RSS
niedziela, 28 września 2014
Życie chyba składa się tylko z weekendów. W ten weekend knajpa z Widokiem.

Tydzień mija tak szybko, że zanim się obejrzę znowu jest piątkowe popołudnie i zaczyna się kolejny weekend. Weekend fajna rzecz, pod warunkiem, że nie muszę pracować, co akurat teraz miało miejsce. Szkoda tylko, że dni tygodnia przelatują z szybkością błyskawicy i niewiele z nich pamiętam:(

No ale skoro mamy, a właściwie skoro kończymy ostatni weekend września, to czas na jego podsumowanie.
W piątkowy wieczór uczestniczyłyśmy z Truśka w Nocy Naukowców- Struś z zapartym tchem podziwiał chemiczne eksperymenty w Ogrodzie Doświadczeń, ja marzłam sobie tamże, jako, że swój sweter oddalam Latorośli, zaś Truśkowy Tatuś rozrywkował się na służbowym wyjeździe integracyjnym na "palcu zabaw dla dorosłych"- szalejąc na quadach, walcząc z równowagą i grawitacją w parki linowym, zjeżdżając tyrolką nad stawem itp. Przywiózł stamtąd dyplom "Największego Zaskoczenia Wyjazdu"! Czyżby nikt nie podejrzewał poważnego Pana Dyrektora o to, że odważy się rzucić w przepaść i zjechać tyrolką? He, he- jeszcze go nie znają;-)

Sobota powitała nas deszczem, zatem zarządzone zostały prace domowe- Pan Mąż został Domowym Bohaterem (czy jak to tam idzie w reklamie któregoś z budowlanych marketów), składając oczekującą od miesięcy półkę, a także świeżutko zakupioną pożądaną wielce przeze mnie zieloną "bieliźniarkę". A ponieważ po południu wyszło słoneczko, to spontanicznie wsiadłyśmy z Truśką na rowery i pojechałyśmy do kina. Wyjechałyśmy na tyle spontanicznie, że nie pomyślałyśmy o tym, że powrót odbędzie się już po zachodzie słońca i nasza niezbyt ciepła odzież może nam nie wystarczyć na wieczorny chłód. Ale co tam, kino jest w centrum handlowym, zakupiłyśmy sobie zatem ciepłe swetry- przydadzą się też na inne okazje;-)

W niedzielę powtórka z rozrywki- Truś o pranku marudny i nieszczęśliwy, że z powodu ładnej pogody "zmuszamy" ją do jazdy rowerem do miasta. Szczęśliwie dobry humor zaczął powracać już w czasie drogi, a poprawił się całkiem tradycyjnie na Plantach pod kasztanowcem.

Kasztany w naszym domu wyglądają z każdego kąta- ktoś ma pomysł, co z nimi zrobić? Jakieś kasztanowe przetwory czy może inne praktyczne zastosowanie?

Potem zatrzymaliśmy się na południowe capuccino i małe conieco w knajpce z Widokiem. Widok nie bez powodu jest z dużej litery- bo cóż to jest za widok wspaniały!
A przy okazji - kawa, czekolada i conieco pycha:-)

Conieco z obrazka powyżej pochodziło z innego źródła.
Reszta- Kanonicza 22, Pod Nosem:-)

W drodze powrotnej były kolorowe liście- przecież mamy jesień, a jesień bez liściastych bukietów się nie liczy.

Wieczorkiem Truś wyciągnął jeszcze Tatusia do wesołego miasteczka pod M1- dziś ostatni dzień stacjonuje w naszym pobliżu, a Truś nie zdążył się jeszcze w tej "edycji" przejechać na "gąsienicy" ani poskakać na trampolinie.


I już po weekendzie:( Za kilka mgnień będzie następny.

21:09, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 24 września 2014
Logistyka

Cóż, w tym roku szkolnym logistyka wyraźnie mnie przerasta. Częściowo jest to związane z podziałem godzin Trusi, częściowo z zakończeniem przez Ciecha szkolnej edukacji. Fakt kończenia przez Truśkę we wtorki i środy lekcji dopiero po godzinie 16-tej poskutkował absolutną niemożnością zapisania jej na angielski. Odpadło też- z tego samego powodu- środkowe taekwondo- na 17-tą Truś nie zdąża, musiałby iść na ćwiczenia zaraz po szkole, a późniejsza godzina treningów koliduje z kolei z lego-robotyką, na której Trusi zależy. W każdy czwartek kombinujemy, gdzie przechować Trusię, jako, że do swojej pracy zabrać jej nie mogę, a P. wraca dopiero o 18-tej, na 19-tą jadą na basen. Z zajęć, które w ubiegłym roku organizowane były w szkole jedne tańce udało się zmieścić w środowe przedpołudnie, w związku z czym Truś idzie do szkoły na 9.45, przez jedną godzinę lekcyjną tańczy, potem czeka w świetlicy na obiad i rozpoczęcie lekcji ok. 12-tej. Czy uda się gdzieś wcisnąć Majery (Akademia Tańca i Zdrowych Pleców), które Truśka ogromnie lubiła, nie mam pojęcia.
Problemów logistycznych nie stwarza tylko poniedziałkowe taekwondo, które zaczyna się o 19-tej, więc nie ma problemów ze zdążeniem. Jedyny minusik polega na tym, że za chwilkę 19-ta zamieni się w 20-tą, a to już będzie całkiem późna godzina. No ale kiedyś nadejdzie wiosna i będzie lepiej. A na razie miałabym ochotę się wymeldować z rzeczywistości.

PS
A tak przy okazji właśnie dostaliśmy wiadomość z towarzystwa ubezpieczeniowego sprawcy wypadku (a właściwie towarzystwa, w którym było ubezpieczone auto, które nas skasował, bo sprawca nie był jego właścicielem), że odmawiają nam wypłacenia odszkodowania z OC, bo sprawca nie był ubezpieczony, czy też bo polisa była nieważna, albo coś w tym stylu. Tymczasem ja wciąż nie mam czy jeździć, samochód stoi w warsztacie, a jego naprawę wyceniono na 30 000zł! I co my teraz mamy zrobić? Ktoś wie? Bo ja nic z tego nie rozumiem- najpierw nikt nie miał zastrzeżeń, nawet dwukrotnie w warsztacie był rzeczoznawca, który oceniał i wyceniał szkody, a tu nagle mail, że za naprawę nie zapłacą!

21:16, dsmiatek
Link Komentarze (10) »
niedziela, 21 września 2014
Na niedzielne smuteczki

najlepsze są..... KASZTANY! Znowu się sprawdziły, uleczyły Truśkową poranną melancholię, wszelkie fizyczne dolegliwości i bliżej nieokreślony Weltschmertz.
Chociaż zaczęło się od fiaska- Trusiek przygotował sobie dzień wcześniej przyrząd do strącania kasztanów i skoro świt pobiegł na przydomowy trawnik do rosnącego tam kasztanowca. Niestety- albo narzędzie się nie sprawdziło albo jego operator, łup był nędzny i składał się jedynie z jednego malutkiego kasztanka.

Na szczęście udało się Truśka wyciągnąć na Planty, a tam- kasztanowe eldorado- wypełniliśmy dwie kieszenie Tatusiowego softshella, szczęśliwie są to baaardzo duże kieszenie, zamykane na zamki, zatem nic się z łupów nie uroniło.

Jak się już humor poprawił, to można było pójść pobać się motyli na Grodzkiej:

Jedynie P. odważył się na bliższy kontakt z motylem, Truś spoglądał niespokojnie, czy wyjście jest wystarczająco blisko i czy żaden owad nie odcina drogi odwrotu;-)

Po emocjach motylich skołatane nerwy ukoił lizak z cudnego sklepiczku, który także na Grodzkiej odkryłyśmy. Lizaki były w nim produktem raczej ubocznym, zachwyciły nas pastelowe karteczki, smukłe szmaciane króliki,  szydełkowe sowy, drewniane koniki i kurki. Wypatrzyłyśmy też spineczki od Kollale. Oj chyba jeszcze tam kiedyś potajemnie zaglądnę;-)

Potem była kasza w "Dobrej kaszy naszej", Dzwoneczek w Plazie (miałaś rację Kermixx, dało się oglądać i nieźle bawić) i wreszcie dotarłyśmy do domu. Jeszcze tylko obowiązkowe tworzenie kasztanoludków i można sobie odpocząć;-)

Na koniec jeszcze Truś z piątkowego wieczoru, podziwiający się w nowych okularkach:

Mój Okularniczek kochany:-)

PS
Grzywka autorstwa Trusia- gry część włosów wymknęła się jej w szkole z gumki, złapał Truś nożyczki i niesforne włosięta ciachnął.  Dobrze, że chociaż w miarę równo i na dobrej długości ciachnął! I tyle nam przyszło z dwuletniego zapuszczania:(

20:01, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 września 2014
Może warto trochę przystopować...

Złapałam się na tym, że już od paru dni kombinuję, co by tu fajnego wymyślić na niedzielę. Gdzie można by pojechać, co nowego zobaczyć? A może odwiedzić jakieś znane lubiane miejsce?
A tu prognozy chcą mi spłatać figla i na weekend zapowiadają pogorszenie pogody, deszcz, wiatr i zimno. Oczywiście prognoza może się nie sprawdzić, albo też sprawdzić w miejscu odległym od Krakowa, ale gdyby tak jednak padało... I tu sobie pomyślałam, że wcale nie byłoby tak źle. Bo przydałby się też wolny dzień w domu, z porządnie przygotowanym "od podstaw" niedzielnym obiadem. Można by upiec placek ze śliwkami, albo muffiny z borówką amerykańską. Wreszcie skręcić półkę do Truśkowego pokoju, którą zakupiliśmy chyba już rok temu. Wyekspediować na zimowanie w piwnicy letnie sukienki, bo ich czas w tym roku już się raczej skończył. Można by pójść z Trusiem do kina na obiecanego już dawno "Dzwoneczka"- ja co prawda aż tak się do Dzwoneczka nie palę, ale Truś się naprasza. P. ma lepiej, w minioną sobotę "wylosował" Mikołajka. Ale też nie posądzałabym Trusiowego Tatusia o dobrowolne udanie się na przygody małych wróżek. Mogłoby go to przyprawić o trwaly uraz psychiczny, a ja powinnam jakoś dać radę;-) Może wreszcie znalazłaby się chwila na zdjęcia ze Słowacji i uzupełnienie słowackich wspomnień na blogu...

Może zatem lepiej, żeby pogoda na chwilę się popsuła i uniemożliwiła mi planowanie i realizowanie kolejnych wyjazdów czy innych spektakularnych eventów...
Chociaż jak widać na ewentualny deszcz juz mam dużo zaplanowane. Ot, taka już widac moja "karma"... ;-)

19:29, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 15 września 2014
Małe ale poprawia humor

Niedzielny poranek w naszej części Krakowa wstał mglisty i nie zachęcał do aktywności. Truś też obudził się jakiś mało entuzjastyczny i wszystko wskazywało na to, że najchętniej cały dzień przesiedziałby w domowych pieleszach przed kompem, ewentualnie z małym przerywnikiem na wyjście do kina. Ale ponieważ kino było z Tatusiem w sobotę, ja miałam za sobą dobę w pracy, a stan Trusia, mimo prób przekonania nas, iż jest tragiczny, obiektywnie źle się nie przedstawiał, zażądzone zostało wyjście z domu. Najpierw na mszę do kapucynów (jeszcze niestety nie wystartowali z dziecięcymi), a potem do zoologu, do którego jak wiecie nie udało nam się dotrzeć dwa tygodnie temu. Uszy nasze przefiltrowywały płynące z fotelika treści "głowa mnie boli, brzuszek mnie boli, niedobrze mi, spać mi się chce". I jak się okazało tym razem nie zawiodła nas rodzicielska intuicja, jako że wszelkie objawy zniknęły w momencie opuszczenia samochodu w Lasku Wolskim i pojawienia się pod naszymi stopami mnóstwa brązowych lśniących kuleczek. Kasztany lubią chyba prawie wszyscy, Truś do wyjątków w tym względzie nie należy i jak tylko nadejdzie czas kasztanobrania, to pod każdym drzewkiem bacznie sprawdza i poszukuje łupów. W zeszłym roku chyba był nieurodzaj, w tym w Parku AWF-u też nam się nie udało zbyt wiele znaleźć, ale w Lasku Wolskim kasztanowce spisały się lepiej i wróciliśmy z pełną siatką. Zoo też oczywiście było, a po zoo jeszcze obiad przy Błoniach i Truśkowy taniec w deszczu, jako że nie wiadomo skąd przyleciała ulewa- a jak przyleciała tak i szczęśliwie odleciała szybko.

18:04, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 12 września 2014
Moda na jesień 2014 ;-)

sukienka- Grain de Chic z zeszłorocznej kolekcji
kamizelka nosweet jw
getry i balerinki H&M
szalik Tape l'Oleil

i na koniec hit sezonu 2014- nakrycie głowy- Bike Belle- pokrowiec na siodełko !!!

Spieszę uspokoić- nie zmieniamy się w bloga modowego. Ale jakby ktoś szukał inspiracji, co na siebie włożyć, zwłaszcza jeśli chodzi o nakrycia głowy, to poddaję pomysł autorski Truśki z dzisiejszego poranka. I żeby nie było wątpliwości- ona TAK ubrana udała się do szkoły. Okrutna Matka pozbawiła ją jednak oryginalnej czapeczki, naciągając ją na siodełko swojego roweru.

Dziś wybrałyśmy i zamówiłyśmy okularki- będą gotowe dopiero za tydzień, ku wielkiemu rozczarowaniu Trusi, która myślała, że od razu będzie je miała. Na szczęście oczki nie są aż tak kiepskie, żeby nie mogły czytać- wracając od optyka wstąpiłyśmy do księgarni- w pewnym momencie straciłam Truśka z oczu- gdy ją wreszcie odnalazłam taki oto ujrzałam obrazeczek:

Miłego weekendu wam życzę. 

21:07, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
czwartek, 11 września 2014
Zmiany

Zanosi się na zmiany, a właściwie zmianę Truśkowego wizerunku. Dziś przekonałam się, że dziecku to jednak od czasu do czasu wierzyć trzeba, jak na coś narzeka, a nie tylko zbywać, że pewnie sobie coś wymyśla.
Truś od początku roku szkolnego przymarudzał, że źle widzi, że z tablicy nie zawsze może wszystko przeczytać, że literki się jej rozmazują. A ja sobie naiwnie myślałam, że może pozazdrościła mi okularów (sama miałam taką fazę pod koniec podstawówki bodajże, że zapragnęłam koniecznie nosić okulary- cóż, cóż wzrok okazał się wtedy sokoli- szkoda, ze dalej taki nie pozostał:(). Ponieważ w ubiegłym roku problemów nie było, a i w wakacje Truś spokojnie czytał i nie narzekał, to początkowo zbagatelizowałam marudzenie. Dzwoneczek zadzwonił, gdy zauważyłam, że zadanie w zeszycie z matematyki stopniowo opuszcza zaczętą linijkę i cyferki oraz literki opadają w dół. Zatem umówiłam Córkę do okulisty, dziś rano udałyśmy się do przychodzi, a tam niespodzianka- Truś faktycznie ma wadę wzrokui! Zatem jutro czeka nas wyprawa do optyka i już niebawem zaprezentuje się Struś w okularkach.
Truś się cieszy i niecierpliwie wyczekuje jutrzejszego wybierania oprawek.
A dziś inauguracja kolejnego sezonu basenowego pozaszkolnego- basen szkolny zaczął się już w poniedziałek. Od przyszłego tygodnia taekwondo. Czekamy jeszcze na termin zajęć z tańca i trzymam kciuki, że udało się gdzieś bezboleśnie zmieścić dodatkowy angielski. Początek lekcji we wtorek i środę w okolicy południa niestety nie ułatwia sprawy:(

17:53, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 07 września 2014
Akcja umilanie i oswajanie jesieni rozpoczęta

Piątkowy wieczór- Zlot Teleskopów w Ogrodzie Doświadczeń i obserwacja kraterów na księżycu- zdjęć brak, bo było za ciemno, ale Truśka zachwycona, musicie mi uwierzyć na słowo.

Sobota- wyprawa do Szczawnicy z Córkami.
Najpierw coś dla ducha: 

Potem coś dla ciała, czyli obiad w cudownie oldschoolowym otoczeniu w Cafe Helenka:

Niespodziewana ulewa pokrzyżowała dalsze plany Truśki, czyli odwiedziny w parku linowym. Ale nawet deszcz. zwłaszcza taki prześwietlony słońcem, potrafi wzbudzić radość:

W niedzielę próba dotarcia rowerami do kapucynów na 11-tą, skończyła się we wcześniejszym kościele jezuitów. Za to potem był Rynek i Parada jamoszków- tylko żak, że jeszcze rok temu sami dysponowaliśmy dwoma, a teraz paradują oba w psim raju. Na pocieszenie Plac Szczepański i lody w tamtejszej małej lodziarence- moje były rewelacyjne- śliwkowe i gruszkowe, rozważałam jeszcze szafranowe lub baklawę. Truś bardziej zachowawczy wybrał cytrynę i śmietankę z nutellą:

Okazuje się, że z pewnych rzeczy tak szybko się nie wyrasta i niektóre ulubione rozrywki są w nas mocno zakorzenione. Nie mogłam wytrzymać tęsknego spojrzenia, pozwoliłam zdjąć spódniczkę i buty i tylko nieśmiało poprosiłam o zachowanie suchości bielizny- co spotkało się co prawda z pełnym zrozumieniem Dzieciny i jej solenną obietnicą, ale jak to dziecięce obietnice- rzadko są dotrzymywane;-)

Potem jeszcze powrót rowerami nad Wisłą, szukanie kasztanów w Parku AWF i powrót do domu, gdzie Truś zabrał się za tworzenie tortu urodzinowego dla Pawła- co prawda urodziny miały miejsce miesiąc temu, ale dopiero dziś znalazł się czas na oficjalne świętowanie:

Potem obiad i podwieczorek ze wszystkimi Dziećmi i bycie razem.

A teraz Truś ogląda Kapitana Hooka, którego wreszcie udało nam się dla niej zdobyć, a i ja zerkam, bo bardzo lubię ten film. Wczoraj skończyłyśmy wreszcie czytać Piotrusia i Wendy, zatem film bardzo na czasie.

I tak sobie myślę, że czasami można mieć wszystko. A tymczasem na dworze burza...

19:24, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 04 września 2014
Matka psychicznie zdekompensowana

Stan mojej psychicznej nirwany zostal brutalnie zaburzony wraz z początkiem szkolnego roku. "Uporządkowana" wakacyjna rzeczywistośc, pozwalająca Latorlośli na dłuższe poranne polegiwanie w łóżku, obiadki przygotowane specjalnie pod nią i troskliwa opieka Pasi oraz rozliczne wakacyjne rozrywki odeszły w niebyt, zaczął się zaś szkolny chaos. Na szczęście jako weteranki w tym temacie mam świadomość, że z czasem zbudujemy sobie nowy ład, więc nie rwę włosów z głowy, ale na razie moja psychiczna równowaga jest mocno rozchwiana.

Truśka do początku roku szkolnego podeszła lajtowo i radośnie- dla niej oznaczał on spotkanie z koleżankami i lubianą wychowawczynią oraz potencjalne nowe szkolne przygody.

Mój początkowo także dość lajtowy stan pogorszył się znacznie, gdy zobaczyłam plan lekcji i zorientowałam się, że po zeszłorocznym chołubieniu sześciolatków, siedmiolatków- drugoklasistów taryfa ulgowa już nie obowiązuje. Po pierwsze dyrekcja naszej szkoly postanowiła zawalczyć o tytuł "dobrej cioci" i przyjąć wszystkie chętne dzieci do klas pierwszych, także te spoza rejonu. W tymże celu utworzono 6 pierwszych klas- najwięcej od początków działalności tej szkoły (klas obecnie drugich jest 3, odeszły zaś chyba tylko 2 klasy szóste). A co się wiąże z utworzeniem dodatkowych klas wyjaśniać nie trzeba- tlok na stołówce, tłok na korytarzach i w świetlicy oraz konieczność nauki w systemie zmianowym. I tak oto moja Córeczka w poniedziałki zaczyna jeszcze nie najgorzej, bo chyba około 10-tej, ale we wtorki dopiero o 12.45, we środy 11.45, szczęśliwie we czwartki i piątki ma na 8.00. Ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby po kilku godzinach siedzenia na świelicy mogła się jeszcze skupić na lekcjach, zaszła koniecznośc zaangażowania Pasi w opiekę nad nią we wtorkowe i środkowe przedpołudnie. Popołudnia w tych dniach są już raczej stracone na ew. zajęcia dodatkowe, wystarczy jej siedzenie w szkole do 16.05 :( Ew. na środę planuję taekwondo albo robotykę, ale to już od decyzji Truśki zależy.
Szatnię klasa Truśki musi dzielić z klasą trzecią, zmieniła się im też sala. Poprzednia, w czasie zimowych ferii remontowana z dużym zaangażowaniem także rodziców, dostała się jednej z klas pierwszych, zaś klasie Truśki przydzieloną inną, którą jednak dzielą się z inną jeszcze klasą. Truśka narzeka, że w sali jest hałas, bo sąsiaduje ona z zadaszonym patio, na ktorym odbywają się lekcje wf-u, poza tym przez sufit docierają odgłosy z klasy na pierwszym piętrze (poprzednia sala była na piętrze). Skończył się też luksus własnej szkolnej szafki- zredukowała się do jednej małej półeczki. Nie było też mowy o pozostawieniu w szkole stroju na wf czy boxu z podręcznikami ani o dodatkowym piciu czy też wspólnym z wychowawczynią docieraniu do szkolnej stołówki. Ja wiem, przez rok nauki już się trochę ze szkołą obyli, ale w ubiegłym roku szkolnym byli do samego końca głaskani po główkach jako "nasze kochane maluszki" (a szkoła jest przecież przyjazna sześciolatkom), zaś w nowym muszą być samodzielni i "walczyć" o swoje od pierwszego dnia. A gdyby tak  przez pierwszy miesiąc poświęcić im jeszcze trochę więcej uwagi....
Pewnym problemem jest też dostarczanie Trusi do szkoły na godzinę ósmą- w związku ze zmianą mojego systemu pracy nie mogę sobie pozwolić na odprowadzanie jej do szatni na "ostatnią chwilę"- co możliwe było w pierwszej klasie. Truś musi albo samodzielnie udawać się do placówki (na szczęście ma blisko i do pokonania tylko małe wewnątrzosiedlowe uliczki) albo podążać ze mną wcześniej, a potem samotnie oczekiwać pod szatnią na pojawienie się koleżeństwa.

Najważniejsze jednak. że Truśka przekonana jest, że da sobie radę.

I na pewno da- lepiej niż jej chwilowo zdekompensowana Matka;-)

Ale i Matka powróci, mam nadzieję, do stanu równowagi, jak minie pierwszy miesiąc szkoły, ukonsytuują się zajęcia dodatkowe, Ciech zacznie być przewidywalny, bo rozpocznie nauczanie wyższe i ustali się nasz tygodniowy harmonogram.
A na razie, ponieważ jesień już puka, a nawet drzwi uchyla, trzeba sobie koniecznie zaplanować coś miłego na moją nieulubioną porę roku. Chciałam znowu pojechać "W drzewa", ale pierwszy wolny akceptowalny termin weekendowy znalazł się w kwietniu- zatem Nałęczów dopiero na wiosnę. A na razie powtórka z Kopciuszka na początku października, Carmen w listopadzie, ostatnie Targi Śniadaniowe, Noc Teleskopów i Noc Naukowców w Ogrodzie Doświadczeń, jakiś niedaleki przyjemny wypad w najbliższy weekend z udziałem Starszej Córki, zaległa impreza urodzinowa Pawła i, mam taką nadzieję, spotkanie z Przyjciółmi. Potem Mikołaj i Boże Narodzenie i już można zacząć planować narty- jakoś ten niemiły czas zleci;-)
No to- byle do wiosny;-)

17:10, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
Archiwum