RSS
piątek, 31 października 2008
Dzisiejszy odcinek sponsorują literki N I E

Zaczęło się o szóstej- "piciu, piciu", "Nie łoda! siociek!", "nie siociek".
Idziemy robić śniadanie- "na ląćki, nie siadanko". "Nie jedzienie, chlebek nie, sielek nie".
Ubieranie- "nie bodzik, nieee, nieeee!!!"- mały golas umyka plaskając stópkami o podłogę. Złowiony i wtłoczony w bodzik wrzeszczy "nie majtećki (majtko-pampersy rano łatwiej założyć niż zwykłe), goła pupa wciska się w kąt między półką na CD a biblioteczką, ręce kurczowo trzymają się mebli, żeby ne było zbyt łatwo gada z kata wyciągnąć.
Ja w pracy, Trusia z Pasią: "nie śpać, Tusia nie śpi" (spała całe 30 minut), "Nie obiadek, ziupka nie, jedzionko nie, mięśko nie."
Wracam: "pieloźki gotujemy, Tusia je pieloźki, klokiecik Tusia je". "Nie pieloźki, nie cie Tusia pieloźki, klokiecik je", "Nie klokiecik". W międzyczasie dla podkreślenia wagi słów plask widelcem w miseczkę z pierogami, pierogi hops do góry, ale ponieważ nie wszystkie wyskoczyły dobrowolnie, trzeba było miseczkę jeszcze do góry dnem obrócić i wytrząsnąć zawartość na stół.
POtem były następne głośne "nie" na wszystko, więc dla odreagowania uciekłam z domu na randkę ze Starszym Synem. Uwielbiam te randki- z każdym dzieckiem osobno. Po randce moje konto, z którego stanu byłam taka dumna jeszcze wczesnym popołudniem, zaczęło wyglądać dużo gorzej, Paweł targał kilka siatek z zakupami (prawie tylko dla niego- zgłosił zapotrzebowanie na  CZTERY! pary butów- po negocjacjach stanęło na dwóch- glanach i  takich tam normalnych (jak poprzednie Pawłowe dwie pary obecnie już z dziurami w podeszwach) z CroppTown'a, poza tym kurtka, kaszkiet, T-shirt i jedna biała koszula dla Ciecha). Ale co tam stan konta- wyraz zadowolenia i dopieszczenia na twarzy Starszego Syna- bezcenne :) Żeby było już całkiem miło, poszliśmy na sushi. Ku zdumieniu Pawła wyciągnęłam swój handicap do jedzenia pałeczkami przywieziony z NY (noszę w  torebce tak na wszelki wypadek, gdyby znienacka zdarzyło mi się korzystać z pałeczek). I mogłam sobie spokojnie to sushi zajadać. Paweł handicapa nie potrzebuje...
Za to chyba malutkie wyrzuty sumienia mu w głowie kołatały, bo co jakiś czas się dopytywał, czy dla siebie nie chcę czegos kupić. Bo może bym jednak chciała- sukienkę jakąś albo co. A ja twarda byłam i nic. Ale nie żeby mi się nic nie podobało- i owszem, zakochałam się w butach z Martensa. Chyba pierwszy raz w życiu zakochałam się w butach. I marzę o nich do teraz. I przemyśliwuję, czy mogę wydać na buty tyle pieniędzy- bo tanie to one nie są:( Problem może się jednak szybciutko sam rozwiązać, bo zdaje się była to jedyna para w sklepie, więc nawet, jak się w poniedziałek zdecyduję i popędzę po moje ukochane, to ich już nie będzie i pieniążki zostaną na koncie, coby troszkę lepiej się prezentowało;)
A w domu: "kąpać z mamusią", "nie mydełko, nie włośki, nie plećki myjemy", "nie łowimy", "nie dusiek (Trusiowy szlafroczek)" i coraz bardziej sennie (w końcu w dzień spała tylko pół godziny) : "nie bodzik, pelucha nie". A całkiem znieszczęśliwiona "Łycipyci mycipyci pycimyci, nieeee"-łapcie rozczapirzone na oczkach, podkóweczka na pysiaku...
W końcu jedno TAK w dniu dzisiejszym "kaśka tatusiem, mama idź pa"- usypiają się. Ciekawe, czy przez sen też będzie "nie" gadać.

21:04, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 29 października 2008
Lubię środy

Naprawdę lubię środy. Bo rzadko we środy miewam dyżury, bo nie idę po pracy do przychodni, bo nie mam USG w M. Środy są fajne. Dzisiejsza też była. A do tego pogoda zupełnie niesamowita. Rano obudziły nas dwa słońca- jedno z ślepiami niebieskimi i loczkami na karczuszku, drugie nieśmiało błyskało za oknem. To błyskające błyskało tak sobie przez prawie cały dzień, a to błękitnookie zaordynowało "jajećko". Dobra- pobudka nastąpiła pomiędzy starym a nowym czasem, więc parę minut gratis na gotowanie "jajećka" się znalazło (testujemy jedzenie samego żółtka i jest jakby lepiej).

Słoneczko blękitnookie po samodzielnym spożyciu żólteczka, oblaniu się maminą (spoko, letnią) kawą i skomentowaniu- "o mamunia teź bludna" (ano brudna, bo kawowe rozbryzgi i na mojej piżamie wylądowały), pozwoliło łaskawie przyodziać się w rajtuzki ze Snoopim (którego potem prezentowało wszystkim domownikom) i sukienkę i rozpoczęło warowanie pod drzwiami w oczekiwaniu na ulubioną Pasię. Po czym powitało nianię radosnym "jajećko na sianko" (była to próba podstępnego wyłudzenia drugiego jajeczka na śniadanko, ale nic z tego, Pasia na to za sprytna). Potem nadstawiło główkę w celu pocałowania owej na pożegnanie (Trusia sama chętnie buziaki rozdaje kaloszkom, maminym rannym palcom i innym bolakom, psom, kotom itp, natomiast poproszona o danie buzi na dowidzenia podchodzi z dzióbkiem wysuniętym, a w ostatniej chwili pochyla łebek i zapodaje do złożenia na nim całusa) i zasiadło na huśtawce, na której to huśtawce zwyczajowo spożywa z Pasią śniadanie. A mamusia udała się do pracy, wyrzucając po drodze segregowalne śmieci do "dzwonków"- co parę dni zmieniają mi położenie owych "dzwonków", teraz stoją juz całkiem nie po drodze do samochodu, więc powoli zniechęcam się do segregowania i bycia ekologiczną. Po pracy miałam jeszcze chwilkę na zakupy- ha, tym razem sobie zakupiłam sweter, niestety przy okazji przyuważyłam czerwony bezrękawnik w krateczkę dla Trusi i nie opuszcza on mych myśli do teraz, co źle rokuje na przyszłość (pewnie zakupię, a P. znów będzie się marszczył i groźnie spoglądał:(. Powróciłam do domu całkiem wcześnie i mogłam dopieścić rodzinę, gotując jej marchewkową zupę z kolendrą i imbirem na obiad, robiąc sałatkę z pomidorów, oliwek, bazylii i bryndzy, którą z Ukrainy przywiozła mi moja przyjaciółka (takiej bryndzy chyba nie jedliście, szczypie w język, robi się ją w beczkach, wyciskając wodę/serwatkę, jest więc sucha i nadaje się tylko do posypywania sałatki, pizzy albo pieczonych ziemniaków, bo z chleba "ucieka").
 
Trusia pomagała mi bardzo dzielnie, z zapałem oskubując cebulę i ząbki czosnku z łusek, rozrzucając owe łuski po całej kuchni, a potem zamiatając je miotełką, "krojąc" pomidory "noziem", mieszając marchewki, dosypując ziarenka pieprzu i wrzucając laurowe listki, drobiąc liście bazylii, podając ziemniaki do obierania i wyjadając oliwki. Zdołałyśmy tez podlać resztki roślin na balkonie- wciąż coś tam jeszcze szczątkowo kwitnie, oliwka i kaktusy ciągle na powietrzu, a hortensje, nad którymi się ulitowałam, bo takie były biedne wyprzedawane za piątkę po gradobiciu, też wymagają chyba podlania od czasu do czasu. Trusiek łaził z własną konewką, zagłębiał dzióbek (konewkowy rzecz jasna) w ziemi i podlewał z zapałem.
Malutki zgrzycik nastąpił w czasie obiadu. Trusia czegoś chciała, ale tym razem zupełnie nie mogliśmy jej zrozumieć. Biedulka mówiła jakieś kompletnie niezrozumiałe dla nas słowo (nawet go nie zapamiętałam) i denerwowała się coraz bardziej, a ja z Pawłem podtykaliśmy jej pod nos wszystko, co było w zasięgu wzroku na stole- soczek chcesz- "nie siociek!", mięsko- "nie mięśko", grzaneczki, zupkę, pomidorka... Dziecko już zakrywało ślepki łapkami w celu odstawienia większego ryku, w ostatnim momencie jednak wpadła na lepszy pomysł, zlazła z krzesła, podreptała do Pawła i paluchem pokazała na jego wegetariańskiego kotleta z pleśniowego sera- to był TO- zeżarła Pawłowi połowę!
Po obiedzie postanowiłam skorzystać z dobrego humoru Trusi i jej pomocnego nastroju i razem posprzątałyśmy moją ubraniową szafę. Albowiem dziś rano doszłam do wniosku, że nie mam się w co ubrać i to bynajmniej nie dlatego, że w szafie pustki, tylko dlatego, że w szafie bałagan, nic w niej nie widać i wszystko się wysypuje.  Sprzątanie się udało, Córka pomagała dzielnie- teraz na półeczkach poukładane pięknie, a dom opuściły dwie i pół siatki rzeczy nie nadających się do noszenia.
Wieczorkiem Trusia bez protestów wypuściła mnie na "alobik" (aerobik)- chociaż wcześniej wybierała się tam razem ze mną. A po powrocie mogłam się nią jeszcze ponapawać, siedząc sobie na podłodze w łazience i patrząc jak się pluska w wannie.

Widać, że wykiełkowały małe różki? ;-)


Dodatkowym bonusem tej miołej środy jest przerwa konserwacyjna w "działalności" SIMPA (programu, w którym opisuję mammografie), która uniemożliwiła mi wykonanie codziennej porcji pracy domowej. Na wolny wieczór miałam do wyboru rozprawienie się wreszcie z dynią, która od trzech tygodni czeka na wypatroszenie i przerobienie na ulubioną przez wszystkich dyniową zupę z chili lub zatonięcie w blogowej rzeczywistości. Wybrałam, jak widać, to drugie, dodatkowo z miseczką lodów podlanych bailey'sem (nie chce mi się sprawdzać, czy dobrze napisałam). A dynia niech się cieszy swoją całością i dalej dojrzewa- kupiłam taką żółtawą, teraz nabrała pięknego ciemnopomarańczowego koloru, nie wiem tylko, co się tam w jej środku dzieje i czy jeszcze w ogóle nadaje się na przerobienie na dyniową zupę. Trusia zaś może cieszyć się obecnością dyni, komentować jej ogonek i od czasu do czasu wykorzystywać ją w charaketrze stołeczka :-)

I jeszcze kilka zdjęć z wczoraj i dziś:


Nowoodkryta wczoraj wieczorem rozrywka z udziałem obu braci- obawiam się, że stanie się jedną z ulubionych. Dobrze, że bracia chętni i pełni sił :) A przy okazji - nowy image Starszego Syna.


To nasze wczorajsze "kreatywne" dzieła. Rozmowa z Pawłem po powrocie:
-Co namalowałaś Trusiu?
-Kleski.
-I co jeszcze?
-Klatecki. (krateczki)
-A tutaj?
-Tu bokuł (brokuł). I siałata.
Pewnie dlatego postanowiła dzisiaj zmiksować owe "bokuły" i "sialatę"- z braku dyniowej zupy będzie jutro na obiad zupa sałatowo-brokułowa ;)


Mały bonusik za pomoc w kuchni- przy okazji poszukiwań listków laurowych Trusia natrafiła na nędzne resztki sosu tofii, który z zapałem wydłubywała paluchem i usiłowała wyssać. Bonusik nieduży, ale jak radocha:)

 

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
wtorek, 28 października 2008
Króciutko

Dziś krótko, bo popadłam w mały bezczas. Ale jutro SIMP zapowiedział przerwę na konserwację, więc nie będzie pracy domowej i znajdzie się być może czas na bloga.
Weekend spędziliśmy u babć. Truszon babcie odwiedza rzadko, ale na wyjazd cieszyła się niezmiernie i nie dało się jej wytłumaczyć, że wyjeżdżamy po południu, a nie już natychmiast. Brak porozumienia skończył się rykiem :(
Po drodze Trusia wielokrotnie zapowiadała, że spać, to ona na pewno nie będzie ("Tusia nie śpi. Tusia nie spać. Spać nie") i zapowiedzi swe zrealizowała. Szczęśliwie nie wyła, tylko zabawiała nas miłą konwersacją, więc przeżyliśmy te 2,5 godziny. U babć była szczęśliwa niezwykle, biegała za moją mamą i wołała "Babunia tuli." Odwiedziliśmy dziadków na cmentarzu, spotkaliśmy się z wujkami, ciociami i licznym kuzynostwem. A w niedzielę wróciliśmy do domu- tym razem niestety Tusia poszła spać- na pół godzinki zaledwie, po czym obudziła się ze słowami "tupać" i nie dała się przekonać, że nie jest to w samochodzie możliwe. Ostatnie pół godziny byliśmy najbardziej wyjącym samochodem na autostradzie:(
Wczoraj widziałyśmy się tylko rano, potem pracowałam sobie na dyżurze. Przez zmianę czasu Trusia nie będzie mnie juz mogła odwiedzać na dyżurach w dni powszednie, bo P. wraca zbyt późno, żeby ją do mnie przywieźć :(
Za to dzisiaj poszłyśmy sobie, jak co wtorek, na zajęcia Kreatywnych. Maluchy malowały farbkami, chowały się pod "spadochronem", rozrzucały piłeczki i śpiewały "Głowa, ramiona..."- Trusia nie śpiewała, akurat w tym momencie zajęć zapragnęła jadła i napoju. A najfajniejszy był powrót do domu- było już ciemno, więc Trusiek poprosił o włożenie do chusty ("chuśta plosię"), a potem konwersował sobie ze mną na temat gwiazdek, których nie było widać ("pośły gwiaźdki siobie, nie ma, jutlo pyjdą"), słyszanego, lecz niewidzianego samolotu ("siamolot leci, Tusia tuli siamolot, duzi siamolot, duzi taki"), kotków, których też nie było ("kotki śpią, nie ma kotka"). Bardzo lubię tak sobie z nią pogadać.
Tylko jest już troszkę za ciężka do noszenia w chuście z przodu, wózkiem w mojej obecności jeździć nie chce absolutnie, nóżkami nie zawsze chce chodzić, a wieczorna próba zawiązania jej w chuście na plecach skończyła się porażką- plecaczek wyszedł nam bardzo koślawy, a Trusia szybko straciła cierpliwość do dalszych eksperymentów w tej materii :(

No to do jutra, mam nadzieję.

21:55, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 października 2008
Usłyszałam

Parę dni temu w pracy usłyszałam- z ust mojej koleżanki- że decydowanie się na dzieci w tzw. "późnym wieku" (czyli moim :-( ) jest głupotą. Nie było to do końca do mnie adresowane, ale jakoś mnie też dotyczy. Nie wiem, może faktycznie, to głupota? Bo moja Trusia będzie kiedys miała starych rodziców- starszych niż równieśnicy. I na pewno krócej będziemy mogli ją wspierać i być z nią. I być może mamy mniej siły, mniej cierpliwości...Nie wiem. Staram się, żeby była szczęśliwa. Często wiem, że jest.
Dziś pojechałyśmy pomiąchać kotki. Wynalazłyśmy takie prawdziwe udomowione i znajome u przyjaciela Buni jeszcze od przedszkolnej "ławeczki". Jeden kotek jest już w poważnym wieku, wielki, rudo-beżowy, puchaty, spokojny- wydaje się do wszystkiego podchodzić ze stoickim spokojem. Chociaż był moment, że poczuł się niepewnie w towarzystwie zakochanej w nim prawiedwulatki i usiłował ewakuować się przez klapkę w drzwiach balkonowych na zewnątrz. Miał pecha- klapka była zamknięta. Trusia usiłowała mu pomóc waląc w klapkę łapką- istniała obawa, że koty będą miały już niczym nieograniczony dostęp do świeżego powietrza, a rodzina Jaśka wzbogaci się o całkiem pokaźną dziurę w balkonowych drzwiach.
Drugi kotek był zupełnym przeciwieństwem Tygrysa- kociątko malutkie, rozbiegane, ciemnobrązowe z malutkimi rudawymi kępkami. Jednak nie takie głupie, na jakie wyglądało (bo np. usiłowała wskoczyć na fotel spod stołu i walnęła się w łebek o ów stół, bo coś sobie źle ten skok wykombinowała). Trusię starała się omijać szerokim łukiem i nie pozwalać jej na zbytnią poufałość.
Udało się jednak kotki pomiąchać, popodziwiać, a nawet przejąć kocie zabawki i spakować sobie do kapciowego woreczka.
Była szczęśliwa, cała w uśmiechu.

Niestety zdarzają się Trusi coraz częściej małe nieszcząstka- wpada w bezsensowną złość, wścieka się, wrzeszczy i łzy leje. Dogadać się z nią, o co właściwie chodzi nie sposób. Dzisiaj przed kąpielą nagły płacz i jęki potępieńcze, nie wiadomo z jakiego powodu. I wtedy cierpliwość mnie opuszcza. Może gdybym miała 10 lat mniej...

21:56, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
środa, 22 października 2008
O upodobaniach ubraniowych i fryzurze Pana Boga

Córka Młodsza rozgadana coraz bardziej. I coraz bardziej świadoma, czego chce. Przechodzimy koło dzieciowego sklepu, lukamy (lookamy?) do środka, matka widzi "interesującą" bordową spódniczkę dzieciową. Zagaduje do Dziecia- "O spódniczka fajna, zobacz." Córka na to- "Nie śpódnićka, śpodnie cie".
Ubieramy się rano. Córka ordynuje- "Tunićkę ubieziemy" i dalej "mamusia teź tunićkę".
Wchodzimy do sklepu z butkami. Trusiek podbiega radosny do kaloszków. Woła do nich "kalośki cieść" i każdemu wiszącemu kaloszkowi daje buziaka.
Wciąż jest z niej buciana fetyszystka. Ostatnio upodobała sobie przymierzanie obuwia pozostałych domowników i dumnie w nich paraduje po domu. Czasem udaje się jej nie zgubić za dużego buta i nie przewrócić. Ale przy wszelkich próbach sfotografowania wyskakuje z butów i pędzi na spotkanie z aparatem :(


Po kąpieli koniecznie "duszkowy" szlafroczek. W związku z tym posiadamy już dwa "duszki" na stanie, żeby przypadkiem pewnego dnia nie zabrakło nizbędnej rytualnej wieczornej odzieży, bo będzie wrzask. W szlafrok koniecznie muszę się też ubrać ja, niezależnie od tego, co w danym momencie mam na sobie. A jak już ów szlafrok założę, Trusia woła wesoło-"taka chuśta nowa" i każe się w szlafrok zapakować. Zdjęcie takie sobie, niestety :(

Dziś wieczorem taki oto tekścik Trusia zapodała: "Mamusia ciesie loćki Tusi. Tusia też. Mamusię ciesie. Tatusia ciesie. Wojtusia ciesie. Pan Buk też. Pan Buk nie ma włośki. Nie ciesie Pan Buk." Jakaś taka religijna się ostatnio Młodsza Córka zrobiła;) Dokumentacji fotograficznej z "czesania Pana Boga" niestety brak.

PS. Czy ktos ma chwilkę wolnego czasu na zbyciu. Chętnie przyjmę każda ilość. Może być w małych daweczkach- nawet po kwadransik dziennie. Ziarnko do ziarnka i uzbieram może ze dwie godzinki chociaż... No to co z tym czasem?

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
niedziela, 19 października 2008
Dlaczego?

Dlaczego człowiek, zmęczony po całodobowym dyżurze, wraca na parking pod szpitalem i zastaje swój samochód obsmarowany farbą w spray'u na tylnej szybie? Od razu słoneczny dzień robi się zachmurzony :(

Co prawda na progu mieszkania wita go uśmiechnięty pychol Młodszej Córki, oznajmiający, że Tatuś jajo gotuje. Czyli na śniadanie jajka na miękko- nie jest źle. Ale Młodsza Córka chyba na jajka jednak jest uczulona, bo po południu na policzkach cudnej urody grudeczki wykwitły, a policzki czerwone coś za bardzo. Mówię do Córki, że ma pryszczyki na buzi, a ona na to uradowana "mamusia teź!" i wyszukuje niedoskonałości na mojej własnej paszczy;) I co tu z tymi jajkami będzie- Córka ostatnio fanką się stała. Miała co prawda racjonowane, jedno tygodniowo, ale chyba i z tego trzeba będzie zrezygnować. Chyba, że to nie jajka....

Dlaczego mały rozszczebiotany, radosny, pytlujący bez przerwy i czarujący otoczenie Krasnoludek, z zaczerwienionym od chłodu noskiem, szurający sobie suchymi liśćmi i wyszukujący ostatnie kasztany, w ciągu paru sekund zmienia się w wyjącego, usmarkanego, czerwonego na paszczy terrorystę, który jak mantrę powtarza "ląćki, mamunia ląćki, uuuuuu". Bo nie można na nóżkach swoich pomykać, nie da się jechać wózkiem, ba, niehonorowo jest nawet usiąść na ławce na maminych kolanach, coby odpocząć. Nie, matka ma Dziecko nieść i już. A tymczasem mama po dyżurze nie w formie, poza tym w płaszczu, który cokolwiek ruchy krępuje, Dziecko w kurteczkę okutane i nielekkie bynajmniej. W tym stroju nie wyobrażam sobie za bardzo korzystania z chusty. A Dziecek wyje "ląćki! chuśta!". Horror. Połowa odwiedzających (i stałych "mieszkańców" Rakowic) została oczarowana i obdarowana uśmiechem, a ta druga uszy zatykała i spoglądała z oburzeniem, wzywając w myślach Supernianię na pomoc. Albo policję w celu odebrania rodzicom-dręczycielom nieszczęsnego dzieciątka.

Po południu znów "marcheweczka"- "kocham mamunię, tuli Tusia, moja moja"- rozkosz i całkowite rozpłynięcie, wybaczenie natychmiastowe wcześniejszych ekscesów.

"A wieczorem, a wieczorem, znowu staję się potworem"- właściwie nie wiadomo, czego chce- kąpać się w szlafroczku, nie kąpać się już wcale, "bodzik nie", "piziamka nie". Znowu łzy i nieszczęście.

A jako refren- mleki. Hmm, miesiąc już minął od pożegnania z mlekami, Córka jednak nie wydaje się z tym do końca pogodzona. "Mleki" powracają codziennie. Co prawda już pamięta, że mleczko się skończyło, ale jak nie ssanie i mleczka picie, to może chociaż "tuli", może chociaż "buzi", chociaż powąchać noskiem, popsikać. Z trzech poprzednich razów nie przypominam sobie, żeby odmleczanie ciągnęło się tak długo- Bunia w wieku dziesięciu miesięcy postanowiła się odstawić i już- na widok matczynych piersi zaciskała usteczka. Trochę mi było przykro nawet... Paweł miał miesięcy czternaście i też się tak jakoś sam odstawił. Z Ciechem było gorzej, bo po skończeniu roku chorował, więc karmiłam go długo. Odstawiliśmy się w wieku dwudziestu miesięcy, pewnej nocy, kiedy zdesperowana połozyłam się szczelnie na brzuchu i powiedziałam "koniec". Po małych paru dniach Ciech zapomniał. A Trusia wciąz pamięta, wciąż ma nadzieję, że może jednak...

21:13, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 16 października 2008
Zosia-Samosia

Tym razem "na ząb" poszła pomidorówka zamiast mamy. Pomidorówka ze ślimakami- ulubiona zupa Trusi.

"Tusia cita małzinek bambo"- a tak naprawdę dorwała biblię po angielksu przywiezioną przez Bunię z Londynu.

Naczytała się

i złazi sama :)

21:53, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 października 2008
Znowu urodziny

Dużo nas, więc co chwilę ktos ma jakieś urodziny. A dziś wypadło na pierwsze urodziny bloga. Dokładnie 12 miesięcy temu zacżęłam pisać. Pierwszym natchnieniem była Kobieta w ciąży (potem Matka Dziecka)- bo na jej blog natrafiłam, zupełnie przypadkiem, jako pierwszy. Wielu przyjaciół i "znajomych" własnie jej zawdzięczam- Talulę, Monstermamę, Nulkę, Batorysię, Rybę, Także Ake, Kubka, Kikę i Mattkę Polkę. Część przyjaciół znalazłam na e-dziecku- Kajkę, Ingutkę, Fajerwerkę. A niektórzy sami do nas przyszli :)
Zazdrościłam Kobiecie, że pisała swojego bloga od początku ciąży i mogła dzięki temu zachować w pamięci te chwile. Ja zanim się zdecydowałam zacząć pisanie krygowałam się i certoliłam- i tak minęło Trusi 8 miesięcy. I doszliśmy tym samym do kolejnych "urodzinek"- dziś Trusi stuknęło 20 miesięcy- poważny wiek;)
Wszystkim moim przyjaciołom, odwiedzającym nas na blogu, dziękuję za wizyty, dziękuję za komentarze. Szkoda, że nie da się urządzić urodzinowej imprezy :( Ale może kiedyś wpadniecie- na drugie urodziny?- jeśli będą...

Dziś byłyśmy z Trusiem na kolejnych zajęciach AAK- najpierw zrobiłyśmy kierownicę z talerzyka, potem uzupełniłyśmy detale w kartonikowych autkach przygotowanych przez Anię, wyrysowałyśmy autkom trasę, las i kota przebiegającego przez ulicę. Była też orkiestra mowlakowa- grali na cymbałkach, dzwoneczkach wszelakich, pokrywkach od słoików, bębenku i co tam jeszcze w magicznej skrzyni znaleźli- nawet na metronomie:) A Ania znów usiłowała ich zahipnotyzować swoim fletem. Po zajęciach Truśka długo się zbierała do wyjścia. A w drodze powrotnej Trusiek nakazał się nieść- udawała małpa jedna, że boi się samochodu, samolotu, motoru- jak tylko coś zabuczało w tle, natychmiast łapcie w górę i "na ląćki". A ja się sfrajerzyłam i nie zabrałam chusty tylko pouch- Trusia wołała "chuśta", do "kieszonki" wleźć nie chciała, więc musiałam ją na rękach targać. Jak do domu dotarłam, to rączki miałam do ziemi, prawie odpadnięte. Padłam na tapczanik (a, bo jeszcze w poniedziałek dyżurek miałam, który bynajmniej wypoczynkowy nie był), a Córka wyrodna postanowiła mnie zjeść na kolację. "Nozeim i wielciem"! O! (Zdjęcie z Córkowej biesiady wkleję jutro, bo dziś wejście USB zajmuje jakiś inny kabelek, który mąż tam wcześniej wraził:( ). Potem rozbawiona biegała po mieszkaniu wołając "brrrmbrrrm"- takie pozajęciowe reminiscencje. W kąpieli demostrowała, jak pięknie pływa na brzuszku i macha nóżkami- cała łazienka była "zamachana". Chwaliła się też, jak ślicznie umie powietrze do wody wydmuchiwać i bąbelki robić. Tylko czasami zdarzał się jej "wypadek przy pracy"- bo Córka jest istotą niezwykle gadatliwą i buzia zamyka się jej tylko wtedy, kiedy śpi- a ponieważ w wannie nie spała, próbowała więc w trakcie wydmuchiwania powietrza do wody coś tam jeszcze powiedzieć. Zupełne "szaleństwo" rozpoczęło się po kąpieli- Truśka w swoim "duszku" uciekała przed Ciechem goniącym ją z grzebyczkiem- Ciech postawił sobie za cel główny rozprostowanie Trusinych loczków potylicznych- więc dobrze, że umykała;)
Ukonstyuował się nowy wieczorny rytualik- Trusia po kąpieli, ubraniu piżamki i obdzieleniu buziakami całej rodziny wygania wszystkich z pokoju (poza Tatusiem naturalnie), wypychając ich (mnie też:( )łapką i zamykając za nimi drzwi. Ciekawe, co oni tam razem robią- dziurki od klucza brak ;)

Proszę, oto kanibal zjadający własną mamę;)

Ale za to kulturalnie- nożem i widelcem;)

21:24, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 12 października 2008
Deser

Deser, czyli coś, co wieńczy dobry obiad, na co prawie każdy z niecierpliwością i ciekawością czeka. Ja czekam, bez deseru nie czuję się najedzona.
Trusia to mój deser- najlepszy, jaki można sobie wyobrazić. Najpyszniejsze tiramisu, creme brulee z chrupiącym karmelem, smażone lody herbaciane.... Tak pyszny, że chciałoby się go zjeść szybko, łapczywie. A z drugiej strony tak pyszny, że żeby przedłużyć przyjemność rozkoszowania się smakiem, je się go pomalutku, po troszku na czubku łyżeczki, rozpuszcza się w ustach jak najlepszą czekoladę.
Taki pyszny, wspaniały deser dało mi życie. I smakuję, rozkoszuję się, popatruję na talerzyk, czy jeszcze dużo zostało.
Mniam.

A co dziś było?

Najpierw tradycyjnie msza na Rakowicach i odwiedziny u Ciszka- Trusiek chyba ma jakieś duchowe porozumienie ze swoim Starszym Braciszkiem, bo dopytuje, kiedy pojedziemy, radośnie pomyka na miejsce i za każdym razem całuje Ciszkowy biały krzyżyk. Potem wpadliśmy do Misi, Trusia zaniosła jej kasztanki. Bo u Ciszka leży ich sporo, a u Misi żaden chyba nie rośnie. A dzieci- wiadomo- lubią kasztany.

Potem pomoc przy obiedzie- Paweł robił pizzę, Trusia pomagała mi kroić cebulę. Oczki trochę piekły.

Potem mała wyprawa rowerowa do Wawelskiego Smoka.

Nie chciała usadzić się na smoczym kamieniu, tak jak inne dzieci. Wolała smoka podziwiać z dystansu.

I wypatrywać, czy ogniem zieje z bezpiecznego miejsca na maminych rączkach.

A po drodze:

kaczki, łabędzie, rzeka

jesień

tajemniczy ogród?

 

21:44, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
Tajonićki cz.2

Nikt nie spróbował odgadnąć :(((
Trudno- oto tajonićki na Trusinych łapkach. Zupełnie nowa część garderoby- w zeszłym roku nosiła co prawda czasami, ale nie pamięta. A jak coś jest nowe, to bywa fascynujące. Truśka jest zachwycona, wkładanie każdego paluszka do osobnego "domku" bardzo ją zajmuje. Ciekawe, czy zimą będzie równie entuzjastycznie podchodzić do "tajoniciek".

19:46, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum