RSS
czwartek, 28 października 2010
Poranny kociokwik

Już nie raz o nim pisałam, ale dzisiaj czuję się nim szczególnie zdołowana.
Budzę się przed świtem (co prawda obecnie o to nietrudno), szykuję śniadanie dla wszystkich, ogarniam się w biegu- na pytanie pani kosmetyczki- konsultantki czy używam podkładu i kosmetyków kolorowych ogarnia mnie pusty śmiech), robię rundkę budząc pozostałych domowników z wyjątkiem Najmłodszej- niech sobie jeszcze pośpi, sniadanie ma w przedszkolu. Początkowo wszystko wygląda nieźle, chociaż bywa, że rundkę muszę powtórzyć- niektórym wystarczy jedna zapowiedź pobudki, inni po trzeciej nie zamierzają otworzyć oczu. Jemy sniadanie, z radia sączy się Trójka, zerkam co jakiś czas na zegarek kontrolując czas- jest jeszcze nienajgorzej. A potem zaczyna się jazda. Trusia nie może się obudzić. Nie chcę jej jeszcze pospieszać, żeby łagodnie weszła w poranek. Staram się uładzić łóżko, w tym czasie Córka ma się ubierać. Utyka w górze od piżamy, nieprzytomnie wpatruje się w podkoszulek. Porzucam łóżka, wciągam na Truśkę kolejne elementy odzieży. W połowie spodni uświadamiam sobie, że należałoby ją posłać do toalety. Wysyłam Córkę, sama wracam do łóżek. Wraca,  spodnie po drodze gdzieś przepadły. Znajduję spodnie, wciągam opadające majtki, sadzam sobie dziecko na kolanach- oj, coś mam mokre udo- zaspana Trusia źle usiadła na kibelku i obsikała sobie bieliznę. Ściągam Truśkowe majtki i swoje spodnie z mokrą nogawką, wrzucam do kosza na pranie. Przywdziewam na siebie nowe spodnie, na Truśkę resztę odzienia i już możemy zakładać kurtkę. Trusia dostrzega w mojej ręce złowieszcze getry-ocieplacze i wpada w rozpacz bardzo łzawą. Nie wiadomo dlaczego znienawidziła ocieplacze, które według mnie są genialnym rozwiązaniem- Truśka w zimne dni nie musi zakładać rajstop pod spodnie i grzać się w zdecydowanie za ciepłym przedszkolu, a po drodze do i z placówki jest jej ciepło. Niestety Córka nie podziela mojego entuzjazmu, getrów nie cierpi i nawet dawanie jej za przykład Starszej Siostry, która wykorzystuje tą część garderoby chętnie i często nie pomaga. OK- odrzucam getry, czuję, jak krew się we mnie gotuje, a słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne czają się tuż tuż na moimi zaciśniętymi zębami. Rzut oka na zegar mówi mi, że na ósmą do pracy w żaden sposób nie zdążę. Córka nadal szlocha i stoi jak kukiełka przed bucikami. Nie wytrzymuję jednak napięcia, czuję, jak mnie kłuje za mostkiem, jak samej chce mi się płakać, no i wrzeszczę- bynajmniej mi nie ulżyło, spowodowało tylko większy szloch Trusi, nową łez fontannę i wyrzut sumienia, który kłuje mnie do teraz.
Do pracy wpadam spóźniona 12 minut, ale okazuje się, że i tak jestem pierwsza. Rzut oka na grafik trochę mnie uspokaja- jestem na opisach, zatem stanowisko pracy spokojne. Przebieram się- akurat w momencie gdy stoję w samym staniku dzwoni domofon- dwóch pacjentów z SOR-u do USG. Nic to, że dziś nie jest to moja działka, ktoś ludzi zbadać musi, zarzucam fartuch i pędzę do USg- w przelocie słyszę utyskującą pod nosem sorowską sanitariuszkę.
Po dwudziestu minutach mogę wreszcie opaść na wygodny obrotowy fotel przed monitorami w opisowni- nareszcie sobie odpocznę przed popołudniowym wyścigiem z czasem.
W drodze z jednej pracy do drugiej z zazdrością patrzę na spokojnie pedałujących rowerzystów- pogoda taka piękna, po porannym przymrozku nie ma już śladu, a ja zamknięta w środku komunikacji miejskiej mogę ją podziwiać przez szybki. Do czasu, bo za chwilę zniknę w pomieszczeniu bez okien na kolejnych parę godzin. Jak wyjdę będzie już noc.
Powrót do domu przewidziany na godzinę po dwudziestej. A w domu kolejnych 40 mammografii do opisania.
A teraz- a teraz piszę pomiędzy jednym pacjentem do USG a kolejnym- czasem udaje mi się wygospodarować parę minut czasu. Wyrzucam z siebie swój żal, że życie pędzi tak szybko. Że brakuje mi cierpliwości, że wrzeszcę, że nie staję na wysokości matczynego zadania:(
Jutro będzie lepiej? Weekend niebawem?
Nie, jutro będzie to samo, a w sobotę mam dyżur- z racji przesuwania czasu dłuższy będzie o godzinę:(

16:39, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
środa, 27 października 2010
Trusia-wytwórca próbek i dyniowa uczta

Dałam dzisiaj Truśce otrzymaną gdzieś reklamówkę perfum. Otwierana kartka była wycięta w kształt muszli, a w środku miała zapachowy kwadracik, zaklejony "plasterkiem", żeby zapach za szybko się nie ulotnił. Truśka z uwagą studiowała całość, wysłuchała wyjaśnień, do czego przedmiot ów służy, po czym pobiegła z próbką do innego pomieszczenia. Po chwili wróciła dumnie niosąc muszelkę ślimaka winniczka (naturalnie już nie zamiszkałą) i podetkała mi ją pod nos. Wyczułam znajomą woń. Truśka, niezwykle z siebie zadowolona, oświadczyła, że oto właśnie sama zrobiła próbkę perfum. Do muszelki napryskała mojego Be delicious.
"Sama weszłam na podstawkę i na kibelek i zdjęłam sobie perfumy ładnie pachnące. Znalazłam dziurkę, zamknęłam oczka, żeby mnie nie piekły i napryskałam perfumy do muszelki. I teraz mam swoją zrobioną próbkę perfum. Nie zabiorę jej do kąpieli, żeby zapach mi się nie zmył."
(Tatuś Trusiowy usłyszawszy o poperfumowanej muszli zgoła inny jej rodzaj sobie wyobraził;))

Dziś też oświadczyła Córka, jakie ma plany na przyszłość:
"Jak już będę dorosła i będę pracowała, to zamiszkam w takim kraju, gdzie się mówi po angielsku. Bo ja się w przedszkolu uczę przecież angielskiego."

A w naszym jesiennym menu króluje dynia. Trzeba dobrze wykorzystać ten dyniowy czas i leczyć depresję pomarańczowym kolorem. Po dyniowej pikantnej zupie, pysznym kurczaku z dynią, przepysznej lasagne z dynią oczywiście (przepis gorąco polecam, koniecznie muszę jeszcze go powtórczyć, bo smakowało wybornie, mimo braku świeżej szałwi- zamiast zakupiłam ekspresówki szałwiowej herbatki- jakoś trzeba sobie radzić) dzisiaj przyszła wreszcie kolej na:

 "zucca al forno ripiena con porcini a tartufi". "Porcini" były, z "tartufi" musialam zrezygnować, bo brak ich na polskim rynku, a gdyby były, to ich cena na pewno by mnie odstraszyła. Przymierzałam się nieśmiało do truflowej pasty (w zeszłym roku kupiliśmy sobie w Narni pastę z białych i drugą z czarnych trufli), ale i jej nie znalazłam. Bez trufli i tak było niebo w gębie. Ciekawe, czy z ich dodatkiem byłoby jeszcze lepsze.
Dla rozwiania wszelkich wątpliwości- w Truśkowym jesiennym menu z rzeczy w kolorze słonecznym nadal prym wiedzie kukurydza w kolbie. Dyni Trusia nie zaszczyciła nawet spróbowaniem. Za to niecierpliwie oczekuje na obiecany dyniowy lampion- chciała go robić już dziś, a ja, nie mając na to czasu, tłumaczyłam jej, że w dyni, jak się ją otworzy, mogą się zalęgnąć muszki owocówki.
"Ale mamusiu, dynia przecież nie jest owocem tylko warzywem, to muszki owocówki się w niej nie zalęgną."
Ratując się przed drugim już dziś wydrążaniem dyni powiedziałam, że istnieją też muszki warzywniaczki, zjadające dynię. Wieczorem muchy rozszerzyły się o kolejny gatunek "muszki pistacjówki"- tym razem gatunek "odkryła" Trusia, grzebiąc w stojącej od jakiegoś czasu na stole miseczce z pistacjami.

A ja dziś nie sprostałam zadaniu matki przedszkolaka i informację, że we środę dzieci mają bal jesienny i należy je przebrać w "barwy jesieni" zinterpretowałam, że Trusię trzeba przyodziać do placówki odpowiednio kolorystycznie. Poszła zatem Truśka w wersji brązowo-czerwonej. Na miejscu zderzyłyśmy się z mamami taszczącymi przebrania jeża, dyni, jabłka, a nawet lisa :( A ja głupia nawet zeschłego liścia Latorośli do stroju nie przymontowałam:(

20:27, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 października 2010
Dzisiejszy odcinek sponsoruje Lambi

Dzięki Rybie zostałyśmy z Truśką zaproszone do przetestowania- hmmmm, jakby to powiedzieć, coby nikogo nie zniesmaczyć - dziecięcego papieru toaletowego. Rybka "nasłała" na nas bardzo sympatycznego (przynajmniej mailowo sympatycznego) pana i dziś przybyła do nas paczka całkiem sporych rozmiarów, za to wagi papierowej;-)

A w tej paczce siedziały dwa opakowania rolek toaletowego papieru, drukowanego w wesołe obrazeczki, kolorowanka, kredeczki, dwa plastikowe "słoiczki", a w nich

takie oto bialutkie owieczki, czekające aż ktoś je ozdobi. Wraz z mini-farbeczkami i pędzelkiem.
Była jeszcze niespodzianka:

Przez moment zastanawiałam się, czy aby na pewno miałyśmy dostać aż dwie owieczki i podwójne opakowanie z papierem, miałam nawet chwilkę altruizmu i jedną z owieczek chciałam ofiarować jakiemuś zaprzyjaźnionemu dziecku, jednak okazało się, że gdyby cały kierdel owieczek przybył, to też dałybyśmy mu radę. Radochy z ozdabiania tej dwójeczki miałyśmy obie wiele:

Truśka nie mogła się zdecydować, jak chce białaski ozdobić. Pomysły designerskie zmieniała w trakcie, w zależności od tego, jakim kolorem jej się maźnęło.

Pierwsza owieczka była zatem produktem dość przypadkowych pociągnięć pędzelka.

Za to do drugiej przygotowałyśmy się już lepiej.
Gotowe owcze bliźniaki wyglądają tak:

Jak widać przy drugiej i Matka mogła się wykazać;)

Dzięki Rybie i Lambi spędziłyśmy z Truśką bardzo kreatywne popołudnie. Bawiłyśmy się świetnie. Truśka tak się rozochociła, że owieczki doczekały się też swoich protretów:

A teraz zabierzemy się za testowanie;-) O wynikach naszego testowania poinformujemy szacownych Czytelników;-)

Na koniec jeszcze Truśka i jej owcze dzieło:

Jeśli też chcecie pomalować sobie owieczkę, to zajrzyjcie na:  www.lambikids.com
albo wypatrujcie Lambików w sklepach. Myślę, że my będziemy wypatrywać, bo bawiłyśmy się fajnie. Tylko jak tu kupować kolejne rolki, skoro spory ich zapas nam już zapewniono;-) Najwyżej pomalujemy sobie Lambika w necie:)

21:18, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 października 2010
Inny odcień bieli

Stoimy w sklepie przed deskami do kibelka (jak już pisałam, nasza dotychczasowa uległa dezintegracji). Właściwego (żółtego) koloru brak. Wyrażam głośno swój zawód, że nie ma deski o kolorze pasującym do naszej łazienki. Trusia przygląda się uważniej i oświadcza:
"A może ten kaszkowo biały może być."
Kaszkowo biały? Przyglądam się białym deskom- niewiele się między sobą różnią, biały mają identyczny, który z nich jest kaszkowy?
Truśka nie daje za wygraną:
"No patrz, ten kaszkowo biały pasuje do naszej łazienki."
Ponieważ nadal wyglądam dość bezradnie i minę mam niecnierozumiejącą Trusia postanawia pokazać mi właściwą deskę paluchem. Celuje prosto w wiszącą na boku deskę koloru....beżowego. No i fakt numer jeden- do naszych kafelków pasuje. Prawda numer dwa- Truśkowa kaszka miewa taki beżowy kolor- czyli się zgadza, potencjalnie mogłaby być deska w kolorze "kaszkowo białym".

20:26, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 października 2010
Piątek, ale przecież nie 13-ty!

A kupka pechów się uzbierała. Truśka biegnąc sobie z Kluchą na smyczy przewróciła się i podarła rajtuzki. Łzy się lały, ale bynajmniej nie dlatego, że kolanko bolało. Lały się, bo "Już nie mam czerwonych rajtuzków, a to były moje ulubione, buuuu."

A wieczorem Truśka zrzuciła szklankę z piciem i solniczkę- na podłodze powstała mieszanina szkła, soli i płynu. Łzy lały się rzęsiście- "Bo się stłukła solniczka i już nie mamy solniczki i jak ja będę teraz soliła. Bo się rozlało moje picie ulubione, buuuu."

W kibelku deska kibelkowa ulegla totalnej dezintergracji :(  Korzystanie grozi śmiercią lub kalectwem. Dobrze, że jest drugi zapasowy, bo inczej trzeba by zacząć korzystać z Truśkowych nocników;)

Uświadomiłam sobie, że mój precyzyjny plan na poniedziałek wziął w łeb- a już było tak pięknie, pośród pracy zaplanowalam sobie milutką godzinkę na ćwiczeniach BS-u. Niestety, nie drugą zmianę mam ja w poniedziałek, a dyżur, buuuu:(

Trusia naciągnęła Pasię na kulkowe gumy do żucia, ktorych ja jej do tej pory odmawiała. Po dokonaniu zakupu Truśka z miną zleczka nietęgą oznajmia Pasi:
"Wiesz Pasiu, te gumy musimy schować, żeby mama i tata ich nie widzieli, bo oni mi nie pozwalają takich jeść."
Pasia starała się zrehabilitować, tłumacząc Trusi, jak ma owe gumy "zjadać" i co się może stać, jak je połknie, albo się nimi zakrztusi. Wieczorem Trusia informuje Pawła z poważną wielce miną:
"Wiesz, tą gumę trzeba włożyć do buzi i najpierw possać, a potem gryźć. A jak już będzie niedobra, to trzeba ją wypluć do kosza. Nie wolno jej połykać, bo może boleć brzuszek, albo nawet można się udusić i nie żyć. A ja wyplulam, a nie połknęłam i teraz żyję, widzisz." I to jest ta dobra wiadomość w pechowy piątek.

21:16, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 20 października 2010
Języki obce

"Mami, mami (tak ostatnio sie Trusia do mnie zwraca, ja jakoś za tym nie przepadam)- bo my w przedszkolu angielskiego się uczymy."
No wiem, kochanie. I co, umiesz już coś po angielsku?
"Umiem, tylko zapomniałam."
Może przypomnisz sobie chociaż jedno słówko?
"Jedno sobie przypomniałam."
Jakie?
"Puff "(albo jakoś tak podobnie)
Puff? A co ono znaczy?
"To taki dźwięk angielski, jaki wydaje balon, gdy pęka."

No to już wiemy, co po angielsku mówią pękające angielskie balony;-)

22:52, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Stan przedzawałowy

I dodatkowo furia, taka, że aż czerwono przed oczami mnie ogarnęła, jak odkryłam kolejną dziurę w narzucie wyssaną przez Krokieta. Nie ma na niego rady- gdy wychodzimy, ma zakładany kaganiec. ostatnio niestety musi zostawać z kagańcem nawet wtedy, gdy ktoś z domowników jest w domu, ale śpi, a pozostali wychodzą. Nie pomaga to, że ma zabawki, szmatki do ssania, nie pomagają kości do gryzienia. Jak drzwi wejściowe sie zamykają, a on myśli, że zostaje sam (nie sam przecież, bo jest Klucha), to pędzi do kanapy, staje obok, narzuta w pysk i wysysa, robiąc dziury. Jeśli ktoś zna psiego psychologa w Krakowie, to proszę o namiary, w przeciwnym razie pies będzie musiał opuścić nasz dom, bo przy kolejnej dziurze albo wywalę go z domu w trybie natychmiastowym, albo zbiję na kwaśne jabłko. Ewentualnie dostanę zawału. Nie ma mozliwości, żeby pozbawić go dostępu do kanapy czy innych szmacianych mebli, albowiem brak jest drzwi między pokojem a przedpokojem, a w łazience przecież gada zamykać nie będę. Szkoda mi, że musi zostawać w kagańcu- ma wtedy taką smutną minę. Ale nie stać mnie na kupowanie kolejnej narzuty, w pokryciu kanapy też już są dziury zrobione przez Krokieta. I problem się nasila- występował on na początku, gdu Krokiet do nas trafił, potem na dłuższy czas minął i w tym roku wrócił znowu w silniejszej postaci. Kiedy powstała ta najnowsza dziura nie wiem- pilnujemy już wszyscy tego kagańca. Mam wrażenie, że wczoraj wieczorem jej nie było- czyżby pies nudził się w nocy? Czy teraz także na noc będzie mu trzeba zamykać pysk w drucianej klatce? :(

Dodatkowo zabija mnie pośpiech. Budzik dzwoni, gdy jest jeszcze ciemno, u prgu dnia wygląda na to, że mam dużo czasu i zdążę ze wszystkim. A potem plan precyzyjny sie rozłazi- kolejne pukanie do drzwi chłopaków, żeby się łaskawie obudzili, łagodne smyranie Trusiowego uszka, żeby raczyła otworzyć oczka, już coraz bardziej niecierpliwe poganianie wszystkich. Trusia zapominająca, że ma lat trzy i pół, dwie rączki sprawne i dwie nóżki i siedząca jak kołeczek przed kupką z ubraniami, wpatrująca się niemal bezradnie w obuwie. Ja ze spadającymi z ramion siatami- bo rzeczy na dyżur, strój na jutrzejszy podyżurowy pilates, mammografie do oddania, torebka. Plus Trusia czepiająca się tej trzeciej ręki. Pod przedszkolem brak miejsca do zaparkowania, w drodze do pracy korek, komputer, który nie chce odpalić, grafik wypełniony po brzegi, w perspektywie praca do rana- bo w sąsiednim szpitalu zamknęli tomograf i wszystkich pacjentów z ichniego SOR-u przywożą do nas.

A jakby tego było mało, to przez cała noc śnił mi się Janusz Palikot na zmianę z Jarosławem Kaczyńskim- no koszmar! Może to dlatego, że w tle przez sen czułam, jak boli mnie głowa:(
Jakbyś ktoś w senniku znalazł co oznacza Palikota i Jarka śnić, to proszę o wiadomość;-)

09:35, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
wtorek, 19 października 2010

P. w delegacji, Starszaki popołudniami i wieczorami na uczelniach, ja biegam z Trusią na taekwondo, załatwiam z Ciechem laryngologa (w towarzystwie Trusi oczywiście, bo komu ją porzucić) i staram się, żebyśmy z głodu nie pomarli. Wczoraj wieczorem nasz dzisiejszy obiad wyglądał tak oto:

Nie mogłam sobie odmówić zdjęcia, tak się pięknie prezentował. A jak dziś smakował! Pycha.

Trusia z braku Tatusia-usypiacza, z wyobraźnią pobudzoną bajkami o smokach (od niedzieli pragnie czytać o smokach, chociaż widać, że troszkę się boi i czasem profilaktycznie zasłania sobie rączkami uszy) nie bardzo chce zasypiać samotnie w swoim pokoju. A że nie mam czasu czekać z nią aż uśnie, to przeprowadziłam ją na kanapę koło mojego stanowiska pracy. Ona śpi, a ja tropię raki:

Jutro wraca P., za to ja mam dyżur. I znów ani się nie obejrzymy, a tu zacznie się kolejny weekend. Życie ucieka nam za szybko :(

PS
Nie myślcie sobie, że Truśka choć spróbowała tych przepysznych papryczek. Ale zapala się pomału światełko w mrokach Trusiowych kulinarnych ograniczeń. Pochwaliła się, że ostatnio jadła ryż- ale sam ryż, potrawki już nie- "bo nie była w panierce". Podobno polubiła też marchewkę w zupie- "dziś zjadłam całe dwie marchewki, mamusiu". Dwie? A co, rosołek był? Jakie duże były te marchewki? "No takie pokrojone były, dwa kawałeczki zjadłam."- W głosie Trusi brzmi wyraźna duma. Cóż, dobre i to.
Zyskałam też  własny łóżkowy termoforek- Trusia przejęta swoją cowieczorną misją gramoli się do naszego łóżka i wygrzewa mi miejsce :)

22:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 października 2010
Weekend bez spektakularnych wydarzeń

Takie weekendy też są potrzebne- może trochę nudnawe, ale przynajmniej bez pośpiechu pozwalające nadrobić choć część zaległości.
Wczoraj po powrocie z basenu Trusia postanowala pomóc mi w sprzątaniu- tak, to jeszcze jest ten wiek, że do prac domowych naganiać nie trzeba, sama chce. Zabrała się za mycie podłóg, pomykając po chałupie z własnym wiadereczkiem z wodą i wlasną podłogową ścierką. Rezultat- jeziorko w przedpokoju i wszystkie dostępne dla Trusi lustra wyszorowane przy pomocy owej podłogowej wody i ściereczki. Ale to jest też ten wiek, kiedy liczą się bardziej dobre chęci niż rezultaty :)

A dziś? Dziś odwiedziliśmy Ciszka i Misię na Rakowicach, wysłuchaliśmy kazania o modlitwie jak telefon komórkowy na dziecięcej mszy u kapucynów, zjedliśmy pyszny obiad made by D.S. (zupa pomidorowa z bananem, ktorą wszysce uwielbiamy, a na drugie vitello brasato con uve del vino  z przeczytanych właśnie "Tysiąca dni w Wenecji") i równie pyszny podwieczorek (szarlotka z miodem i orzechami). "Wieczorowym popołudniem" (tak Trusia sama określila porę dnia po godzinie szesnastej) oddawałyśmy się z Trusią zaplanowanym na jesień i już zaanonsowanym pracom plastycznym rysunkowo-malarskim. Fajnie było.

Po samodzielnej kąpieli pytam Truśkę, czy wszystko ładnie sobie umyła. Już miała oświadczyć, że pewnie, wszystko ślicznie umyte, gdy sumienie ją dźgnęło i odpowiedziała bardziej zgodnie  z prawdą:
"Niee, dziś tylko połowę umyłam. Ale nie martw się, drugą połowę umyję jutro."
W czasie oglądania Barbapapy mlaszcze i cmokta kukutydzę, a w końcy wsysa się w pozbawiony ziarenek kaczan:
"Przepyszny jest ten soczek z kukurydzy."- Hmm, jak niewiele potrzeba do kulinarnych zachwytów. A ja wyskakuję z tymi "vitelli brasati" ;-)

A teraz obrazki:

Wiecheć klonowych liści, a za nim Córka, czyli Truśka wracająca ze spaceru.

Muszę się jeszcze do jednego przyznać. W czasie sobotniej wizyty w Ikei zakupili "sobie: Trusiowi rodzice zabaweczki- mini- serwisik kawowy w mini-rozmiarze. Już od dawna mnie zachwycał (kolejne części do kolekcji zostaną zakupione przy okazji następnej wyprawy do Ikei), czekałam tylko, aż Córka dorośnie i prawdopodobieństwo rozbicia tycich filiżaneczek trochę się zmniejszy. Uznaliśmy, że nadszedl już ten moment- zakup spotkał się (o dziwo!) z entuzjastycznym przyjęciem u Trusiowego Tatusia. on też wypatrzył inne cudo do kolekcji- kuchenkę. Niestety cena kuchenki mrozi trochę krew w żyłach, a jej gabaryty nie bardzo mieszczą się w naszym obecnym mieszkaniowym układzie. Ale nie daje mi ona spać, tak się zachwyciłam, zatem kto wie, może w przypływie szaleństwa ją sobie zakupię ;-) Skoro już musiałam zrezygnować ze szmacianej farmy....

Trusia spożywająca lody z mini-kubeczka.

Kawa w "naparstku" dla Tatusia.

Paweł szkicuje starsznego smoka dla Trusi.

A następnie Trusia smoka maluje farbami ( w podobny sposób powstala już syrenka warszawska).

Gotowe dzieło.

Zmiana techniki na "stempelkową"- jeśli nie znacie jeszcze pisaczków- stempelków z Tchibo, to się zapoznajcie- my jesteśmy z nimi bardzo zaprzyjaźnione.

22:13, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 16 października 2010
Trusia o samotności i marzeniach

Dziś znów zażyczyla sobie Trusia spać w namiocie. Wymościlam jej legowisko, otuliłam kołderką, ale coś nie mogła zasnąć. W końcu doszla do wniosku, że ona tak sama jednak nie może, nastąpiła więc przeprowadzka do łóżeczka. Ponownie zostala otulona i wycałowana, zbieram się już, aby zasiąść przy mojej chałupniczej pracy, ale widzę, że minka Trusi coś markotna.
Co jest, czemu jesteś taka smutna?
"Bo ja nie chcę, żebyś poszła pisać mammografie. Nie lubię zostawać w pokoju w samości."
Ale przecież nie jesteś sama, ja będę w pokoju obok.
"Ale tutaj ciebie nie będzie i ja będę taka samotna. A ja mam takie marzenie, że będę miała dzidziusia, ktorego mi urodzisz i on będzie spał ze mną w pokoju."
Oj kotku, nie wiem, czy urodzę ci dzidziusia, pewnie już nie.
"A dlaczego mi go nie urodzisz?"
No bo wiesz, on by się chyba już u nas w pokoju nie zmieścił. (Co mam jej mówić, że stara już jestem i niestosowne w moim wieku są takie marzenia.)
"Zmieści się, przecież on będzie taki malutki."
Ale gdzie on będzie spał, żadne łóżeczku już do tego pokoju nie wejdzie?
"No z wami będzie spał w łóżku, taki będzie malutki, że się zmieści."
Ale on malutki będzie tylko przez krótki czas, potem urośnie i będzie taki duży jak ty, a ty będziesz jeszcze większa.
"To wtedy ja się wyprowadzę do swojego domku z ogródkiem."

Tośmy sobie pogadaly;-)

Wracając do wczorajszego Trusi nocowania w namiocie w pokoju Ciecha- obudzilam się w środku nocy i zdjęta nagłym niepokojem, czy też mojejmu Kurczątku aby nie zimno na podlodze (cóż, że kocami wyścielona była, zawsze podłoga) człapię sprawdzić, jak też się ono miewa. Zastalam widoczek taki- Trusia śpi słodko zakopana w kołderkę, a obok zwinięte w kłebuszki śpią jamniki i grzeją mojego Malucha. Obrazek cudny (nie utrwaliłam, żeby po nocy lampą nie błyskać), tylko rano pościel zasierścioną trzeba było wrzucić do pralki.

23:30, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
Archiwum