RSS
sobota, 31 października 2009
Niepoprawna

Tyle razy już o tym pisałam i wciąż jest tak samo. Rzadko mam okazję układać Trusię do snu- moja rola kończy się na buziakach po kąpieli, potem Córkę przejmuje Tatuś. A ja zasiadam przed negatoskopem :( Jak nie ma P. , co nie zdarza się często, czasem Trusię uspypia Bogna. CZasem zdarza się, że jestem to ja. I niepoprawnie wzruszam się do łez. Tym kokoszeniem się i moszczeniem, tym przytulaniem, smyraniem kędziorkami, przymykaniem oczek, najcudniejszym na świecie dziecięcym zapachem i ciepłem. Łzy nadpływają pod powieki i czasem nawet wykapują na policzki. Trwaj szczęście, trwaj jak najdłużej.

Dziś miałam okazję usypiać Trusię, troszkę przeziębioną, zakatarzoną, z czerwonym noskiem, spierzchniętymi usteczkami- ale słodką jak zawsze. Trusia wiedziała, że przede mną jeszcze mammografie i przerobienie dyni na zupę. Dlatego zapowiedziała- "Chodź, ty mnie będzieś usypiać, nie Bunia (BUnia akurat była w domu i też mogła). Ale tylko tlośkę mnie pousypiaj, a potem idź placować. Ja sobie sama zośtanę i będę spała sama."
I tak było- po porcji przytulań, przeczytaniu książeczki wybranej przez Trusię (dziś Peppa Świnka), posłuchaniu kołsanek i odśpiewaniu jednej, Trusiek poprosił o Jeżyca, czule otulił go kołderką ("kołudrą" jak sama mówi), ukokosił się i wysłał mnie do pracy. Popatrzyłam na jej zmrużone oczki, pogłaskałam lekko wilgotne loczki- i wcale nie chciało mi się nigdzie odchodzić. Tylo spokoju, tylle dystansu do codzienności było w tym pokoju, tyle ufności w Trusi- chrzanić terminy, dynia najwyżej zgnije, a my jutro zjemy jajecznicę- serce się rwało, żeby zostać jeszcze, ponapawać się, powdychać Trusiowy zapach...

Cóż, obowiązek zwyciężył, Trusia powiedziała "Idź juź, poplaciuj, potem psijdź." To poszłam.

Ilustracja do wpisu powyżej- zilustrowana w dniu wpisu, dodana dzień później. Pytanie- gdzie śpi Trusia? Odpowiedź- Trusia śpi w rodzicielskim łóżku. Cóż, warunkiem zasypiania samodzielnego jest łóżko rodziców. Z Tatusiem Trusia zasypia u siebie. Ale i tak co noc się przeprowadza. Cóż, po prostu się zadomowiła, uwiła sobie u nas gniazdeczko i tak w nim gniazduje od urodzenia prawie. Mi to osobiście nie przeszkadza, wiem, że kiedyś minie...

22:01, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 29 października 2009
Rozmowy sklepowe

W domu, przed wyjściem: "Jakie buty ubielamy? Nie pomalańciowe. Jakie mam lajtuźki? (Hmm, są w paski zielono-niebieskawe, spódniczka ma pomarańczowe elementy.) Ubież mi butki takie jak lajtuźki. (Ale takich na stanie nie mamy, proponuję ubranie na bodzik pomarańczowego T-shirtu.) Telaź mozie być- mam butki pomalańciowe i bluziećkę, pasiuje."

W Inmedio: "Dzień dobly. Czy ma pani buziaki? Nie da nam pani buziaka? Nie ma? Jutlo będą. To psijdziemy jutlo po buziaka."

W Douglasie: "Czy sią kulki? Nie ma kulek, gdzie sią? Pani, jakie będą kulki, jakiego kololu? (W międzyczasie jedna z ekspedientek poszła na zaplecze po kulki)  O idzie pan i pani, mają duzio kulek. (Oboje przykucają przed zachwyconą mnogością kulek Trusią. Ta wybiera pojemnik pana, bo kulki w nim są kolorowe, a u pani żółte i już wypróbowane.) Ach, kupimy białą, i lóziową ociwiście, i zieloną, i cielowną- cielwonej nie mieliśmy."
Po wyjściu: "Pan uklęknął psied Tlusią, zieby sobie kulki wyblała. I dal Tlusi pelfumy, popsikam się (psik, psik- po chwili Trusia pachnie The Beat Burberry). Jutlo znów psijdziemy, dostaniemy nowe pelfumy."

Przed autkiem-bujakiem: "Chłopciku, czy mogę się z tobą psiejechać? Mogę? To wejdę. (wdrapuje się na kiwające się już autko, sadowi na siedzonku, łapie za kierownicę i z zapałem kręci). Dziękuję chłopciku, jutlo teź laziem pojedzimy."

Przed bankomatem: "Chodź, poklikaj, dostaniemy pieniąźki." (powiadam, że chcę tylko sprawdzić, czy jakieś jeszcze mamy.) "I cio, mamy pieniąźki? To chodź, coś kupimy. Mozie swetelek siobie kupiś? Ja będę siedziała z tobą w kabince. Nie będę wychodziła. Będę patrzyć.
Ten swetelek zielony kup, ładny swetelek."

W rzeczywistości brzmiało to o wiele fajniej, słodziej, zabawniej. Trochę mnie wkurza, że nie potrafię tego oddać :(
Nie tylko to mnie wkurza- mammografie, jak zwykle pod koniec miesiąca, obrodziły. A SIMP się zawiesił, nie da się niczego opisać. Szlag może trafić.

21:07, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 października 2009
Szczurek

Wczoraj wieczorem zdechł nasz szary szczurek Zefir. Trusia została powiadomiona dziś rano. Minka jej spoważniała, posmutniała, oczki się zaokrągliły i zaniebieszczyły. Zapytała:
"A gdzie jeśt ściulek? Umalł? Tatuś wykopał dołek i zakopał ściulka? I telaź posiedł do ściulkowego nieba? Ma sksidełka?"
Miejmy nadzieję, że Zefir znalazł się w szczurkowym niebie i lata sobie na futrzastych szarych skrzydełkach. A jeszcze przedwczoraj wychynął zza Buniowego biurka, jak weszłam do pokoju- chciał się przywitać, sprawdzić, kto przyszedł...

Pod domem mamy już spory zwierzęcy cmentarzyk- Zefir to już szósty szczur, za towarzystwo ma cztery myszki, świnkę i królika. Po śmierci pierwszych szczurów nasze dzieci, młodsze sporo od stanu obecnego, chodziły co wieczór i zapalały świeczki na trawniku na szczurzym grobie. Zefirowi nikt świeczki nie zapali, ale zawsze szkoda- był z nami ponad dwa lata.

A z weselszych wieści- Trusia wreszcie właściwie wykorzystała swoje ikeowskie foremeczki i wałeczek i stworzyła swoje własne pizze:

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 26 października 2009
Niedziela z Trusią

Bardzo lubię spędzać czas z moją Młodszą Córką (nie znaczy to oczywiście, że z innymi córkami czy synami nie lubię, ale z nimi jest to zupełnie inne spędzanie czasu). Lubię, jak możemy sobie razem gdzieś pójść, lubię posiedzieć z nią w domku, porysować, ugotować coś, polepić z ciastoliny- niespiesząc się i nie patrząc nerwowo na zegarek.
Wczoraj poszłyśmy sobie we dwójkę na Wawel. Trusiek już od jakiegoś czasu pragnął pójśc do Wawelskiego Smoka, ale albo pogoda nie pozwalała, albo inne zajęcia uniemożliwiały odwiedziny. A wczoraj po tradycyjnej mszy na Rakowicach i odwiedzinach u Ciszka i Misi, podwiezione przez Tatusia pod Jubilata, wyruszłyśmy na spotkanie ze smokiem. A Tatuś pojechał kontynuować "wielkie dzieło" w domu Córki Starszej. Oględziłyśmy zatem Smoka tylko w swoim towarzystwie, sprawidzłyśmy, jaki kolor ma ogien buchający mu z paszczy, a potem wdrapałyśmy się na górę do zamku. Trusię najbardziej zachwyciły refelktorki do wieczornej iluminacji obiektu, ale poświęciła też łaskawie chwilkę uwagi dziedzińcowi i "smoczym" kościom przy wejściu do katedry. Poczekamy do listopada, może wycieczkowy sezon na chwilę opadnie, i wybierzemy się zwiedzić wnętrza. Wczoraj turystów było jeszcze sporo.
A potem Kanoniczą pomalutku poszłyśmy na Rynek- w połowie ulicy Truśka spróbowała pierwszej histerii o temacie "chcę wrócić i jeszcze raz zobaczyć smoka"- stoisko z preclami przerwało rozwijający się napad szlochania. A na Grodzkiej Dziecko zawrzasnęło "chcę siku", a potem zaczęło mnie uspokajać- ":Nie martw się, mam przecież nowe ubranka na zmianę w plecaczku, przebierzesz mnie." (Ubranka na zmianę nosimy na wszelki wypadek po ostatnich wpadkach Trusi- jak są, to wpadki się nie zadrzają.) Długo jej musiałam tłumaczyć, że zapasowe ubranka bynajmniej nie są po to, żeby je wykorzystać, tylko po to, żeby były- na wszelki wypadek. I tak dotarłyśmy do McDonalda, gdzie po uiszczeniu 2zł Trusia mogła skorzystać z toalety. A potem ruszyłyśmy dalej Szewską- jeszcze nie dotarłyśmy do końca, jak trusia zakrzyknęła "chcę kupę"- powarczalam, ale pomknęłam z powrotem do McDonalda, gdzie Trusia ponownie zapłaciła 2zł, posiedziała na kibelku i ze śmiechem stwierdziła "ziartowałam, nie hcę kupy"- "uśmiałam się do łez" z tego żartu.
Reszta oblizanego z soli precla pokarmiłyśmy gołąbki na Rynku i podążyłyśmy na spotkanie ze starszą Córką, która miala przerwę w swoich weekendowych warsztatach. Razem zjadłyśmy obiad, Bunia wróciła na zajęcia, a Trusia wypróbowała histerii numer dwa- tym razem temat brzmiał : "chcę na Wawel jeszcze raz zobaczyć żywego rycerza". Awantury uniknęłam dzięki "fascynującej" głowie nosorożca nad wejściem do Galerii Osobliwości na Sławkowskiej.
Potem była równie fascynująca podróz tramwajem- zawsze wielka atrakcja, dla wożonej  zwykle samochodem Trusi. W tramwaju dziecko szczegółowo zaznajomiło siedzącą obok starszą panią jak ma na imię i nazwisko, gdzie mieszka i dlaczego jeszcze nie chodzi do przedszkola ("Jeśtem juź duzia. Ale jeście nie taka duzia całkiem i nie chodzę do przedśkola. Jak będę baaaldzio duzia, to pójdę") oraz ile ma rodzeństwa i że owo rodzeństwo jest już duże i uczęszcza do szkoły. Pani była tak zajęta rozmową, że mało brakowało, a przegapiłaby swój przystanek.
Histeria numer 3 nastąpiła w drodze z przystanku do domu- Córka zobaczyła plac zabaw (pusty i wilgotny zresztą) i koniecznie zapragnęła go zwizytować. Mama nie pragnęła, po prawie sześciu godzinach poza domem marzyła o domowej herbacie, kawałku kieleckiej szarlotki i nawiedzeniu domowego WC. Tym razem histeria się rozwinęła pięknie, na klatce schodowej Córka połozyła się krzyżem na schodach i wyła wniebogłosy. Zaniesiona do domostwa wiła się i wyła nadal, została więc wręczona tatusiowi, który erozebrał ją i zaniósł karnie do łóżeczka z zapowiedzią, że dopóki będzie ryczeć, dopóty ma tam pozostać. Ryki i szlochy rozlegały się z pokoju, ale Córka karnie w łóżeczku tkwiła. Jak ucichło zajrzałam kontrolnie- Dzieć siedział zaryczany, zasmarkany, ale już tylko pochlipywał. Na mój widok oznajmił: "Jeście nie mogę wyjść, jeście mam mokre oczy i katar z nośka. Jak będę miala suche, to wyjdę. Ale nie mam chusteczki, więc w lękawićkę (jedna pozostała niezdjęta) nos wytalłam i tlochę w kołudlę." Dostała zatem chusteczkę, osuszyła co było do osuszenia i oznajmiła- "Telaź juź nie mam łeziek i moge wyjść".
A jak wyszła to była słodka jak cukierek do wieczora. A wieczorem Starsza Córka wysłała Rodziców do kina na Julię i Julię- Młodsza na fali chwilowego "anielstwa" zamiast afery wystawiła dzióbek, rozdała całusy na pożegnanie i powróciła doswoich zajęć:)

A w kwestii jedzenia- na sobotnich zakupach Trusia zazyczyła sobie parówek- że niby będzie jeść, bo już lubi. Sama nawet wybrała odpowiednie. Myślałam, że może natsąpi zmiana kulinarnych przyzwyczajeń, ale niedoczekanie moje. W niedzielę co prawda przypilnowała, żeby parówki ugotować i nałożyć jej jedną na talerz, do aktu konsumpcji jednak nie doszło- "Nie lubim palówek, nie będę jeść. Żaltowałam tylko, że będę."- Nie ma to jak poczucie humoru ;-)

11:29, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 24 października 2009
Mama w delegacji

"Moje kochane mleczuszki jadą sobie do Kielec na śkolenie."
Tak pożegnała mnie Córka wczoraj rano, ucałowując czule mój dekolt, a także inne bardziej konwencjonalne, części cielesne.
A dziś "mleczuszki" powróciły z Kielc bogatsze o nową wiedzę fachową, uboższe o kasę wydaną wczoraj na kolację w ulubionej kieleckiej włoskiej knajpce, nagadane z koleżankami i dźwigające w jednej garści świeżutką drożdżówkę z kruszonką i szarlotkę złożoną głównie z jabłek, a w drugiej siatkę z zakupionymi w przerwie kawowej w bardzo fajnej kieleckiej księgarence książek dla Córki Młodszej- trzy pozycje Janoscha plus zielony Paddignton (a do tego mały Paddingtonek-breloczek). Był też Leonardo da Vinci dla Starszego Syna- fajnie wydana książka w twardej oprawie za jedyne 35 zyla- bo w promocji.Gdyby nie krótkość przerwy kawowej pewnie jeszcze jedną siatę z knigami bym dźwigała.

A po powrocie Matka- jako, że wypoczęta po szkoleniu- mogła sobie pójść z Córką Młodszą dokonać weekendowych zakupów, a potem przelecieć się ze ścierą po połogach i Cifem po umywalkach. Ano- taka karma... :(

21:06, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 października 2009
Tym razem rozmowy ze Starszą Siostrą

B- Zjem cię Trusi, jestem bardzo glodnym nietoperzem.
T- Nie mozieś mnie źjeść, bo Tlusia jeśt mamusi i mama by płakała. Bo mama musi mieć śwoją cóleczkę.
B- Ale mama będzie miała swoją jedną córeczkę, jak cię zjem.
T- Ale nie będzie miała. Bo ty jesteś Bunia, a ja jestem Tlusia. I mama nie będzie miała Tlusi.
B- No to zjem ci uszko.
T- Nie, bo czym będę słuchała?
B- No to oczko ci zjem.
T- Nie, oczki są do patrzenia.
B- To zjem nosek.
T- Nie mozieś, nisiek jeśt do wyciągania z niego kozy.
B- To zjem nóżki.
T- Nie jedz nóziek. Nóżki są do stojenia i do iścia.
B- To  może chociaż rączki zjem.
T- Rączki są do machania, nie do jedzenia.

W kąpieli, już po rozpuszczeniu białego pieska z olejkiem z Sephory. Trusia wącha i zachwyca się zapachem.
Jak pachnie Trusiu?
Piesiek pachnie biało, bo był biały.

:)

A co poza tym? Córka młodsza przechodzi na wegetarianizm- przestała jeść mięsko. Wędlinki już dawno nie jada i nie pozwala jej nawet koło siebie na stole położyć, bo jej "nie pachnie". Ja nic przeciwko wegetarianizmowi nie mam, ale w wydaniu Trusi jest to wegetarianizm mleczno-węglowodanowy i skłąda się głównie z makaronu, czasem ziemniaków, mleka, danonków, a z owoców i jarzyn dopuszczalne są jabłka, czasme banany i winogrona oraz pomidory i ogórki. Z zup- pomidorówka- koniecznie z koncentratu i ogórkowa. I na tym dieta się kończy:(
A ja czytam czasem genialne porady dla mam i zalecenia, co i ile należy dziecku podawać do jedzenia, jak ważne są owoce i wrazywa- i tylko rośnie moja frustracja, że źle dziecko odżywiam. A przecież młodszą będąc jadła Trusia wszystko i z zapałem próbowała nowości. Teraz nawet nie zamierza spróbować:(

Czasem jeszcze je naleśniki z "powietrzem"- jak zdarzy się to szczęście wielkie i ktoś usmaży naleśniki. Dziś Tatuś stanął na wysokości zadania i usmażył. Albowiem dostał ode mnie w prezencie naleśnikową patelnię. Być może zatem Młodsza Córka nie umrze z głodu. Tylko czy same naleśniki wystarcżą...

Klucha też lubi naleniki. Ale Klucha lubi wszystko. Także jarzynki. I mięsko naturalnie też.

22:55, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 21 października 2009
Króciutko

Anonsik tylko- na wakacyjnym umbryjskim blogu właśnie zagościła nowa notka- tym razem zapraszamy do zwiedzenia Gubbio. Pomalutku konczą się nam włoskie wspomnienia- jeszcze tylko Spoleto i pożegnalna "uczta" w Montefollonico.

Na dworze jesień, zimno i deszczowo, a w naszym wakacyjnym pamiętniku letnie słońce i upał- aż się cieplej zrobiło.

A po powrocie z Warszawy? Nie dzieje się nic szczególnego. Trusia gada, opowiada, wymyśla, a ja nie zdążam zapisać ani zapamiętać.

Takie widoczki mnie rozczulają:

Uwielbiam patrzeć, jak oni ją kochają, a ona kocha ich. Jak do wielkiego Starszego Brata mówi czule "Pawełku", jak rozdaje wszystkim buziaki na dowidzenia i dobranoc i jak oni o te buziaki proszą. Uśmiech i rozluźnienie na twarzy Starszego Syna, gdy bawi się z Młodszą Siostrą- bezcenne :)

"Pawełku, a po cio maś na drzwiach selduśka jedne do góly nogami, a dlugie w dół nogami?"
To a propos pewnej ilości serduszek WOŚ przylepionych na drziwach do Pawłowego pokoju- niektóre "w dół nogami", a niektóre "do góry nogami". Tylko gdzie serduszka mają nogi???

22:48, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
niedziela, 18 października 2009
Warszawa

Było fajnie, ale za krótko. Za krótko, żeby się z każdym nabyć do syta, nagadać o wszystkim, nacieszyć, że takich fajnych Przyjaciół mamy dzięki blogowi. Cóż, dwa dni to nawet nie dwie doby, a trzeba jeszcze wygospodarować czas na sen. I tak byłam z Truśki dumna, że śpiąc mniej niż zwykle, będąc w zupełnie nowym miejscu i z nowymi ludźmi, zachowywała się wyjątkowo poprawnie. Wróciła zadowolona, pełna wrażeń- o spotkaniu z Syrenką w Kalimbie- razem z Izą i Helenką, o odwiedzinach Nuli, wspólnym obiedzie w hinduskiej knajpce, o pobycie w domu Batorysi, zabawie z Milą i poznaniu Tadzia (trochę ją zawiódł, bo "Tadzio nie tadziował tylko ryczał"- co miała na myśli licząc na "tadziowanie" nie wiem), spacerze po Starówce z Madzią i ciocią Talulą oraz wspólnym obiedzie w pierogarni ("Madzia niciego nie zjadła"-Truśka trochę była tym faktem zmartwiona).
Cóż, wiem, że chciałoby się więcej, dłużej, jeszcze gdzieś razem pójść, jeszcze coś zobaczyć. Ale dobre i to. Zawsze można się umówić jeszcze raz. Okazuje się, że z Krakowa do Warszawy wcale nie jest tak daleko, samochodem cztery godziny.  A w sympatyczniejszej porze roku, kiedy dzień dłuższy, może i doba troszkę się wydłuży...

Bardzo Wam wszystkim dziękujemy za poświęcony nam czas, za to, że w ogóle chcieliście się z nami spotkać, że staraliście się nam zorganizować czas najmilej, jak się da. Przepraszamy, za sprawione zawody, za to, że może nie wszystko się udało, że nie każdemu mogliśmy poświęcić tyle czasu, ile by chciał, ale naprawdę trudno było to inaczej zorganizować.
I zapraszamy do nas.

Pierwsza była Nula z Rodzicami- przyszli nas przywitać już w piątek wieczorem. Ale jakoś tak się zgapiłam, że nie wyjęłam aparatu :(

Drugie były Iza z Helenką- przyjechały po nas na Krochmalną i zabrały nas na Żoliborz do Kalimby. Bardzo nam się tam spodobało- zarówno w samej kawiarni, jak i w parku naprzeciwko.

Do Kalimby przyszła w południe Syrenka, którą dzieci z zapałem portretował. A Syrenka w międzyczasie gadała, gadała, gadała... Bo to była bardzo rozmowna Syrenka ;-)

Potem był krótki spacer z Nulą, Ewą i Robertem oraz wspólny obiad w Bolywood- bardzo smaczny, chociaż Trusia z hinduskiej kuchni preferuje frytki ;-)

Nula też ybrała frytki i dziewczynki wymieniały wspólnie poglądy na temat frytek po indyjsku ;-)

Potem była krótka wizyta u Batorysi- Mila i Truśka całkiem fajnie się bawiły. Trusia wcale nie trzymała się maminej spódnicy, tylko poszła z Milą do jej pokoju. A jak one fajnie gadałay ze sobą ;-)

I kazały sobie uczesać kucyczki, z którymi wytrwały dzielnie do końca wizyty. I prawie się przy tym nie kłóciły ;-)

A w niedzielę spotkałyśmy się z Madzią i ciocią Talulą- najpierw w Domu Spotkań z Historią na ormiańskim baby-parkingu. Dziewczyny dzielnie "ubrały" naszkicowane lale w prawie ormiańskie szaty:

a potem podążyły spacerkiem na Starówkę:

A na koniec dowód, że to faktycznie w Warszawie było:

Jeszcze raz kochani wielkie dzięki za wszystko :)

 

23:37, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
środa, 14 października 2009
Blog-dwulatek

Dziś Gertrusi stuknęły dwa latka. Blogowi, nie Truśce, która dziś skończyła latek dwa i miesięcy osiem. Z tej okazji układałam sobie w głowie okolicznościowy wpisik, ale wyparował mi z pamięci:(
Dwa lata- niewiele w porównaniu z moimi blogowymi Guru- Monstermamą i Rybą, którym już zdecydowanie więcej latek stuknęło.
Ale też i niemało, zważywszy, jak bardzo się Główna Bohaterka bloga zmieniła, ile się w jej trzydziestodwumiesięcznym życiu wydarzyło.  Dla niej kawał czasu, dla mnie minęło nie wiadomo kiedy.
Parę razy już się zastanawiałam, czy tej pisaniny nie zakończyć. Bo weny często brakuje, a im Dzieć starszy, tym mniej da się zapisać. W życiu kilkumiesięczniaka i roczniaka dzieje się tak wiele, każdy dzień, to nowość- nowy ząbek, nowe słowo, nowa umiejętność. Teraz nowości mniej, więcej doskonalenia tego, co już się potrafi. A doskonalenie trudniej ująć w słowa, trudno zapisać te wszystkie wspólne rozmowy, trudno opisać kreatywność i pomysłowość, nie da się oddać miny czy intonacji jakiejś wypowiedzi, która stanowi jej właściwy smaczek. W zapomnienie odchodzą kłopoty z językiem polskim, czyli rozkoszne próby odmiany typu "idł', czy "szedłam"- nie poprawiam, bo wiem, że miną bezpowrotnie, tak jak nie ma już dawno "subektonta" w języku Ciecha:( Coraz trudniej tez o dobre zdjęcia- Córka wykrywa radarkiem wewnętrznym wycelowany w nią obiektyw i robi "fotograficzną" Minkę, czyli uśmiech bez pokazywania uzębienia, oczęta otwarte szeroko, a główka trochę uniesiona do góry.


Szczęśliwie, jak mi myśli o zakończeniu "pisarskiej" działalności przychodzą do głowy, Córka robi coś takiego, czym można, a nawet trzeba się podzielić z Przyjaciółmi.
Bo drugim powodem, żeby tego bloga kontynuować są właśnie Przyjaciele- tak się z Wami związałam, że trudno by mi było zerwać ten wirtualny kontakt.
Blog to Przyjaciele już poznani, których bardzo cenię, chociaż nie spotykamy się zbyt często.
I tu odpowiedź dla Iksińskiej z jej komentarza do mojego komentarza - gdyby blog był zahasłowany, to nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi. Pewnie w ogóle nikogo bym nie poznała;-) Czyli lepiej jest tak, jak jest- co jakiś czas pojawia się ktoś nowy, którego (jeśli też pisze bloga) i ja staram się poznać. I tak krąg znajomych się rozszerza. Na razie więc nie przewiduję hasła, mimo, że mistrzem kamuflarzu nie jestem;-)

A tu wstawię sobie zdjęcia, które już od dawna czekają- może trochę wydadzą się bez związku, ale są to zdjęcia pewnej kiedyś dwulatki:

Pewnie żadna nie jest dokładnie dwulatką, ale czy choć trochę do Truśki podobna? Bo ja mam momanety, kiedy w Truśkowych oczach widzę niezwykłe podobieństwo do siebie sprzed lat. Tylko, że ona prawie zawsze ma w oczętach chochliki i uśmiechy, a moje oczy na zdjęciach poważne takie...

I to by było na tyle w kwestii blogowych urodzin.

A z nowości- tych jakoś brak. Organizujemy sobie w głowach wyjazd do Warszawy i ufamy, że do piątkowego popołudnia aura stanie się choć trochę bardziej sprzyjająca. Albowiem postanowiliśmy jechać samochodem- siła przyzwyczajenia i umiłowanie niezależności od godzin odjazdu pociągu. Truśka przeżywa, dopytuje się, czy już jest piątek, cieszy się na zabawę z Nulką i Milą, podziwianie Tadzia, spotkanie z Madzią, wspólną imprezkę z Helenką:) Ja też przeżywam. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko się udało.

Nikogo zapewne nie dziwi ten widoczek- chyba prawie każdy z obrzydzeniem wychodził dziś na mokrą śnieżycę, w popłochu szukał miotełki do odkopania samochodu lub nerwowo rozglądał się w domostwie za rękawiczkami i zimowym obuwiem. Ja rano nie zdążyłam zrealizować tych dwóch ostatnich punktów i pomknęłam do roboty bez rękawiczek i w fioletowych balerinkach- na swoje usprawiedliwienie mam, że przed ósmą świat jeszcze nie był biały, tylko mokry. A po robocie brodzilam sobie "radośnie" w mokrej i zimnej brei, usiłując zrobić coś, żeby jak najmniej mi jej wpadło do wnętrza owych fioletowych balerinek.
A jak wróciłam, postanowiłam nie przyjmować do wiadomości tego co za oknem, spuściłam rolety, zaciągnęłam zasłonki i postanowiłam się powpatrywać w bukiet żółtych i pomarańczowych tulipanów dostanych wczoraj w ramach przeprosin od niecierpliwej żony pacjenta.

Za to Trusia do zimy przygotowana, gotowa do lepienia bałwana- dobrze, że zakupiłyśmy zimową kurtkę i buty.

A co jeszcze u Trusi?

Ćwiczenia przed rychłym pieczeniem bożonarodzeniowych pierniczków:

Z powodu uwięzienia w domu przez złośliwą aurę z nudów można nawet stanąć na głowie:

(Przy okazji nowy image Starszej Córki)

Gra psom na harmonijce, żeby nie zawodziły (zdarza im się od czasudo czasu popaść w nastrój jęczenia):

Sprawdza, czy nadaje się do baletu;-) :

Do szpagatu już niewiele brakuje;-)

A to była "sztuka latania".

I tym radosnym Truśkowym uśmiechem odmeldowuję się- do niedzieli co najmniej, albo nawet do przyszłego tygodnia.

Do zobaczenia tym, których dane mi będzie zobaczyć. Nie mogę się doczekać:)

 

 

22:53, dsmiatek
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 października 2009
Napisałabym coś

No włażnie- napisałabym, ale znajduję w sobie tylko zmęczenie, niewyspanie i żale. Weekendu nawet nie pamiętam- dyżur w piątek, dyżur w niedzielę. Sobota minęła nawet nie wiem kiedy i jak- na dworze zimno i plucha, a w sercu brak entuzjazmu. Z rozmowy telefonicznej z Ciechem wiem, że wczoraj Trusia poszukiwała w domu bakterii- zrobili sobie "basenik" z koca i tamże właśnie Trusia "wyłapywała" bystrym oczkiem balterie, ostrzegając przed nimi Ciecha. Ja nawet z Córką nie rozmawiałam- serce mi się kroi, jak słyszę pytanie "Wlóciś dzisiaj? Włóciś zialaź do mnie?" i muszę odpowiedzieć, że niestety, dziś nie wrócę, dopiero jutro i to po południu :(

Dopada mnie coraz więcej watpliwości przed wyjazdem w W-wy- czy to dobry pomysł jechać z niespełna trzylatką do wielkiego miasta, nie mając przy okazji pomysłu na to, co się w nim właściwie chce zobaczyć. Bo ja Warszawę znam z okien tramwaju- jedyny turystyczny wyjazd miał miejsce jak jeszcze byłam nastolatką i to młodszą nastolatką- wtedy byliśmy w Łazienkach, na Starówce, w Wilanowie, na Powązkach i nawet w teatrze...Wspomnienia są miłe. Ale te świeższe już niekoniecznie- raczej kojarzą się z bólem głowy, dużą dawką przekazanej (niekoniecznie w całości przyswojonej) wiedzy na którymś z kursów, zwykle zresztą jesiennych.
A co robić w wielkim, praktycznie nieznanym mieście z małą Dziewczynką- tego nie wiem:(  Tym bardziej, że złowieszcze pogodynki prorokują na najbliższe dni atak zimy:(
Idę po pracy do Empiku zakupić nowy plan Warszawy i przewodnik- może coś mnie natchnie...

 

11:42, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Archiwum