RSS
niedziela, 27 września 2015
Rudowłosa Ania tym razem w teatrze

Zadomowiła się u nas na dobre Ania z Zielonego Wzgórza. Struś czyta, na jej biurku siedzi mała szydełkowa Ania od Kasi, a na dodatek dostałyśmy bilety do Groteski na Anię właśnie- grają ją dopiero od piątku, zatem to całkiem świeżutka sztuka. I naprawdę bardzo fajna- ogromnie się cieszę, że da się jeszcze w Grotesce znależź coś, na czym Truśka nie była i co nie jest dla niej zbyt dziecinne, Bo Groteskowa Ania na pewno dziecinna nie jest i bardzo dobrze nadaje się dla trochę starszych dzieci. Ja też się dobrze bawiłam, wzruszyłam i podrygiwałam do piosenek. Bo było trochę wzruszająco, trochę śmiesznie, bardzo prosta, ale piękna scenografia, fajne kostiumy i świetnie wybrana aktorka grająca główną bohaterkę. Bardzo Wam Anię polecam :-)

A Truś wspomina przedstawienie i rysuje Anię z sukience z bufiastymi rękawkami, przy okazji negatywnie komentując ówczesną modę- chyba Trusia woli fasony bez bufek :-)

Był jeszcze lunch w Dyni-uwielbiam jej ogródek:

A w następnym wpisie kolej na Trusię- bo nie tylko Groteska była atrakcją tego weekendu.

21:03, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 września 2015
Nasz pierwszy vegepack

Czytając wpisy Marysi na Ładnym Bebe zazdrościłam im zakupów w Vegepack. Aż w końcu postanowiłam zaryzykować i złożyć zamówienie. Zaryzykować, gdyż nie przekonują mnie tak do końca żywnościowe zakupy przez internet, zwłaszcza jeśli mają zawierać owoce, warzywa czy nabiał. No ale ryzyk-fizyk- zamówiłam. Czekałam na paczkę chyba z większą niecierpliwością niż na ciuchy dla Truśki z Nosweet czy Kids on The Moon- może dlatego, że ciuchy już znam i wiem, czego dobrego mogę się spodziewać, a Vegepack na razie osobiście nie poznałam.
Wreszcie przybyła nasza pierwsza żywnościowa paczka:

Na razie nie zaszalałam, wybierałam nieśmiało, tak na próbę po troszku

Zgadniecie, co to są za "śliweczki"? To cytrynowe ogórki- dziś na śniadanie pożarliśmy połowę- pyszne, chrupiące- a jak się dobrze kamuflują;-)

Truśka ucieszona dynią- nie żeby planowała ją zjeść, nie z nią takie numery niestety:( Ale uroda zgrabnej hokkaido zachwyci nawet tych, którzy jej spożywać nie zamierzają.
Mojej Córeczce najbardziej przypadły do gustu ekologiczne chrupki kukurydziane w kształcie zgrabnych serduszek- myślałam, że będą na małe przekąski do szkoły, ale zostały pożarte "na pniu".

No i zostałam zobowiązana do złożenia kolejnego zamówienia- na chrupki oczywiście;-)

A tak przy okazji dynia przypomniała mojej Córce o zbliżającym się Halloween- już się dziecko domaga tradycyjnej imprezy w domu. I powoli szykuje przebrania- takie oto były jej ostatnie szkolne "stylizacje"- absolutnie autorskie, albowiem Truś nie tylko sam zestawił ubrania, ale część z nich też osobiście sobie zamówił. Otóż pewnego popołudnia oświadczyła mi Córka, że czas chyba zakupić jej nowe ciuchy na jesień (jakbym sama o tym wcześniej nie pomyślała i pomysłu już nie zrealizowała he, he). Zasiadła przed kompem, zażyczyła sobie otwarcia strony H&M lub Zary (szczęśliwie dla kieszeni w Zarze on line kupować nie mogę, bo nie pamiętam hasła, a nowego, jak ma się stare, z tym samym mailowym adresem utworzyć się nie da, bo system Zary mi nie pozwala) i nawrzucała do koszyka co tam się jej spodobało;-)

Nietoperzowa bluza z H&M, legginsy w nietoperki z zeszłego roku też "hamowe", a spódnica z zębami (zębów niestety na zdjęciu nie widać, ale są) to już moje zakupy w Zombie Dash.

Zębiasta sukienka i kocia czapka- Truśkowy zakup w H&M- tak oto poszło moje Dziecko we czwartek do szkoły!

Aż strach się bać, co będzie w Halloween;-)!

PS
A Truśkowej bluzy pożąda już ponoć połowa jej szkolnych koleżanek! Czyli Truśka dyktuje szkolne trendy modowe;-)

11:09, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 września 2015
Książka dorwała dziecko

Truśka, znudzona niemożebnie tabletem, brakiem Mamy, brakiem dyspozycyjnych koleżanek, oraz dziełkami Strrrasznej Historii (w końcu nudnym być musi ciągłe sugerowanie „a co powiedziałby na to twój nauczyciel/rodzice/koleżanki” w odniesieniu do różnych horrorzasto – historycznych wydarzeń) sięgnęła, pod lekką presją, do półki z klasyką. I co?

 

I czyta i Czyta i CZYTA. A co?

A najzwyklejszą „Anię z Zielonego Wzgórza” – ta książka dorwała mi dziecko.

Truśka nawet nie chciała, żeby do spania poczytać jej którąś z kolejnych Europek (wciąż na tapecie mamy Davis’a, tylko już dosyć współczesnego). I tak oto rodzic przekonuje się boleśnie, że świat coraz większych małych dziewczynek przestaje być jego światem, a stworzenia z coraz dłuższymi nogami potrzebują innych emocji i wzruszeń niż te, które im dotychczas wystarczały.

Pozdrawiam czytelników i życzę wam podobnej satysfakcji z usamodzielniania i wzrostu osobników/osobniczek, które czas jakiś (krótki) żyją z nami pod jednym dachem,

nie-dsmiatek

22:05, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 20 września 2015
Pożegnanie z latem

Jesień puka,ciemno się robi już po siódmej, a będzie jeszcze tylko gorzej. Szkoła ruszyła z kopyta. Ruszają też zajęcia dodatkowe- tym tygodniu startujemy z lodowiskiem- łyżwy szczęśliwie zostały zakupione (z zeszłorocznych zapasów, ale fajne), w przyszłym rusza taekwondo, a w kolejnym pozaszkolny angielski. Za Truśką pierwszy wykład na Uniwersytecie Dzieci- "Czy można stanąć na Słońcu?"- podobało jej się bardzo. Dostała indeks i identyfikator- studentka pełną gębą.

Piątkowy wieczór spędziliśmy na Wawelu na Alchemii Światła- piękne. I dodatkowo magia wieczoru w królewskiej siedzibie, w porze, kiedy zwykli śmiertelnicy tam nie bywają.

Reszta weekendu u Babci- widać, że Truśce przydałby się kawałek ogrodu...

21:38, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 16 września 2015
Zabawy w domowych pieleszach

Uff- widząc, że moje najmłodsze dziecko jeszcze potrafi się normalnie bawić oddycham z ulgą. Raz dlatego, że znak to, iż jeszcze dużo w niej dziecka potrzebującego zabawek i zabawy, a dwa dlatego, że gdy zdarza jej się czasem poddać magii tabletu czy komputera, to skóra mi cierpnie. Ten maślany wzrok wgapiony w ekranik, ten brak kontaktu- masakra. Na szczęście Trusia nie jest jeszcze stworzeniem uzależnionym od elektroniki i bywa, że na długie dni w ogóle zapomina, że istnieją tego typu zastępniki realnego świata.

A wiadomo, że zdecydowanie lepiej człowiek bawi się w tandemie. We dwójkę można ponownie odkryć drewniany domek dla lalek i zasiedlić go matrioszkami (Truś jest wielkim miłośnikiem tych wkładanych jedna w drugą laleczek):

A już planowałam znieść do piwnic pokrywający się kurzem domek- żeby poczekał sobie na lepsze czasy, gdy dorośnie do niego Łucja.

Z koleżanką można też przypomnieć sobie, że parasole przydają się nie tylko w czasie deszczu, w domu da się je zamienić na przykład namiot- w nowym większym pokoju Trusi takie parasolowe namioty już się mieszczą, w poprzednim niestety miejsca było za mało:

Odkryciem stały się tangramowe układanki- przy okazji zakupy magnetycznej tapety do Truśkowego pokoju jako gratis przybyło z nią kilka magnesów, z których można stworzyć nadspodziewnie dużo fajnych kształtów:

Mam nadzieję, że po odwiedzeniu Legochatki na Mikołajskiej, odżyje też miłość do klocków lego, które czekają na swoją kolejkę w pudełkach- w większym pokoju już lepiej dostępnych, z najwyższej półki "awansowały" do szafki na dole regału;-)

Ale nawet budowanie z klocków w duecie ma zdecydowanie lepszą jakość niż w pojedynkę:

09:49, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2015
Marsz Jamników i inne zwierzaki domowe

Popłakałam się na marszu jamników. Dobrze, że miałam ciemne okulary, to nie było widać, bo nie wiem, co by sobie ludzkość okoliczna o mnie pomyślała.
A tymczasem nasze Jamorki pewnie maszerowały gdzieś w krainie Wiecznych  Jamniczych Łowów i Nieustannego Kopania Dziur wesoło merdając ogonkami .

Powoli dochodzę do wniosku, że kot jest idealny zwierzęciem domowym. Chwilowo zamieszkują u nas koty Buni i Grześka. To znaczy- podobno zamieszkują, bo na ogół trudno je w ogóle znaleźć. Tylko wieczorami wychynają ze swoich kryjówek i obdarzają nas łaskawym spojrzeniem i miauknięciem. Ideał nie zwierzak! Zwłaszcza w porównaniu z Pawłową Zmorą, którą opiekowaliśmy się w lipcu przez dwa dni. Podopieczna naszego Starszego Syna to nocna i dzienna furia w jednym.

21:48, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
piątek, 11 września 2015
Ostatnia dolinka i trochę Łucji na deser

To była już ostatnia sobota na Słowacji- niezwykle upalna- chyba jeszcze za żadnego z naszych pobytów nie było tak ciepło. W górach na szczęście upał dokucza trochę słabiej, w lesistych dolinkach zawsze da się znaleźć cień, a i strumyczki szczęśliwie jeszcze się ostały- chociaż wody było zdecydowanie mniej niż zwykle.

Na ostatni spacer wybraliśmy, znajomą oczywiście, Dolinkę Prosiecką. Okazało się jednak, że w przyrodzie nic niezmiennym nie jest i wichura, która szalała na Słowacji ponad rok temu nie oszczędziła naszej dolinki- i tutaj natrafiliśmy na olbrzymie wiatrołomy. Aż serce się kroi, jak się patrzy na takie wielkie, piękne świerki wyrwane z korzeniami lub połamane przez wiatr.

A na koniec słowackiej opowieści trochę Łucji- ale nie za dużo, bo, jak powszechnie wiadomo i to się nie zmieniło, to jest blog Zosi-Gertrusi i Łucja bywać tu może jako gość specjalny:-)
Te zdjęcia są z gatunku kąpielowych- bo przecież takie maluszki najsłodziej wyglądają w kąpieli oraz wtedy kiedy śpią.

I jeszcze Łusia z Prababcią:

A na sam najkońcowszy koniec liptowski księżyc w pełni.

I to by było na tyle- wakacje można zatem uznać za zakończone i podsumowane.
Chociaż nie, chyba jeszcze mamy zdjęć parę z Trusiowych obozów- może uda się je wstawić...

Ale póki co czas się zająć sprawami bieżącymi, czyli ogarnianiem początku roku szkolnego. Nibym matka-weteranka w tej dziedzinie, ale wciąż mnie stresuje dogrywanie wszystkich szkolnych i pozaszkolnych zajęć, pilnowanie składek, wypełnianie rozlicznych formularzy i szkolnych list i zapoznawanie się z nowymi zasadami. Właśnie jestem na etapie poszukiwań czepka w kolorze jasnym- bo ma być czytelnie na wierzchu podpisany- z nausznikami- żeby Truśka nie musiała zdejmować kolczyków przed basenem. Bo samo moje oświadczenie, że kolczyki może mieć nie wystarczy, uszy z kolczykami mają być zakryte. Niestety czepków z nausznikami nie ma, jasne też są w mniejszości (zwłaszcza te materiałowe, bo dobrze pamiętam mękę zakładania na długie włosy czepka gumowego). Rozważam wyhaftowanie imienia na Truśkowym czepku w czaszki i doszycie do niego klapek na uszy- najlepiej żeby jeszcze miały sznureczki zawiązywane pod brodą! Pilny staje się zakup łyżew, bo niebawem zaczną się zajęcia na lodowisku- niestety, sklepy sportowe jeszcze łyżew nie wystawiły.

12:22, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 września 2015
Nie-górskie rozrywki

Ci co bloga odwiedzają od dawna, to wiedzą, że nasza miejscówa na Słowacji oferuje nie tylko wycieczki po górach i dolinach, ale też inne atrakcje, jak wspomniany park wodny w Mikulaszu i mniejsze w Beszenowej i Popradzie, parki linowe, jaskinie, letni tor saneczkowy, skanseny... Tym razem skanseny i jaskinie odpuściliśmy. Za to trafiła nam się, zupełnie niechcący, inna atrakcja- zlot starych samochodów na mikulaskim rynku. Wychodzimy z niedzielnej mszy z zamiarem tradycyjnego potaplania w fontannie, a tu motoryzacyjne cuda staja nam na drodze- naprawdę piękne.

Tu pradziadek naszego Galaxy:

Oprócz samochodów trafił się też taki oto oryginalny motocykl, był też drewniany rower z napędem parowym!

Pojazd na zdjęciu powyżej to bynajmniej nie dorożka, ale tez samochód- najstarszy z prezentowanych. i wyobraźcie sobie, że jeszcze jeździ!

Łusik poruszał się zdecydowanie nowocześniejszym wehikułem- z napędem na dwie lub jedną Ciotkę;-)

Ale fontanna i tradycyjne lody też się w programie niedzielnym zmieściły:

Równie ważne, aczkolwiek mniej spektakularne, były rozrywki okołodomkowe. Poza hamakiem, huśtawkami i liną do ćwiczenia równowagi, miały dziewczyny, już także tradycyjnie, mydlane bańki, latawce, łuk, a w tym roku doszedł jeszcze Grześkowy dronik, którego czasem, z ciężkim sercem lub raczej z sercem na ramieniu, pozwalał im popilotować. Inne zabawy tez się znajdowały- na przykład można było kołki sobie ciosać:

Fajnie też było się na huśtawce z książką pobujać:

Była też, nieudana niestety (a może stety) próba ujeżdżenia quada:

W tym roku wypróbowana została tez dodatkowa atrakcja, a mianowicie latanie w tunelu aerodynamicznym. Otwarto go dwa lata temu i Truśka już od dawna nas męczyła, żeby dać jej spróbować. W tym roku daliśmy się namówić i P. poszedł polatać z dziewczynkami. Samo latanie trwa zaledwie dwie minutki, przedtem jest zakładanie kombinezonów i krótkie szkolenie, jak się zachowywać w powietrzu.

Zdjęcie powyżej ma tylko pokazać, jak mniej więcej wygląda taki lot, nie została na nim uwieczniono żadna z naszych dziewczynek, lecz przypadkowa osoba. Niestety P., jako uczestnik "zabawy' nie mógł zabrać ze sobą aparatu w pobliże tunelu.
Wrażenia- chyba mocne, chociaż niekoniecznie pozytywne. Mężowi się podobało- no ale on w końcu skakał ze spadochronem, więc cóż dla niego taki tunel. Tola zadowolona. A Truś- nieszczęśliwy. jej się nie podobało, nie umiała się odpowiednio ustawić, przeszkadzał jej hałas, gniótł kask i zatyczki w uszach. Na razie nie zamierza powtarzać- i dobrze, bo rozrywka nie jest tania. na szczęście osobom, które były wcześniej w Tatralandii i miały stamtąd bilety przysługiwała 60% zniżka.

A ciąg dalszy jeszcze nastąpi.

 

 

17:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 września 2015
Część trzecia Słowacji- wreszcie w góry

Mimo dość przykrej i niezwykle irytującej dla mnie konieczności rozstania z Mężem w trakcie urlopu, zdarzały się też dni, kiedy był i wtedy wreszcie można było wyruszyć na poważniejsze wycieczki.
I tak na przykład wylądowaliśmy na Chopoku- wylądowaliśmy prawie dosłownie, wprost z kolejki, albowiem komu by się chciało wspinać- tzn. mi by się chciało, ale Babcia mogłaby tego nie przeżyć, a nie mogliśmy przecież uśmiercić Babci;-) Za to zejście odbyło na własnych nogach, bez wspomagania, co dotkliwie odczuliśmy dnia następnego- każdy, kto schodził z sypialni na pietrze na śniadanie wydawał z siebie rozmaite jęki i westchnienia.

Drugą poważniejszą wycieczkę odbyliśmy do Słowackiego Raju- całe szczęście, że Babcia na początku szlaku zrezygnowała i postanowiła na nas poczekać na dole, bo chyba byśmy ją wykończyli- tym bardziej, że dzień był gorący i duszny. Ale za to jak pięknie było:-)
Bo jak inaczej miałoby być w Raju? ;-) Tylko wodospady ledwie ciurkały, albo całkiem wyschły:-(

I na koniec zasłużony odpoczynek w stylowej knajpce- dla jednych pierogi z bryndzą, dla drugich mamine mleczko i zasłużony relaks na sofie:-)

Trzeci wspólny z P. wyjazd zaplanowaliśmy w Wysokie Tatry- od Jeziora Szczyrbskiego powędrowaliśmy nad Jezioro Popradzkie pod same Rysy

CDN :-)

14:34, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 września 2015
Słowackich fotowspomnień część druga- i na pewno nie ostatnia

Już od paru lat czekam na moment, kiedy wreszcie będzie się można wybrać w porządne góry. Miałam nadzieję, że w tym roku nareszcie się doczekam. Niestety niewiele z tych nadziei wyszło- bo chociaż dziewczyny już są na tyle duże, że pewnie dałoby się je przegonić- naturalnie pokonując ich czynny opór, związany z niechęcią męczenia się wspinaniem pod górę. Jednak nieobecność Męża przez większą część czasu, dwumiesięczny niemowlak oraz siedemdziesięciosześcioletnia babcia skutecznie uniemożliwiły większe eskapady. Pozostały zatem dolinki, których wokół obfitość i ewentualnie górskie wycieczki wspomagane wjazdem kolejką. Oraz inne okoliczne atrakcje, jak park wspinaczkowy Tarzania, czy wodne uciechy w Tatralandii. Z Tatralandii zdjęć brak- komu by się chciało pluskać i zjeżdżać z przytroczonym do szyi czy boku aparatem. Ale przyznać muszę, że tym razem było fajnie- ponieważ pogoda była taka sobie, to tłumu nie było, dzięki czemu nie trzeba było stać w kolejce po pontony na zjeżdżalnie. A jak się odrobinkę zmarzło, to zawsze można było plusnąć do gorącego basenu. Nawet na drinki w wodnym drink-barze się załapałyśmy:-)

W Tarzanii tylko kilka fotek komórką udało mi się zrobić, albowiem głównie zajmowałam się lulaniem w chuście Łucji, której rodzice tymczasem "bujali w obłokach" lub raczej w drzewach. Dziewczyny zaś korzystały z "Małej Tarzanii", ćwicząc pilnie przed przyszłoroczną prawdziwą drzewną wspinaczką.

Tarzania była przynętą, która miała zachęcić obie ośmiolatki do pieszej wycieczki tamże od Doliny Deminowskiej (oczywiście na miejsce da się podjechać autem, na szczęście Panienki o tym nie pamiętały;-)):

Trzy pokolenia ( jednego albo nawet dwóch pośrednich brak) odpoczywają nad Vrbickim Jeziorkiem (pokolenie ośmiolatek wybrało moczenie palców w jeziorku, a pokolenie "średnie" (czyli moje:() robiło zdjęcie):

Odwiedziliśmy też po raz kolejny Orawski Podzamok- bo Bunia z Grześkiem i Babcia jeszcze tam nigdy nie byli, a dzień był deszczowy i trzeba go było jakoś zagospodarować:

Łusia z Tatusiem prezentowali się w tym dniu bardzo stylowo:-)

Generalnie Łusiowy Tatuś staje na wysokości zadania, przewija w warunkach polowych, nosi w chuście, kąpie- tylko do karmienia Mama jest niezbędna.

Jakie dodatkowe zalety, nie wymienione najpewniej przez producenta, posiada auto typu kombi? Bagażnik doskonale nadaje się do przewijania;-)

Przewinięty szczęśliwy Dzidziuś lula w chuście na ojcowskiej piersi:

Hamak też jest świetnym miejscem do lulania- najlepiej w tandemie:

Jeszcze kilka fotek z dolinek- nie przemęczaliśmy się zbytnio, nie przejmowaliśmy się koniecznością dotarcia do określonego celu- jak się trafiła fajna miejscówa, jak tak w Dolinie Raczkowej, to po prostu parkowaliśmy tam na dłużej.

Bo na przykład mech był taki mięciutki, że aż grzechem było go nie wypróbować:

Albo woda taka chłodna i czysta- tu pierwsze chyba  w mym życiu selfie ;-)

 

Dzidziuś baraszkujący na kamieniach- wcale nie musiało być niewygodnie, tylko słonko należało zasłaniać własnym ciałem, coby w ślepka nie świeciło:

Taki fajny płaski głaz w Dolinie Kwaczańskiej też się świetnie nadaje, żeby chwilkę przysiąść i pokontemplować rzeczywistość:

OK, to tyle na drugą porcję zdjęć, reszta wkrótce.

13:21, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
Archiwum