RSS
poniedziałek, 30 września 2013
Każdy powód jest dobry

Idziemy sobie z Trusią parkiem, Truś szura opadłym suchym listowiem, wypatruje kasztanów. W pewnym momencie oświadcza- "Wiesz mamusiu, ja to właściwie lubię jesień".
Myślę sobie, że ta pora roku dla dzieci jest całkiem fajna- bo kasztany, żołędzie, kolorowe liście, spotkanie z przyjaciółmi po wakacjach. Truśka codziennie przynosi do domu wielkie kolorowe liściaste bukiety. Więc czemu by nie miała lubić jesieni. W końcu dzieciom obca jest raczej jesienna melancholia, nie dopadają ich myśli o nieuchronnym przemijaniu, a skracający się dzień nie robi na nich aż takiego wrażenia- jest więcej czasu na rysowanie czy malowanie w domu, można sobie przypomnieć o klockach, pokrywających się w lecie kurzem, bo nie ma kiedy budować, kiedy trzeba się wspinać, dyndać, pedałować, biegać.
Truśka jednak nie skończyła jeszcze swojej myśli, postanowiła trochę wydłużyć wypowiedź:
"Wiesz, ja lubię jesień, bo po niej jest zima. A zima to moja ukochana pora roku i w zimie pojedziemy na narty!:)"
I to jest argument dla mnie do polubienia jesieni- bo już za chwileczkę, już za momencik pojedziemy na narty, mam nadzieję do Cavalese. Jak sobie to wyobraziłam dziś w drodze do pracy, to od razu poczułam stado motyli łaskoczących mnie w brzuchu.
Tak, chyba też polubię jesień, skoro po niej będzie zima- moja ulubiona pora roku;-)

21:35, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 września 2013
Wydarzenia ostatniego wrześniowego weekendu

Tym razem nie było spektakularnie- wystarczył nam spektakularny weekend poprzedni. Na ten, co właśnie mija zaplanowałam dużo prac domowych (stan wykonanych na wiczor niedzielny wynosi ok. 30% planu) i wreszcie zakończenie ciągnącego się od końca kwietnia (!) remontu- nadmieniam, że to wciąż ten sam pokój! Remont faktycznie jakby końca dobiega, został jeszcze kawałek listwy i próg, ale to już pikuś- synowie wreszcie mogą się rozgęścić, pokój Ciecha ma szansę odzyskać normalny wygląd, a ja być może, odzyskam lustro w przedpokoju i będę mogła się przejrzeć w całości. Ech, życie może jeszcze stać się piękne;-)

Zaplanowane  na ten weekend sprzątanie akwarium zakończyło się uśmierceniem połowy rybek- chyba się po prostu udusiły w zastępczym słoiku:( Coś nam ta rybia hodowla nie najlepiej wychodzi.

Z dokonań kulinarnych:
Ugotowałam gar rosołu na pozostałych elementach dostanej niegdyś kaczki- będzie miała Truśka co jeść, bo lubi.
Zainaugurowaliśmy też wreszcie sezon na dynie- zgrabna pomarańczowa dyńka, zakupiona już dawno temu i dotąd zdobiąca stół jadalny (z namalowaną przez Truśkę straszną paszczęką) została przerobiona na przepyszną zupę- dobrze robi dyniowej zupie dodatek kolendry, kardamonu, curry i soku z pomarańczy, wypróbujcie.
Upiekłam muffinki -tym razem ze śliwkami, w końcu sezon na śliwki w pełni. Skończył się chyba niestety sezon na maliny, bo tarta z malinami, z powodu braku tych ostatnich, musiała zostać tartą z brzoskwiniami w puszki i wspomnianymi już wyżej śliwkami.
Truśka jako że przez cały tydzień odchudzała się dzielnie, dlatego zasłużyła sobie na kawałek tarty i jedną babeczkę.

Zmusiła mnie na zakończenie sezonu do przejażdżki dziecięcym rollercasterem, czyli w naszej nomenklaturze gąsienicą- brr, jak ja tego nie lubię! Oświadczyła przy okazji, że jak się kiedyś z nią przejadę taką prawdziwą wielką kolejką, to może nawet zdecyduje się spróbować szynki. Nie wiem czy jestem gotowa na aż tak wielkie poświęcenie;-) Ostatecznie Córka może się obejść bez zjadania szynki;-)

Załapałyśmy się też na pokazy z fizyki w różowym namiocie Tauronu- Truś spędził tam chyba z godzinę, patrząc na doświadczenia z magnesami, prądem elektrycznym itp. Takiej fizyki mogliby uczyć już od pierwszej klasy.

Rzutem na taśmę załapałyśmy się na Minimki, które Trusia do tej pory wyraźnie bojkotowała. Ale z braku laku zgodziła się pójść- Samoloty i Turbo-ślimory uznała za filmy dla chłopaków, uwłaczające dziewczęcej godności i odmówiła pójścia. Zatem dobrze bawiłyśmy się obie na Minimkach.

Wypróbowałyśmy też nową mszę dziecięcą- u karmelitów. I ja jestem za- totalny brak dyscypliny u dzieci na mszy u kapucynów mocno (mnie i P.) ostatnio zesłabił.

P. rozrywkował się oddzielnie układając deseczki i jeżdżąc po klej, którego zabrakło na ostatni rządek, do samej Bonarki (w naszym Leroy akurat się skończył). Zaproponowałam co prawda, że pojadę, żeby sobie pracy nie przerywał i mógł w tym czasie deseczki docinać, ale tu niespodziewanie samotny wyjazd Tatusia poparł Truś, oświadczając, że "sklepy z entropką nie są dla mamusiów".

I tak oto minął nam ostatni wrześniowy tydzień, od wtorku wchodzimy w październik i drugi miesiąc szkoły. A co w szkole? Jak dotąd Truś OK- obiady jada sporadycznie, za to zjada zabierane z domu drugie śniadania. O odrabianiu lekcji samodzielnie właściwie nie pamięta. Co drugi dzień średnio przynosi karteczkę z kolejnymi informacjami od pani wychowawczyni- wydaje mi się, ze nie nadążam z wypełnianiem kolejnych próśb i podpisywaniem wciąż nowych rzeczy. Że nie wspomnę o mnożących się ciągle szkolnych wydatkach! Zajęcia dodatkowe wciąż się nie ukonstytuowały- Trusia zapisała się na dwa różne rodzaje tańca, na razie odbyły się zajęcia z tańca towarzyskiego, padła nawet propozycja, żeby taniec zastąpił jedną z godzin WF-u, ale tu musi być zgoda wszystkich rodziców, a jak wiadomo żyjemy w kraju, gdzie zawsze znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która się z tego wyłamie. Od drugich tańców na razie nie ma odzewu. Wystartował za to dodatkowy angielski- nie jest to co prawda ten, na który chciałam Córkę zapisać, ale nie udało się utworzyć grupy z sześciolatków, a z nieznajomymi dziećmi Truśka chodzić nie chciała- zatem z braku laku... Także basen, zarówno ten szkolny jak i szkoła pływania odbywa się normalnie. Wróciliśmy też na taekwondo. Trusia chciałaby oczywiście jeszcze i gimnastykę artystyczną, i francuski, i plastykę, i milion innych zajęć jeszcze, ale uważam, że i tak ma dosyć.
To na razie tyle tytułem podsumowania pierwszego szkolnego miesiąca. Przed nami kolejny, a w nim pasowanie na ucznia- zdaje się, że miałyśmy ćwiczyć tekst ślubowania- tylko gdzie ja go położyłam i z którą karteczką????

PS
Jeśli chodzi o rozszerzanie Trusiowej diety, to zdecydowała się, po długim okresie niejedzenia przynajmniej w domu, zjeść barszczyk z jajkiem na twardo, polubiła pieczony filet z indyka, a w szkole zjadła panierowany filet z ryby.  Z rzeczy innych niż "z listy" były też pełnoziarniste racuchy z jabłkami (nie zauważyła, że mąka jest inna) i kasza - rzeczywiście ją jada bez wstrętu- jestem zaskoczona. Ale wciąż to tylko małe kropelki w morzu jedzeniowych potrzeb.

19:50, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 25 września 2013
Nasze ciuchowe hity

Wpis będzie znowu wprost w z Trusiowej szafy wzięty. Mianowicie chciałam wam "zareklamować" parę rzeczy, które u nas sprawdziły się (i nadal sprawdzają) doskonale- czyli ulubione Córkowe ciuszki. Pewnie każdy z ubraniowymi zakupami tak ma (a przynajmniej ja tak mam na pewno), że coś człowieka zachwyci, coś wpadnie w oko, a potem okazuje się, że rzecz nie warta była zachwytu, albo że to, co spodobało się mi, Córce już niekoniecznie się podoba. I leży sobie taki ciuch biedny w szafie, czeka na swoje pięć minut i nie zawsze się doczekuje. Na szczęście nasze dziecięce ubranka dostają swoją drugą i trzecią szansę, ruszają do innych dziewczęcych szaf, a nowa właścicielka może akurat obdarzyć je swoja sympatią.
Są też ubranka takie, że chciałoby się, żeby Truśka nigdy z nich nie wyrosła, żeby wciąż z nami były i dały się nosić.
Oto hity z Truśkowej szafy- w większości możliwe do skopiowania, bo wciąż chyba w sieci dostępne.

Na początek Kuklo

Aktualnie wciąż jeszcze mamy na stanie dwie bluzy- zapobiegliwie kupione kiedyś "na wyrost" wciąż służą i mają się dobrze. Z tych dwóch ukochańszą jest bluza Astro:

Jeździ z nami na narty i na wycieczki, w razie czego kaptur chroni główkę przed wiatrem, a łapki chowają się do kieszeni. Ponieważ ten model jest dosyć długi, mam nadzieję, że tegoroczne narty i może jeszcze przyszłe lato z nami pobędzie.

Fioletowy płaszczyk Kuklo też sprawdził się doskonale i z prawdziwą ulgą stwierdziłam, że jeszcze i tą jesień będzie chronił Córkę przed chłodem.
Szkoda, że Kuklo nie szyje większych rozmiarów- niestety Truśka nosi już ten największy, zatem kolejnych zakupów pewnie nie będzie:(

Kids on the Moon- marka zdecydowanie na szczycie naszej listy. Kochamy wszystko, a najbardziej tutu- Truśka nosi ją na co dzień- do szkoły (wcześniej do przedszkola), nawet na plac zabaw i na rower, ale też na okazje świąteczne- do teatru i na imprezy. W każdym przypadku spódniczka sprawuje się doskonale. I na razie nic nie wskazuje na to, żeby Córka rychło się miała z nią rozstać.

Oczywiście kochamy też "księżycowe" T-shirty- moim faworytem jest Mr Moon:

Kolorowe kozaczki z H&M- od paru lat kupuję je Trusi- niestety, nie mogą posłużyć dłużej niż jeden sezon, bo Córczyna stópka rośnie. Nie są przesadnie ciepłe, nadają się więc na późniejszą jesień. A Trusia, niezwykle wybredna w kwestii obuwia, akurat te kozaczki darzy wielka atencją.

Zeszłoroczne były w ptaszki, tegoroczne są kwieciste. Mam nadzieję, że te z ubiegłej zimy posłużą jeszcze na początku jesieni.

Jak już jesteśmy przy obuwiu, to absolutnym hitem i wielkim odkryciem okazały się crocsy. A ja nie wierzyłam w ich "magiczne" właściwości. Tymczasem Truśka, jak tylko dostała tego lata swoją pierwszą parę. mogłaby ich z odnóży nie ściągać. Jeszcze teraz, jak nie dopilnujemy, to na dworze okazuje się, że crocsy cichaczem na nogach przemyciła;-)

Kolejnym hitem, którego wcześniej nie doceniałam i nie nabyłam okazała się dżinsowa kurteczka. Nie kupowałam, bo sama nigdy takowej nie posiadałam i wydawało mi się, że dla dziecka jest za sztywna, krótka, zapięta będzie niewygodna, rękawki ma zazwyczaj wąskie, więc mało co się do nich wciśnie. Ale że Trusiowe przyjaciółeczki miały, to i Truś zapragnął. Wyszukałam w Zarze, bo to w lecie było i w innych sklepach na kurteczki akurat panowała posucha. No i okazała się hitem- Truś biega w swojej kurtce codziennie.

Ostatnim hitem jest pierwsza i jedyna jak dotąd nocna koszulka, którą Trusia posiadała (niestety, koszulka już poszła do młodszych dzieci, albowiem Truśka z niej wyrosła). Była to koszulka z KappAhl, falbaniasta, która "rosła" z dzieckiem. Chociaż nasza miała rozmiar 104, z którego Truś dawno już wyrósł, to koszulkę nosiła jeszcze wiosną. Jedynym mankamentem tego nocnego stroju było, że koniecznie musiała Truśka zakładać coś na odnóża- mała dziewczynka przez sen wierci się tak, że koszulka po pewnym czasie przykrywa li i jedynie górne partie cielesne, dolne zaś zaczynają świecić golizną;-) Na pocieszenie i pamiątkę po naszej koszulce została jej mniejsza siostrzyczka (sprzedawano wersję dla dziewczynki i jej lalki):

I to chyba już wszystkie nasze hity, co nie znaczy oczywiście, że inne ubrania się u nas nie sprawdzają. Z Kids on the Moon każdy zakup okazał się doskonały, No sweet jest moim osobistym numerem jeden, a pokazywaną tu kiedyś sukieneczkę Talc Truśka bardzo sobie ukochała i często ją w lecie nosiła. W ogóle Truśka jest bardzo sukienkowa i spódniczkowa oraz legginsowa, spodnie nosi rzadko, chociaż na ich widok nie protestuje. Za to kapcie są jej wrogiem i nie daje się namówić do ich noszenia. A tu tymczasem nastają chłody, podłoga w naszym mieszkaniu do najcieplejszych nie należy, zaś ostatni dywan, zdemolowany przez jamniki, w lecie opuścił nasze cztery ściany. Ja tam bez kapci u nas chadzam tylko w największe upały, Truśka zaś nie daje się w nie wtłoczyć nawet srogą zimą.

No dobra, dość o ciuchach. Następnym wpisem postaram się podsumować pierwsze tygodnie w szkole. Mam nadzieję, że do tego czasu ogarnę wreszcie tą "kuwetę"- bo na razie ciągle tylko skreślam kolejne podpunkty na listach od wychowawczyni przynoszonych przez Truśkę do domu, a jak już mi się powoli wydaje, że wychodzę na prostą, to przybywa kolejna korespondencja. Ale kiedyś musi się to przecież skończyć- chyba...

23:56, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 września 2013
Jedzeniowy plan naprawczy pilnie potrzebny

Żyłam sobie do wczoraj we względnej nieświadomości zagrożenia, chociaż oczywięscie pewne jego sygnały do mnie docierały, ale jako matka bezgranicznie kochająca Latorośl nie chciałam ich do siebie dopuszczać. Niestety stało się- Truś się wczoraj zważył (i zmierzył), a moje zamiatane głeboko pod dywanik świadomości obawy jednak wylazły i zagrały mi na nosie- Truś jest za ciężki! :( Tak też mi się wydawało, że w czasie lata z apetycznie zaokrąglonej dziewczynki zrobiła się dziewczynka zaokrąglona już odrobinkę za dużo. Cóz, Trusiowa węglowodanowa dieta zrobiła swoje i waga zaczęła się zanadto rozchodzić się ze wzrostem. Zatem plan naprawczy potrzebny jest bardzo pilnie. Tylko jak go zrealizować? Truś zapisany na szkolne obiady właściwie ich nie jada, a nawet jadać nie próbuje- plan na październik jest taki, żeby za obiady nie płacić, bo po co, skoro nieruszone wracają do kuchni. Próby wporwadzenia małokalorycznych surówek spełzają na niczym- z jarzyn Truś zgadza się spożywac jedynie ogórki, pomidory i kukurydzę. Owoce owszem Truś jada, chociaż i tu zaczął wprowadzać swoim zwyczajem ograniczenia- w zeszłym roku bardzo chętnie wcinała śliwki, w tym z trudem udaje się ją zmusić do zjedzenia choćby jednej (ja wiem, śliwki też zawierają pewnie sporo cukru, ale nam chodzi o róznorodność, o to, żeby nie ograniczała się ciągle do tego samego). Mięso rusza Truś jedynie w postaci panierowanego kotleta- dziś nastąpi historyczna próba wmuszenia Trusi pieczonej piersi z indyka, przewiduję głośny ryk i zawodzenie. Zupy tolerowane są tylko w postaci najprostszej pomidorówki na koncentracie (broń Boże żeby wyczuła w niej "prawdziwe" zmiksowane pomidory czy jarzyny!), rosołu i, podobno, barszczu i żurku, ale ja tego na własne oczy nie zobaczyłam, bo w domu Truś jedzenia owych skutecznie odmawia. Zupa-krem z kalarepki wmuszona Córce w ilości prawie homeopatycznej jedzona była z wielkim płaczem w towarzystwie dużej ilości groszku ptysiowego dla zabicia "ohydnego" smaku, a wspomnienie tego wydarzenia na długo zapisało się traumą w Truśkowej pamięci. Z selerową nawet nie próbowałam.
Walki o normalne jedzenie przy śniadaniu w grę nie wchodzą po prostu z braku czasu. Co prawda Truś chwilowo odstawił czekoladowe kulki, za to zapija się "kakałkiem" i zjada bułkę ze słodką omastą- miodem, dżemem lub czekoladową Philadelphią. Jajka, jeszcze nie tak dawno chętnie spożywane aktualnie sa już błe i tylko w weekendy udaje nam się wmusić w Truśkę niecałe jedno.
Śniadanie do szkoły siłą rzeczy musi składać się z czegoś konkretniejszego, czyli znowu bułki z zawartością jak wyżej plus owoce, małe pomidorki i posolone świeże ogórki. Staram się, jak się uda, przemycić przynajmniej bułkę grahamkę- na ciemny chlebek szans właściwie nie ma chociaż my praktycznie tylko taki jadamy. Truś ma teraz pretekst niegryzienia twardszego pieczywa z uwagi na ruszjące się trzy mleczne jedynki- staram się obejść przeszkodę krojąc kanapkę na wagoniki, ale to nie zawsze działa.
A co Truś jada- kluchy, kluchy i jeszcze raz kluchy! Ziemniaczki. Podobno kaszę- w domu jakoś nie udaje się jej namówić, ale twierdzi, że jada- dziś nastąpi próba weryfikacji tej tezy. Co w takim razie zrobić, żeby Truś coś jadał, ale mniej kalorycznie, z mniejszą ilością węglowodanów? Pomysłu mi brakuje.

Nadmienię, że w naszym domu nie ma czipsów, gazowanych słodkich napojów i innych podobnych przekąsek- z tych są przeważnie suszone owoce i orzechy. W McDonaldzie bywamy z najwyższą niechęcią i sporadycznie. Na popcorn zgadzamy się przy okazji wyjścia do kina (mały i bez "górki"), a te tak znowu często miejsca nie mają. Słodyczy staram sie nie kupować, a te dostane jak się tylko da z domu wynosić. W lecie były lody- fakt. Czasem słodziucha przemyci Pasia- na to wpływ mam niewielki.

Jak zatem odchudzić Trusia? Więcej ruchu? Ależ Truś się rusza- jeździ rowerem, sporo czasu spędza na placu zabaw, gdzie zwisa, wspina się i biega. Taekwondo chyba jednak dwa razy w tygodniu, basen też dwa razy (szkoła i czwartkowe wyjścia z Tatusiem do szkoły pływania), zapisałam Córkę na tańce w szkole, ale na razie nie wiem, czy i kiedy będą się odbywać. Dołożyć jeszcze SKS z siatkówką? Gimnastykę artystyczną? Odpada, kiedyś Dziecko musi miec czas na pobycie i ponudzenie się w domu. Chciaż Truśka sama z siebie zapisałaby się chyba na wszystko, bo ona lubi się ruszać.

Czuję, że znalazłam się w sytuacji trochę patowej- brakuje mi pomysłu. Pewnie skończy się na codziennych awanturach o zdrowsze odżywianie, które zszargają moje nerwy i popsują na czas jakiś przyjazne stosunki między Matką a Córką.
A jeśli ktoś myśli, że sześcioipólletniemu dziecku można coś rozsądnie wytłumaczyć i z im ponegcjować, to albo tego nie próbował, albo ma inne dziecko niż nasze. Bo chociaż zdrowego rozsądku i porcyjki rozumku Trusi nie brakuje, to negocjacje jedzeniowe kończą się na zacięciu się Truśki na "nie zjem tego, nie będę, nie lubię, nie spróbiję, bo na pewno jest niedobre- i już!". Koniec dyskusji!

10:17, dsmiatek
Link Komentarze (14) »
niedziela, 22 września 2013
Tuśmy byli w czasie weekendu

Jak tylko zacznie się jesień, dzień się skraca, robi się wietrznie i pochmurno, wyruszamy z wizytą do miasta W. Pewnie dlatego wydaje mi się, że w mieście tym zawsze jest wietrznie i szybko zapada zmrok, co zdecydowanie zbyt prędko skraca nam czas pobytu u Przyjaciół- no bo wiadomo, jak dzień jest już tak krótki, to do domu zbierać trzeba się wcześniej.

A byliśmy tu:

No to jak już wiecie, gdzieśmy spędzili ten weekend, to zobaczcie cośmy zdążyli zrobić w trakcie doby zaledwie pobytu:

Dmuchaniem Trusia uruchamiała motylki i zbierała kwiatki

Stawiała tamy, uruchamiała wodne wiatraczki, strumieniem wody wtaczała piłeczki na szczyt toru, kręciła wodną turbiną- nie zważając na warunki pogodowe zamoczyła sobie przyodziewek- na szczęście jeszcze tyle było do zrobienia pod dachem, że zdążyła się wysuszyć przed wyjściem.

Z Przyjaciółką bawiła się w archeologa

transportowała w górę kolorowe kulki

doświadczała grozy trzęsienia ziemi- jak widać groza dostępu do Dzieci nie miała.
Te i jeszcze mnóstwo innych wspaniałych rzeczy mogliśmy zobaczyć w Centrum Nauki Kopernik- nie udało się doświadczyć wszystkiego, bo niepostrzeżenie nadeszła pora zamknięcia. Oj, boję się, że musimy tu jeszcze wrócić;-)

Dwie przyjaciółki zawinięte (dla ochrony przed wieczornym chłodem) we wspólny kocyk dyżurny z samochodu wkraczają do ciemnych Łazienek- żeby zobaczyć to:

 

Festiwal lampionów w Alei Chińskiej

A dnia drugiego był spacer po Starówce, obiad w towarzystwie Przyjaciół i niespodzianie nadeszła pora pożegnania- nie obyło się bez łez, a nawet wrzasków rozpaczliwych- jeśli ktoś z Warszawiaków przechodząc przez Powiśle w porze popołudniowej usłyszał przypadkiem wycie przeraźliwe i siąkanie,. to niech się nie obawia- to nie Bazyliszek zmartwychwstał, to tylko była wyjąca Trusia- ten typek czasem tak też ma;-)

Kochani, dziękujemy za wspólny czas i czekamy na Was w Krakowie:-)

23:21, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
środa, 18 września 2013
(*)

Był sobie Pies- miał czarne miękkie futerko, kłapciate poszarpane uszy i piękne brązowe oczy. Ostatnio wpatrywał się w nas tymi ślepiami, jakby za coś przepraszał. Pojechał dziś wieczorem do doktora, bo ostatnio niedomagał, stracił  apetyt nie tylko na jedzenie, ale też na życie. Już nie wrócił. Nie zdążyliśmy się z nim nawet pożegnać.
Krokuś, bardzo nam Ciebie brakuje.

21:02, dsmiatek
Link Komentarze (16) »
wtorek, 17 września 2013
Kasztanoludków w tym roku nie będzie:(

W niedzielę wybrałyśmy się z Truśką do parku na kasztany. I wyobraźcie sobie, że po przemierzeniu całego parku, przepatrzenia trawy pod wszystkimi rosnącymi tam kasztanowcami, przegrzebaniu ton suchych kasztanowcowych liści, udało nam się zebrać zaledwie 15 brązowych kulek! Co gorsza na gałęziach kolczastych owocków prawie nie było widać, nie ma więc co liczyć na to, że jeszcze pospadają. Chyba mamy w tym roku nieurodzaj na kasztany:( Na początku naszego "polowania" zawiedziona Truśka prawie się popłakała, że tyle już miejsc przepatrzyłyśmy, a tu ani jednego kasztana w koszyku nie mamy. Dobrze, że na otarcie łez udało się zebrać chociaż tych kilkanaście. Ale cóż to jest w porównaniu do zeszłoletnich kasztanowych żniw, kiedy to przynosiłyśmy do domu całe siatki!

Przy okazji zahaczyłyśmy o plac zabaw, na którym okazało się, że Córka uważa się już za zbyt dorosłą, żeby zjeżdżać nawet z najwyższej zjeżdżalni. W jej zaawansowanym wieku przystoją zgoła inne rozrywki, w stylu wdrapywania się na dach domku-drabinki czy przechodzenie "na gibbona" po szczebelkach. I tu wykazała Latorośl niezwykłą determinację, próbując przedyndać na rękach z jednego końca na drugi. Ja wiem, niektóre dzieci robią to niemalże od urodzenia, sama podziwiam takie "małpiatki", które myk-myk i już są na drugiej stronie. Mi się ta sztuka jak dotąd jeszcze nie udała, za słabe mam ręce (albo za ciężka jestem, żeby siebie udźwignąć, he he). A Truśka próbowała aż do skutku, a potem, mimo dłoni czerwonych, utrwalała jeszcze umiejętność. Twarda sztuka;-)!

Za to na rozrywkę, która poniżej wciąż jest Truśka w jak najodpowiedniejszym wieku. Jest to też wciąż jedyny słuszny sposób "schodzenia" po schodach:

A jak tam w waszych stronach miewają się kasztany? Też posucha?

19:10, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 16 września 2013
Pierwszy ząb

Kiedyś musiało to nastąpić, nie dało się ząbka przykleić, żeby nie wypadł- pierwsza jedynka trafiła do wróżki zębuszki, a Trusia się cieszy i wypatruje kolejnych ruszających się zębów- pozostałe jedyneczki też się już szykują do wypadnięcia. Oj, starzeje nam się Córka:(

10:07, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 września 2013
Aaa ptaszki dwa

Idąc dalej tropem "ubieranki"- taki nam się ptasi zestaw nocny niechcący dziś skompletował:

Każda rzecz właściwie z innej parafii, ale razem jakże urocze3- i rozhukane;-)

No to niech wam też sowy pohukują do snu, a rano kukają kukułki, co opuściły swoje zegary. Coś ostatni u nas znowu straszne zasowienie nastąpiło- na kanapie rozpościera się ich aż osiem!

Tymczasem z moich wielkich planów na dziś, mających zwalczyć chociaż trochę chaos panujący w mieszkaniu udało się zrealizować zaledwie odrobinkę, a cały dzień pracowałam! W końcu po wyniesieniu worów do pojemnika na "szmaty", innych do piwnicy, przygotowaniu zabawek, gier i puzzli do przedszkola, skonsumowaniu dwóch tart (na spółkę z Pawłem i P.) oraz zupy kalarepkowej (victoria!- udało się Trusi wmusić maleńką miseczkę w ramach wdrażanej reformy) wsiadłyśmy ze znudzoną sprzątaniem Córką na rowery i pojechałyśmy do kina. Wracałyśmy ju po ciemku świecąc sobie światełkami (wciąż nie mogę opanować ruchu włączającego dynamo, widocznie to jakiś wrodzony mój defekt), gadając i solidarnie siąkając nosami (Córka przywlekła ze szkoły jakiegoś wirusa, którym hojnie się ze mną podzieliła- Tatuś ma swoje własne zapalenie ucha i za wirusa podziękował)- fajnie nam było.

22:54, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 września 2013
Jesienne zakupy, czyli walkę z nałogami czas zacząć

Ale co już zostało zakupione, to w szafie wisi, zaś odwyk zaczynam od, powiedzmy, najbliższego poniedziałku;-)

Na początek Grain de Chic, czyli ubranka w moje ulubione łączki. Truśka stała się szczęśliwą posiadaczką spódniczki i dwóch sukienek (początkowo myślałam, że jedna z nich to tunika, a druga to sukienka, dopiero, jak zatwierdziłam zakup, to się zorientowałam, że jednak obie to sukienki, co wzbudziło na tentychmiast wyrzut sumienia, że aż dwie kiecki naraz zamówiłam):

Obie kiecki i spódniczka są tak urocze, że sama chętnie miałabym coś podobnego. A do tego przybywają w ślicznych białych materiałowych torebusiach- w sam raz na dziecięce zakupy.

Na naprawdę chłodne dni bluza od Berry&Bounty. Jakże ja lubię tą pracownię, zwłaszcza, że jest w Krakowie i do tego w Hucie! Sama mam od nich spodnie i bluzę i kocham je nosić- co prawda na razie w sytuacjach nieoficjalnych, nie odważyłam sie dotąd w "dresach" udać na miasto, a tym bardziej na salony, ale cudne są- mięciutkie, wygodne i takie pięknie kolorowe. Trusia dostala bluzę szarą, ma zastąpić naszą ukochaną szarą Kuklo, z której pomalutku Córka wyrasta (ale spokojnie, ten sezon jeszcze na pewno obleci, a może i na wiosnę się wciśnie, jeśli wdrożymy wreszcie reformę jedzeniową;-)):

Zaś dziewczyny z Berry&Bounty obiecały, że w jesiennej kolekcji znajdą się spódnice i dłuższe sukienki. Co oczywiście stawia pod sporym znakiem zapytania moje plany odwykowe;-)

I na koniec wisienka na torcie czyli Missmist od Kids on the Moon- od nich łyknęłabym chyba wszystko, każda rzecz się sprawdza, jest nie tylko piekna, ale też mięciutka, zwiewna. Ta sukienka przypomina trochę jesienny mgły, trochę morze w pochmurny dzień. Cudna jest:

 

Truśka jako stworzenie sukienkolubne zaraz zaczęła wypróbowywać nowe nabytki i chyba dobrze się w nich czuje.
Tu w jasnej Grain de Chic:

I w Missmist:

A ja dostrzegłam właśnie światełko w odwykowym tunelu- Ładne Bebe, które nieustannie i nieubłaganie dostarcza mi zakupowych inspiracji tak się ostatnio zreformowało, że strona przestała dla mnie być czytelna, zatem, jak się cos nie poprawi (ufam, że może wciąż jeszcze są w przebudowie), to przestanę do nich zaglądać- podpisy na zdjęciach, zdjęcia na innych zdjęciach- tak to się w moim kompie wyświetla i okrutnie mnie denerwuje. Stare Ładne Bebe wróc!

20:59, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum