezesowi wymówienie, sprzedać mieszkanie  w wielkim mieście, gdzie coraz mnie zieleni i przestrzeni dookoła, przenieść się do leśnej głuszy i żyć wolniej, smakować pory roku, dostrzegać, że słońce wschodzi i zachodzi, że jest właśnie pełnia księżyca, że liście zmieniają kolory. Tylko co ja mogłabym robić jeszcze w tej leśnej głuszy. Co może robić radiolog daleko od wyspecjalizowane sprzętu? A niczego innego poza radiologią robić nie potrafię :-(

21:40, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 23 września 2012
Jesienno-domowe dementory

Znów mnie dopada jesienna chandra. Dementory czają się zaś zaraz za progiem naszego mieszkania i jak tylko wejdę rzucają się na mnie wysysając resztki energii. Co roku ten stan powraca, pewnie jakbym się cofnęła do wpisów z 2011 czy 2010, to znalazłabym te podobne zdania. I chociaż jesienna depresja powtarza się cyklicznie, przechodzę ją chyba coraz gorzej. Nie pomagają moje rozpaczliwe wysiłki pokolorowania rzeczywistości:

Nie pomagają pomarańczowe dynie, które jak zwykle po przyniesieniu do domu najpierw stawiam na honorowym miejscu w dużym pokoju, żeby przez parę dni nacieszyć wzrok kształtem i słoneczną barwą, a dopiero potem przerobić na coś smacznego:

Nie pomagają słodkie węgierki

ani placek z w/w

upieczony przez Męża na poprawę humoru

Nic nie dają wizyty w Truśka w wesołym miasteczku, które jak co roku rozłożyło się przy niedalekim centrum handlowym (ale za to Truśka wniebowzięta)

Na nic wyprawa do kina (no ale "Dzwoneczek" może chyba tylko Trusi humor poprawić).
Nawet spacer w parku AWF-u nie pomógł, ani świeżutkie kasztany

Żaden wypróbowany sposób nie przegonił dementorów. A patronusa wyczarować nie umiem.

Kiepsko. Chyba pora umierać.

22:22, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 22 września 2012
Pierwsza wizyta u dentysty

Właściwie nie powinnam się do tego przyznawać, ale Truśka jest taka dumna, że napiszę- w piątek po raz pierwszy odwiedziłyśmy z Trusią dentystę w celu przeglądnięcia jej uzębienia. Wiem, wiem, już dawno powinniśmy to zrobić. Z naszą zaprzyjaźnioną przyszywaną ciocią Małgosią umawiałyśmy się do prawie dwóch lat. Ale jakoś tak schodziło i dopiero wczoraj zasiadła przejęta Trusia na fotelu w gabinecie stomatologicznym. Rozdziawiła szeroko paszczę, a tu- niespodzianka!- wszystkie ząbki w stanie idealnym! Żadnej dziurki, skazy czy innej bakterii pałaszującej Truśkowe szkliwo. Trusia wyszła dumna jak paw z dyplomem w garści, umówiona z ciocią Małgosią na lakowanie szóstek, jak tylko wykiełkują.

Małgosia obdarowała Truśkę także mini pastami Elmex- z jedną z nich Trusia nawet poszła spać, po wieczornym wyszorowaniu uzębienia ;-)

Pierwsze zdjęcia ze ślubu Buni i Grześka są już na Picassie, ale linkować nie będę, bo może nie wszystkie osoby na tych zdjęciach życzyłyby sobie aż takiego upubliczniania, Nie potrafię (a może się po prostu nie da tego zrobić) skopiować zdjęcia z Picassa i pochwalić się moją piękną Starszą Córką. Zatem musicie się zadowolić Truśkową impresją na temat ślubny:

Wszyscy byliśmy oczywiście przekonani, że to portret ślubny Buni i Grześka (ta laseczka z kuleczką nas zmyliła) i tylko zastanawialiśmy się, dlaczego Bunia ma żółte włosy i nosi welon. Okazało się jednak, że to przyszły ślub Gertrudy i Jakuba- jak na razie nie poznałam jeszcze przyszłego męża mojej Młodszej Córki. Ale podobno jest bardzo zazdrosny i zaborczy i nie pozwala, żeby koło Trusi siedział ktoś inny niż on, nie uznaje też tego, że Trusia ma co najmniej dwie strony do podziału pomiędzy koleżeństwo- prawą i lewą (nie wspominając o tyle i przodzie;-)) i podobno dla siebie rezerwuje obie. Jak nie popracuje nad sobą, to nie wiem, czy zaakceptuję takiego zięcia;-)

22:48, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 września 2012
Wypadałoby coś napisać...

Ale co tu pisać po ubiegłotygodniowych emocjach wyskokowo- ślubnych? Goście się rozjechali do domów, nasi Włosi opuścili nas ostatni w poniedziałek. Jeszcze zdążyłam im pokazać zamek w Niepołomicach, Nową Hutę i klasztor w Mogile, wdrapaliśmy się na Kopiec Wandy, a potem już trzeba było pędzić do Balic. A ja tymczasem wreszcie przypomniałam sobie, co jeszcze w Krakowie i okolicach mogłabym im pokazać. Cóż, będzie na raz następny- o ile sobie zapiszę póki jeszcze pamiętam, bo za chwilę pomysły z pamięci wyparują lub przykryte zostaną codziennymi problemami.

Weselne jedzonko już prawie zniknęło z lodówki, suknia Panny Młodej wyprowadziła się z Ciechowego pokoju (rezydowała tu jeszcze po weselu aż do wczorajszej sesji plenerowej), Bunia z Grześkiem wyjechali na parę dni do Zakopanego (a tam śnieg spadł podobno).

Korzystając z przedślubnego rozgardiaszu i naszej nieuwagi do Krakowa podstępnie zakradła się jesień, moja nieulubiona pora roku. Niezależnie od tego czy jest złota czy słotna, zajmuje ostatnie miejsce w moim rankingu pór roku. A jak jesień, to z drzew spadają kasztany, niektórym nawet prawie nabijają guza na głowie. Truś poczynił już pierwsze w tym roku kasztanowe konstrukcje:

A poza tym sTruś wdrożył się już całkiem w przedszkolny reżim, wstaje chętnie co rano i biegnie do swoich koleżaneczek. Zaliczony już pierwszy przedszkolny katarek, jako wspomnienie po nim co rano rozlega się w pokoju Trusi koszmarny kaszelek. Z okazji siostrzanego ślubu zaniosła Trusia koleżeństwu torbę cukierków, pochwaliła się też welonem, który ofiarowała jej Panna Młoda. Pewnie Truśka bardzo chętnie zaadoptowała by też guzikowy bukiecik, ale tego Bunia tak łatwo się chyba nie pozbędzie;-)

A czy wy wiecie, że Panna Młoda oprócz guzików w bukiecie miała jeszcze guziki w uszach i we włosach? Szpaler dużych pomarańczowych guzików zdobił też ławki w kościele. Pewnie nie wiecie, bo na zdjęcia wciąż czekamy- może ktoś się zlituje i podeśle płytkę...

21:10, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 16 września 2012
Już po weselu

Po weselu, ale mam nadzieję, nie po wspólnej Buniowo- Grzesiowej radości z tego, że są razem. Było pięknie, chyba tak, jak to sobie wcześniej zaplanowali i wymarzyli. Miłość, wierność i małżeńską uczciwość ślubowali sobie otoczeni wielkim gronem przyjaciół i ludzi, którzy ich kochają. Dziękuję Opatrzności za to, że tak wiele tych osób jest i proszę, by trwali przy nich przez kolejne lata ich wspólnego życia, wspierali ich w trudnych chwilach, służyli mądrą radą i otaczali modlitwą.

Małe Druhenki spisały się na medal. Co prawda troszkę zniknęły w tłumie, usiłując po mszy przed kościołem zebrać jak najwięcej datków do swoich czerwonych puszeczek na szkoły w Czadzie. Puszeczki zostały przejęte przez większe Druhny, a te małe mogły zająć się zbieraniem grosików i cukierków, którymi obsypana została Młoda Para.
Tańcowały Druhenki prawie do północy, poległy tuż przed wniesieniem weselnego tortu. Szczęśliwie spory kawałek ciasta udało się dla nich zachować na niedzielę.

A po weselu odrobinę przybrudzona suknia Panny Młodej wróciła na swój manekin, goście się rozjechali, emocje opadły. Czas wrócić do normalności...

Druhenka Trusia w trakcie próby generalnej:

PS
Wiem, że niecierpliwie czekacie na ślubne zdjęcia. Pewnie będą- jak ktoś z pstrykających nam je udostępni. Albowiem obowiązki Matki i Ojca Panny Młodej nie idą w parze z obowiązkami ślubnego fotografa.
A ja, w imieniu Buni i Grześka, bardzo Wam dziękuję za dobre życzenia. Niech się im spełnią:-)

17:45, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
piątek, 14 września 2012
To już jutro!

A tymczasem w pokoju Ciecha zamieszkała ślubna suknia, ukryta przed oczami ciekawskich pod poszewką na kołdrę. Niektórzy, mimo że suknię w czasie przymiarki widzieli, próbują ją podejrzeć w stanie gotowym, zanim ustroi Pannę Młodą:

Zaś Panna Młoda z dzielnie ( i interesownie) sekundującym jej Rodzicielem pojechali do Bielska w celu wiadomym, wcześniej już na blogu wspomnianym, którego miana nie chcę głośno wymawiać, albowiem zgrzytam;-)

Polecieli

wyskoczyli

wylądowali

I tak oto, pewnym wcale nie tak małym nakładem czasowym w tak zwanej ostatniej chwili i nie tak małym kosztem (finansowym i moim psychicznym, na pewno zdecydowanie mniej istotnym) dorobiliśmy się w rodzinie dwóch szczęśliwych osób,którym udało się zrealizować swoje marzenie.

Może kiedyś i mi się udać zrealizować moje...

A na razie staram się robić dobrą minę i udawać, że wcale, ale to wcale nie ogarnia mnie przedślubna panika. Przed chwilą dzwonił ksiądz, który ma odprawić ślubną mszę (bo ślubu młodzi udzielają sobie nawzajem) z pytaniem o jakieś zdarzenia z życia małej Buni, zabawne lub wzruszające, o jej pierwsze słowo, o to, jaka była. Wstyd mi, bo nagle miałam w głowie totalną pustkę. Chyba jednak jestem złą matką :-( Trusia będzie miała lepiej, wystarczy zajrzeć do bloga.

PS
A teściową nie będę i już! Dla mnie to słowo ma wydźwięk negatywny po prostu i właściwie go nie używam. Także mama mojego męża jest mamą P., a nie teściową i zwykle tak ją określam, gdy o niej mówię. Podobnie zresztą P. mówi o mojej mamie- mama Dorotki.

20:54, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
wtorek, 11 września 2012
Na parę dni przed godziną zero

Atmosfera się zagęszcza. Przybywają pierwsi goście. Młodsza Córka testuje kolejne imprezowe stylizacje:

To wersja praktyczna, połączona od razu z piżamką. A gdyby tak pogoda miała się popsuć, może być też z parasolką:

Przy okazji Młodsza kombinuje, jakby tu przejąć dla siebie welon, którego założenia odmówiła Panna Młoda.

A tymczasem sobotnia główna Bohaterka, zanim skoczy w małżeńską otchłań, testuje skoki w mniej przenośne otchłanie- w niedzielę w ramach prezentu z okazji wieczoru panieńskiego latała na motolotni, dziś w Zakopcu skakała na bungee, na piątkowe popołudnie zaplanowała skoki ze spadochronem wraz z dzielnie jej kibicującym Ojcem. Nie pytajcie mnie, czy ja też wspieram Latorośl Najstarszą w tym przepastnym dziele, bo mogłoby zaiskrzyć i przepalić internetowe łącza.

A wracając do tematów bardziej odpowiednich do zbliżającej się uroczystości- wczoraj "przybył" ślubny bukiet Panny Młodej:

Matka Panny Młodej o mały włos pozbawiłaby bukiet jednej z ozdóbek, pociągając zań nieco mocniej niż należy.

Trzymajcie kciuki, żebyśmy przeżyli najbliższe parę dni.

Dla oderwania myśli od weselnego kataklizmu skończyłam tegoroczny wakacyjny blog. Ciekawe, czy mi się uda dopisać brakujące trzy dni do zeszłorocznego?

19:40, dsmiatek
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 września 2012
Biblioteczka

Jakiś czas temu w bardzo miłym mailu zostałam poproszona o przedstawienie Trusiowej biblioteczki. zatem zaczynam nowy cykl na blogu, czyli "Zobaczcie co razem czytamy".

Biblioteczka stoi sobie, na razie jedna, w Trusiowym pokoju (z którego, jak wiecie, Trusia korzysta sporadycznie, albowiem do pełnego w nim zamieszkania i całonocnego sypiania niezbędny jest jej baldachim, a ten może zostać zamontowany dopiero po ostatecznym skonfigurowaniu wszystkich mebli, na co zanosi się dopiero, jak przeżyjemy weselny kataklizm;)).

Próbowałam ułożyć Truśce książki według jakiegoś schematu- że na przykład na jednej półce te ulubione, na innej te mniej kochane, ale może do nich wrócimy, nie bardzo się jednak udało. Zwłaszcza, że biblioteczka to żywy organizm, przybywają nowi "mieszkańcy", a starzy przeprowadzają sie na inne półki.

Na szczycie naszego książkowego rankingu na pewno znajduje się literatura skandynawska- głównie z Zakamarków, ale nie tylko. I na początek seria spoza Zakamarków, książeczki, przy których obie ryczymy ze śmiechu, czyli opowiastki o dzielnym tacie i jego trzech pociechach. Lubię w nich wszystko- treść, ilustracje i zakończenie- na ostatniej stronie wraca do domu zapracowana mama i stoicko podchodzi do zmienionej rzeczywistości- braku mebli w domu, rybackiego kutra w ogródku czy skubiącej w nim trawę krowy, której rano tam jeszcze nie było. Z niecierpliwością wypatruję kolejnej części.

Kolejną uwielbianą przez nas serię (także spoza Zakamarków) zapoczątkował Robert (tata Nulki), ofiarowują Trusi pierwszą książkę o Pettsonie i jego kocie Findusie. W ten sposób odkryłyśmy Svena Nordqvista i jego rysunki.

Pettson to samotny zgryźliwy staruszek, którego życie odmienia się, gdy dostaje w prezencie od sąsiadki małego kotka.
Podążając tropem autora Pettsona i Findusa zaprzyjaźniłysmy się z Mamą Mu i Panem Wroną- rysunki są także dziełem Nordqvista:

A szczytem ilustracyjnym S.N. w moim osobistym rankingu została "Gdzie jest moja siostra"- kupcie i sami szukajcie zaginionej siostry-myszki. Ja wciąz odkrywam coś nowego na kompletnie odjechanych obrazkach tej książeczki, a przecież czytałyśmy ją już kilka razy.

Tej ostatniej książki pewnie bym nie kupiła, gdyby nie poleciła mi jej pani w naszej ukochanej i nieodżałowanej ksiegarni na Sławkowskiej. Księgarni od paru miesięcy już nie ma. Wielka szkoda, że właścicielka została zmuszona by ją zamknąć, bo było to moim zdaniem najlepsze miejsce do kupowania dzieciom książek. Cóz, tak bywa w naszej kapitalistycznej rzeczywistości, że znikają z mapy miasta miejsca naprawdę wartościowe :(

A wracając do biblioteczki- tym razem seria już z Zakamarków, czyli Nusia i jej przedszkolni koledzy:

Jak oswoić swoje "strachy", czy posiadanie trzech braci faktycznie jest takie fajne, czy chłopcy mogą bawić się w dziewczyńskie zabawy bez obciachu, co może stać się pewnego dnia z zapracowaną mamą- a do tego naprawdę ciekawe, nieprzesłodzone ilustracje. Polecam.
(Chociaż książki "Nusia się chowa" Trusia akurat się boi i nie lubi jej czytać. Pozostałe za to czyta z wielką ochotą.)

Na koniec dziesiejszego zamówionego wpisu cos o naprawde poważnych sprawach, czyli "Piaskowy wilk"- przeczytałyśmy rok temu, pewnie niebawem do niego wrócimy. Piękne rozmowy małej dziewczynki z zaczarowanym wilkiem- prawdziwie filozoficzne opowiastki, zmuszające do myślowego wysiłku nie tylko małych , ale także tych dużych czytelników.

CDN

22:00, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
środa, 05 września 2012
Kupa piachu = kupa szczęścia

Rodzic -  jako człowiek dorosły - ma mnóstwo sztucznych zahamowań, wstępnych założeń i w ogóle ograniczeń. Myśli sobie np., że dzieci nie będą zadbane, jeżeli będzie im mokro/głodno/brudno/ciężko itp. A tymczasem praktyka jest następująca: pomimo lekko wilgotnej pogody Trusia (5½l) z pamięcią godną słonia pyta: "czy idziemy na pustynię?". Po piątym czy szóstym przypomnieniu nie zostaje nic innego, jak tylko ubrać kamaszki i iść.

Z Trusią wybiera się Tadzio (3l), w tym czasie Milena (5l) musi ustalić, co tak naprawdę chce. Dzieci zostają doprowadzone na pustynię i rodzic staje się niepotrzebny.

 Nic to, że deszcz z rzadka siąpi, piach jest wilgotny a zjazdy powolne - duch pustyni zwycięża.

 Najważniejsze jest dobre towarzystwo.

Można zjeżdżać, wbiegać, wsypywać piach do kaloszy, posypywać się, gonić na bosaka po mokrym i zimnym piasku, a nawet robić nową piaskową górę.

Taka nowa góra wg zainteresowanych za rok urośnie, i też będzie z niej można zjeżdżać.

Na wszelki wypadek cała trójka próbowała zjeżdżać z górki już w tym roku i tym samym górka się trochę spłaszczyła - niestety nie udało się tego uchwycić.

Dzieci wracają brudne, wilgotne, głodne, zmarznięte, z toną piachu w przyodziewku, ale za to bardzo szczęśliwe i zadowolone. I stanowi to moim zdaniem dowód, że całkiem często niekonieczne są zabawki edukacyjne, zaawansowane gry i cała nasza sztuczna nadbudowa, żeby mali ludzie byli sobą i byli szczęśliwi.

 

Pozdrawiam,

nie-dsmiatek

23:11, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Bunia

Od dziś Bunia jest już magistrem psychologii stosowanej :)))
Jeszcze tylko ślub za półtora tygodnia i rekrutacja na studia doktoranckie (oby pozytywna) i zadania na wrzesień będzie można uznać za zakończone pomyślnie ;-)

22:11, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Archiwum