RSS
czwartek, 31 października 2013
Ćma z księżyca

Przyleciała do nas w ubiegłym tygodniu i jeszcze bardziej podbiła moje serce. Jest piękna- miękka, subtelna. Gdybym nie czuła się za stara na tatuaż, to właśnie taki mogłabym mieć- tylko mniejszy odrobinę. Na pocieszenie wraz  z ćmą dużą przybyła jeszcze jej malutka córeczka w postaci zmywalnego tatuażu- natychmiast schowałam go do swoich skarbów.

Truśka też się z ćmą zaprzyjaźniła i zabrała ją do szkoły- dwa dni pod rząd. Myślę, że i Pan Mąż nie ma nic przeciwko księżycowej ćmie (on generalnie poważa owady i jak przypadkiem wlecą do mieszkania, to delikatnie łapie je w szklaneczkę i wyprowadza z powrotem na zewnątrz)- ani śladu różu, falbanek i innych cukierkowatości. A mimo to, jakże jest dziewczęca. Zresztą oceńcie sami:

Ja tam wszystkie projekty Kids on the Moon mogłabym kupić w ciemno- jeszcze nie natrafiłam na taką rzecz, która by mnie nie zachwyciła. I ze smutkiem myślę o nadchodzącym nieuchronnie dniu, kiedy Truś stanie się zbyt wyrośnięty, żeby się w ciuszki KOTM zmieścić :(

A na koniec, pozostając w klimatach nocnych (w końcu ćma to nocny owad) zagadka- pytanie z gatunku retorycznych "Zgadnijcie, czyje to łózko i czy śpią w nim prawowici właściciele?":

Zdjęcie ze specjalną dedykacją dla tych, którzy niecierpliwie i z nadzieją wyczekują dnia, gdy wreszcie będę mieć swoje łóżko tylko dla siebie i pocieszają się myślą, że przed osiemnastką latorośli to przecież nastąpi. Ciech w czerwcu skończył owe magiczne  osiemnaście lat ;-)

No to wy spokojnie pozbywajcie się złudzeń, a ja pójdę się pocieszyć jeszcze jednym racuszkiem z waniliowego serka, które ostatni robią u nas furorę (przepis ten, jak również drugi na rewelacyjne ciasteczka owsiane z żurawiną i pyszną zupę tajską znalazłam na blogu Kreacja Dnia- dailycreation.eu). Może jak rozrosnę się za ich przyczyną do rozmiarów kaszalota, to wreszcie wywalczę łóżko dla siebie- nikt inny już się w nim nie zmieści;-)

Pa, miłego świętowania :-)

PS
Nie wiem, jak to się stało, ale w naszym mieszkaniu naliczyłam aż pięć zgrabnych dyń- czyżbym sama je tu przyniosła?;-) Nie będzie  z nich jednak lampionów- zostaną pożarte w postaci dyniowej zupy, dyniowego ciasta albo dyniowej lasagne, a wcześniej wykorzystanie do zabawy (czyli przyozdobione) na upiornym przyjęciu, które Trusia wymusiła na mnie. Będzie we wtorek. Broniłam się zaciekle, proponowałam Andrzejki (jako, że nie raz już się zarzekałam, że halloween'u pod swoją strzechę nie wpuszczę), argumentowałam racjonalnie, próbowałam negocjować- nic z tego, Truś chciał halloween, a przy okazji wygadał się, że właściwie już koleżeństwo na imprezkę zaprosił. No to będzie przyjęcie z duchami i upiorami we wtorek. Trzymajcie za mnie kciuki, żebym je przeżyła- Pan Mąż udaje się bowiem służbowo w tzw siną dal i sama będę musiała stawić czoła ósemce sześciolatków! Ale czegóż się nie robi w celu uszczęśliwienia ukochanej Córki;-)

20:44, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 października 2013
Kielcofanka

Piękny weekend za nami. 
W sobotnie południe dojechali do mnie do Kielc (gdzie byłam, jak co pół roku, na szkoleniu) Trusia z P. Albowiem tym razem postanowiłam zrealizować mój skryty plan i przy okazji swojego wyjazdu zorganizować też coś fajnego rodzinie.
Truśka stała się prawdziwą fanką Kielc i okolicy. Podobało się jej wszystko. Od Kieleckiego Centrum Kultury począwszy, poprzez nasz hotelik na Placu Moniuszki, wieczorny spacer pięknie oświetloną ulicą Sienkiewicza, pyszne jedzenie w mojej "zaprzyjaźnionej" włoskiej knajpce, kielecką starówkę, Muzeum Zabawek i Zabawy, skończywszy na kopalni krzemienia pasiastego koło Ostrowca Świętokrzyskiego, widokach Gór Świętokrzyskich, zachodzie słońca nad Świętym Krzyżem i Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni.
Nie starczyło czasu na zamek w Chęcinach, Jaskinię Raj i Centrum Neandertalczyka- zostaną na zaś- w końcu na wiosnę znowu będzie Szkoła Radiologii;-)

I tylko jeden malutki zgrzycik się wkradł w ten naprawdę piękny, słoneczny i niezwyczajny weekend- długi i głośny ryk Córki, gdy odmówiłam jej zakupu drewnianej papugi na sprężynce (o takiej papudze podobno Truśka od zawsze marzyła, tylko nigdy owego marzenia nie wyartykułowała aż do dziś, kiedy to udało jej się wyartykułować je na tyle głośno, że na długo zapamiętam). Trudno, nie można mieć wszystkiego, a piękne momenty docenia się tym bardziej, gdy dla kontrastu nastąpi chwila mniej piękna;-)

A teraz będzie duuużo zdjęć- to i tak nie wszystkie, które miałam ochotę wstawić na bloga;-)

Na początek Krzemionki Opatowskie:

Kielce i Muzeum Zabawek:



Tokarnia:

W każdym razie polecam Wam Kielce i województwo świętokrzyskie- pięknie tam. Mam już w głowie kolejne miejsca, w które chciałabym się wybrać z Trusią i P. :-)

21:50, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 października 2013
Codzienność

W październiku zauważyłam niezwykłą regularność swojej codziennej egzystencji- z powodu zupełnie przypadkowego układu dużyrów, które w tym miesiącu mam we wszystkie wtorki. A co za tym idzie nie mam w tygodniu ani jednego wolnego popołudnia!

Poniedziałek- wracam po 16-tej i mam około półtorej godziny na przygotowanie i zjedzenie obiadu, ogarnięcie całokształtu i wyjście z Truśką na taekwondo. Wracam do domu i zasiadam do opisywania mammografii.
Wtorek- dyżur, przed dyżurem przychodnia. Nie wracam do domu wcale.
Środa- wracam co prawda wczesniej, koło trzeciej, ale Truś i tak pojawia się w okolicach 16-tej- odbiera ją ze szkoły Pasia i jak jest pogoda- a ostatnio jest- jadą sobie na plac zabaw. dzięki wcześniejszemu powrotowi udaje mi się nieco bardziej wyżyć kulinarnie- wczoraj była na przykład zupa tajska i focaccia z pomidorkami koktailowymi i oliwkami. Odprowadzam Truśkę na taekwondo, wracam, opisuję mammografie.
Czwartek- najpierw od ósmej praca w szpitalu, potem pół godziny na przemieszczenie się do prywatnej placówki i usg do 19-tej. Po drodze na parking szybkie zakupy (we czwartek zwykle kończą się nam zapasy z zakupów weekendowych). W domu czekają mammografie, zwykle mały bałagan do ogarnięcia. Truś wraca przed 21-wszą z basenu.
Piątek- praca, potem przeważnie przychodnia. Wracam około czwartej- obiad i wyjście na cotygodniowe większe zakupy- w piątek, żeby zaoszczędzić weekend. Po powrocie z owych zakupów zwykle nie mam już siły na mammografie, więc odpuszczam.
I już mamy weekend- staramy się go wykorzystać maksymalnie, nacieszyc się sobą, zrobić razem coś fajnego. Bo jak widać w tygodniu zupełnie nie ma na to czasu.
Jutro jednak, dla pewnego urozmaicenia, wyjeżdżam na piątkowo-sobotnie szkolenie do Kielc. Ale żeby nie stracić tak całkiem soboty wymysliłam coś specjalnego- w sobotę w południe dojeżdża do mnie P. z Truśką i jedziemy zwiedzić kopalnię krzemienia pasiastego- od dawna chodziło nam to po głowie, tylko z Krakowa do Ostrowca jest prawie 200km. Wieczorem wracamy do Kielc, nocujemy w hotelu, a w niedzielę znajdziemy sobie kolejną atrakcję w okolicy- mam już kilka typów.

Nie dziwcie się zatem, że wpisów codziennych brakuje- o czym tu pisać, jak czasu nie wystarcza nie tylko na pisanie, ale też na bycie razem. Szczęśliwie nie zaniedbujemy cowieczornego czytania- aktualnie na tapecie jest Pippi.
Brakuje też czasu na zapowiadaną walkę o rozszerzenie Truśkowej diety- walczymy także w weekendy, w dni powszednie odpuszczamy, chociaż słodycze w postaci ciastek, czekoladek itp zostały z codziennego menu wyeliminowane. Ale są przecież słodzone jogurty, serki, kanapki z miodem lub czekoladową philadelphią do szkoły :( Dobrze, że udało nam się przeforsować w drugich sniadaniach także owoce, koktailowe pomidorki i ogórki.

Za to moje nałogi miewają się niestety dobrze, a między pacjentami znajdzie się zawsze chwilka, żeby podejrzeć, co tam nowego proponuje Ładne Bebe- wczoraj dotarła nasza osobista "Ćma" od Kids on the Moon;-) Pewnie niebawem się pochwalę;-)

17:59, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 października 2013
Weekendowo-jesienne przyjemności

Staram się bardzo oswoić sobie tą jesień i umilić ją jak się da, żeby jak najdłużej nie dać się opanować jesiennej melancholii. Może uda się jakoś przetrwać do zimy. Sprzyjają temu wolne weekendy- udało się we wrześniu i w październiku tak zaplanować dyżury, że tylko po jednym weekendzie miałam zajętym. Dzięki temu i ten, który właśnie mija mogliśmy dobrze wykorzystać i wspólnie spędzić czas.
Na sobotę już dawno mieliśmy wpisane w kalendarz warsztaty w Muzeum Etnograficznym w ramach cyklu "etnokalendrz". Październikowe były poświęcone palmom i peruwiańskim Indianom Ashaninka. Poznawaliśmy zatem rozliczne zastosowania palmowych liści, nasion, owoców i drewna, Truśka tworzyła własną roślinę i uczestniczyła w stworzeniu magicznego kosmicznego drzewa życia, a na koniec samodzielnie zrobiła faszerowanego ziemniaczka według peruwiańskiego przepisu (zjedliśmy oczywiście my, Truś zaopatrzył się jeszcze w ziemniaczka zwyczajnego, którego pożarł).

 

Listopadowe spotkanie ma być poświęcone kosmosowi- już sobie zapisałam w kalendarzu, bo wszyscy bardzo dobrze się na warsztatach bawiliśmy.
Potem była przyjemność dla podniebienia (bo kto by się najadł jednym małym ziemniaczkiem), czyli całą trójką poszliśmy na obiad do Zakładki. Pysznie było. A po powrocie do domu, pozostając dalej w tematach kulinarnych, stworzona została faszerowana dynia, którą dziś skonsumowaliśmy na obiad (Oczywiście bez udziału Trusia) i owsiane ciasteczka z żurawiną.

Dynia gotowa do pieczenia:

i ciasteczka- które znikają z puszki w szybkim tempie:

Dzisiejsze przyjemności były mniej spektakularne, tylko wizyta w ogródku w Dyni po mszy u kapucynów- my na crumblach, Truś na czekoladzie i pierogach z truskawkami (musiała się jakoś zabezpieczyć w obiad, skoro w domu w perspektywie była faszerowana grzybami i serem dynia). Ale pobyt w zaczarowanym jesiennym Dyniowym ogródku też miał swój urok:

Co można znaleźć pod schodami?

Prawie całą zastawę stołową. Ustaliłyśmy, że jest ona przeznaczona dla skrzatów, które tu mieszkają. Bo takie magiczne podwórka i ogródki na pewno muszą być zasiedlone przez magiczne stworzenia.

Dynie królują:

Oczywiście obie wyprawy odbyliśmy na rowerach- grzechem byłoby nie skorzystać ze słonecznej pogody. A wczorajszy powrót przez ciemny już park też miał wiele uroku.

Trusiowi Rodzice skorzystali jeszcze z tego, że posiadają również starsze pociechy i porzucili Najmłodszą na pastwę Braci, sami zaś udali się do IMAX'a na Grawitację. Hmm, niespecjalnie mnie powaliła, chociaż widoki kosmosu i ziemi w trójwymiarze sprawiły na początku, że miałam zawroty głowy, mdłości oraz napady lęku wysokości;-)

PS
Przepis na dynię:

1 duża dynia- trzeba jej odciąć "pokrywkę", usunąć ze środka pestki i włókna, żeby zrobić miejsce na nadzienie
2 duże cebule, obrane i posiekane
35 dkg świeżych leśnych grzybów, opłukanych, odsączonych i pokrojonych. Można też użyć suszonych np. 10g borowików namoczyć w 1/2 szklanki ciepłej wody lub bulionu; mogą być grzyby mrożone. My w tym roku mieliśmy świeże podgrzybki
1 łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu
3 szklanki sera mascarpone
35dkg tartego ementalera
12 dkg tartego parmezanu
3 całe roztrzepane jajka
2 łyżeczki gałki muszkatołowej
8 kromek chleba tostowego, pokrojonych w kostkę i usmażonych na maśle na patelni na jasnobrązowy kolor (ja opiekam je w tosterze i potem kroję)
masło
sól
W oryginalnym przepisie są jeszcze 2 czarne trufle lub pasta truflowa, ale u nas raczej trudno je dostać, poza tym bardzo podniosłyby koszty tego dania.

Na maśle podsmażamy cebulę z grzybami, tak by zmiękły (jeśli używa się grzybów suszonych, to odcedza się najpierw płyn z moczenia, a potem wlewa ten płyn na patelnię po podsmażeniu grzybów). Dodać cienko pokrojone trufle lub pastę truflową (jeśli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem rzeczonych).  Dosyp pieprz i sól.
W dużej misce wymieszaj sery, jajka, gałkę muszkatołową, sól, pieprz.
Połącz wszystkie składniki i dokładnie wymieszaj.
Na dno dyni wkładamy 1/3 masy grzybowo-serowej, posypujemy połową grzanek, wykładamy kolejną 1/3 masy, resztę grzanek i na koniec pozostałą 1/3 nadzienia. Zamknij dynię odkrojoną "pokrywką" i piecz w 180 stopniach przez około półtorej godziny (aż jej miąższ zmięknie)- nasza tegoroczna piekła się 2 godziny. Wykładaj na talerze nadzienie razem z miąższem.
Ostrzegam- chociaż danie jest pyszne, to niewątpliwie jest to bomba kaloryczna (bo sery!) i rzecz ciężkostrawna- nie polecam na kolację.

23:09, dsmiatek
Link Komentarze (7) »
piątek, 18 października 2013
Pasowanie - ślubowanie

Byłem ci ja z Dzieckiem na pierwszej poważnej szkolnej uroczystości: pasowaniu na pierwszoklasistę połączonym ze ślubowaniem tychże. Wielka sala - pełno dzieci - występy artystyczne - smrodki dydaktyczne i narodowe - tłum rodziców z komórkami zasłania wszystko naiwnym ludziom którzy przyszli z obiektywami długoogniskowym żeby fotografować dyskretnie i nikomu nie przeszkadzając. Stąd relacja fotograficzna raczej jest skromna. 

Dziecko całkiem radośnie ogląda występy z królową Jadwigą, która (chyba nie całkiem historycznie) jest cną nadzwyczaj i zajmuje się głównie odwiedzaniem szpitali, przytułków i pocieszaniem ubogich: 

 

Następnie ślubowanie (oczywiście złośliwe komentarze za kulisami  - Jadwiga and comrades - odnosiły się jakby do bardziej współczesnej postaci historycznej):

Potem nastąpiły dalsze atrakcje artystyczne (nawet pierwszaki występowały i skandowały, wykazały przy tym całkiem dużą siłę głosu - potrafiły zagłuszyć ulewę bębniącą w dach oraz szum całej reszty szkolnej gawiedzi, ale to w końcu 4 pierwsze klasy - siła luda):

 

A na koniec Dziecko rozdziało się z tuniczki (wyglądała całkiem jak mały harcerzyk), żeby wysłuchać jeszcze jakie zadania czekają młodych Polaków oraz obowiązki uczniów 155 SP:

Na końcu pozostała jeszcze przyjemna część - poczęstunek. A jako bonusik Truśka przez to, że skończyła wcześnie, a Truśki Mama też miała czas (bo po dyżurze) były jeszcze odwiedziny w przedszkolu - całkiem miłe, z wręczeniem zabawek i miłym spotkaniem z przedszkolakami, które jak się okazało wciąż Truśkę pamiętają. 

A mnie pozostała chwila melancholii, że to ostatni raz, i że przecież przed chwilą też ślubowałem - wiernie - bratnim narodom - socjalistycznej ojczyźnie - honorowi SP 12 im. LWP. 

Pozdrawiam nostalgicznie,

nie-dsmiatek

22:25, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 października 2013
Szaro

Na dworze chyba szaro, nie wiem, bo cały dzień siedzę w pomieszczeniu z zasłoniętymi oknami. Szary fotel, szara drukarka, szary aparat i szara kozetka:( Na monitorze usg szaro, szaro i jeszcze bardziej szaro. Nudno. Śpiąco. Nawet kawa nie pomaga. Może puszczę sobie przynajmniej kolorowego dopplera ;-)

Chyba na odreagowanie stworzę wieczorem nowy wpis na francuskim blogu.

No i wypadałoby napisać o tym, że wczoraj Truś oficjalnie zaprzysiągł się na ucznia klasy pierwszej (i kolejnych) i że przy okazji krótszych zajęć w szkole odwiedził swoje przedszkole, gdzie zaginął na pogawędce z dziećmi i ukochaną "ciocią" Natalką, zaś ja zapuszczałam korzonki w przedszkolnej szatni. Tylko podstępem i szczęśliwym trafem udało się ją wyciągnąć- mama przedszkolno-szkolnej koleżanki Natalki, odbierająca z przedszkola młodszego syna, zaprosiła Truśkę do nich i był to wystarczająco mocno argument, ktory pozwolił wywabić Trusię z przedszkolnej sali i objęć młodszego koleżeństwa.

A Truśkowy Tatuś wyraźnie się starzeje- w poniedziałek zapomniał z szatni taekwondowej Truskowej bluzy, zaś wczoraj zostawił tamże jej parasolkę. Albo to początki starczego otępienia albo świadomy bojkot- bluza była różowa, zaś parasolka w kolorach tęczy. Ale czujność niezawodnej cioci Ani i zamiłowanie Trusiowej Matki do "markowych" ciuchów sprawiło, że bluza została szybko zidentyfikowana jako rzecz, która nie do kogo innego tylko do Trusi należeć musi, co zostało mi mailem zaraportowane. I dzięki wielkie, bo zabolałoby mnie odkrycie braku różowej zakapturzonej Fawless w Córkowej szafie.

PS
Przepis na dynię faszerowaną podam, tylko muszę go odnaleźć. W tym roku jeszcze jej nie robiliśmy, chociaż dynia czeka. Może na najbliższy weekend się uda. Starszy Syn się już upominał.

16:23, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 października 2013
Minęło sześć lat

Dokładnie sześć lat temu powstał pierwszy wpis na Gertrusi. Kawał czasu i, przynajmniej w życiu Bohaterki tego bloga, także kawał życia- prawie całe bez pierwszych ośmiu miesięcy. Nie wiem kiedy minął ten czas, a Truś z małego słodkiego bobasa przeistoczył się w pyskate dziewczątko.
Przetrwały niektóre blogowe znajomości, a nawet przerodziły się w przyjaźnie. Inne znajomości "umarły" naturalną śmiercią. Zniknęły też blogi, które zainspirowały mnie do stworzenia własnej kroniki wczesnego dzieciństwa mojej Najmłodszej. Nie wiem, co będzie dalej z Gertrusią. Nie wiem, czy codzienność dostarczy mi tematów do dalszego systematycznego pisania. Na razie staram się trwać i od czasu do czasu dzielić się z wami cząstką naszego życia.
Dziękuję, że jesteście:-)

A tymczasem Truś ma od wczoraj nowe marzenie- otóż zapragnął posiadać kota. Ale nie zwykłego kota (tzn zwykły też mógłby być, tylko, że ja na koty jestem uczulona), lecz kota rasy rex (a te ponć uczulają mniej). Siedzi zatem Truś przed kompem, wpatruje się miłośnie w fotki małych i dorosłych reksów, wzdycha w rozmarzeniu i próbuje się dowiedzieć gdzie i za ile takiego reksia dostać można (uświadomiłam jej, że reksów nie pozyskuje się bynajmniej na akcjach "przygarnij kotka"). Wiele lat temu kilkuletni Ciech zakochał się w tej rasie i molestował nas, żebyśmy mu takiego kota nabyli. Z powodu naszego biernego oporu i rozlicznych innych zajęć zdołał jakoś o swojej miłości zapomnieć. A teraz temat wrócił- musiał tą swoją niegdysiejszą fascynację krótkowłosymi kotami Truśce jakoś przekazać. A może mamy z P. malutki genik lubienia reksów.

Z braku reksa na horyzoncie cieszy się Truś kolorowymi liśćmi- wcale jej się nie dziwię, sama szuram nimi z upodobaniem i zafascynowana podziwiam kolorowy deszcz liści spadających mi na głowę, gdy tylko zawieje wiaterek. Zwłaszcza w słońcu prezentują się przepięknie- tak też było w miniony weekend:

Truś lat sześć i osiem miesięcy:

Jako rekompensatę za lakoniczne i rzadkie ostatnio wpisy na Gertrusi obiecuję dziś wieczorem nową porcję zdjęć z Francji na Trusiowym francuskim blogu- znowu będzie pięknie.

19:17, dsmiatek
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 października 2013
Nie piszę

Niestety, tematów na wpisy mi brakuje, czasu zresztą też. Właśnie z przerażeniem odkryłam, że dziś już czwartek. Powoli zbliżają się szóste urodziny "Gertrusi". Być może w tej okolicy wena twórcza powoli się wypala :(

Coś mnie marazm ogarnia, chociaż za oknem taka piękna złota jesień. Tylko co z tego, skoro dziś spędzam 10 godzin w zaciemnionych pomieszczeniach, aktualnie nawet z matowymi szybami i nieotwieralnymi oknami:(

W temacie żywieniowym nastąpił chwilowy pat. Co prawda staramy się pilnować unikania słodyczy, ale co z tego, skoro Pasia wprowadziła dywersję i w poniedziałek Truśka przytargała do domu wielką pakę popcornu z Biedronki- też na co dzień zakazany, chociaż słony.

W temacie ogarniania zajęć szkolnych i pozaszkolnych może wreszcie uda nam się wyjść na prostą, bo "zmaterializowały" się w końcu "zaginione" drugie tańce. Co prawda Córka przytargała wczoraj kolejną karteczkę- tym razem z propozycją gry w szachy, czego Truś naturalnie na tentychmiast zapragnął. OK, niech będą jeszcze szachy. Mam nadzieję, że wszyscy organizatorzy owych dodatkowych zajęć w odpowiednim momencie upomną się o swoje pieniądze, bo ja tego nie ogarniam- ani komu ani ile ani do kiedy!

Ślubowanie pierwszaków przełożono z 14.10. na 16.10- początek w kościele o 9.00- informacji, czy rodzic ma na ten dzień zaplanować sobie wolne lub spóźnienie do pracy czy też może działać będzie szkolna świetlica na razie nie podano. Bo jak wiadomo rodzic dziecka z klasy pierwszej podstawówki musi być dyspozycyjny.

Trzymajcie się ciepło.

PS
Wróciłam do domu, nawrzeszczałam, popłakałam się ze zmęczenia i bezsilności i poczytałam Dziecku "Gdzie jest wydra" (zupełnie niechcący znowu trafili się nam Mizielińscy) i zasiadłam do dalszej pracy. A Córce wypadł drugi ząb- czeka teraz na liściu storczyka na parapecie na przybycie wróżki-zębuszki- na liściu, żeby był wyżej i żeby wróżka go nie przeoczyła.

13:29, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 października 2013
Szczęśliwi godzin nie liczą

I w myśl tej zasady, po małej rozpaczy śniadaniowej (Truś łzy lał z powodu różnic w kwestii jedzenia jajka sadzonego oraz spróbowania homeopatycznej ilości szynki- jajko po dłuższych pertraktacjach przeszło, szynka na razie nie), zostawiwszy w domu zegarki (komórki się nie liczą, były głęboko ukryte w plecaku) osiodłaliśmy nasze dwukołowe rumaki i pojechaliśmy przed siebie. Kąpiąc się w promyczkach jesiennego słońca zahaczyliśmy o plac zabaw w parku AWF-u, gdzie Truś pochwalił się przez Tatą nowymi umiejętnościami przechodzenia na rękach:

i wyłażeniu na dach rury:

Potem krótki piknik owocowo-orzechowy nad Wisłą akurat w samo południe (właśnie biły na Anioł Pański dzwony na Skałce):

Dłuższy postój na placach zabaw i innych atrakcjach w Parku Jordana:

Przejazd przez Rynek, Planty na obiad w ulubionej Truśkowej knajpie:

I znowu jazda na Wisłą z promyczkach zniżającego się już słońca, chwila zabawy na placu zabaw i w liściach w Parku AWF-u, tropienie i doprowiantowanie wiewiórek i po przejechanych 22 kilometrach i ponad sześciu (nie liczonych oczywiście ;-)) godzinach na powietrzu (pytanie czy świeżym- jak na krakowskie standardy chyba nie było najgorsze, bo sezon grzewczy jeszcze w pełni nie wystartował, a wyżowa pogoda i lekki wiatr rozwiewa trujące opary) powróciliśmy do domu.

Szczęśliwi? Chyba tak:-)

PS
Dla zainteresowanych- na "francuskim" blogu pojawił się drugi wpis:-) 

19:51, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 października 2013
Wakacje- kiedy to było!

Czwartek to dla mnie dzień ciężki, albowiem pracuję 10 godzin  z półgodzinną przerwa na ;przemieszczenie się ze szpitala do przychodni. Wracam tak zmęczona, że mam tylko jedno marzenie- herbatka, ciepły tost i żeby nikt ode mnie niczego nie chciał. I żeby jeszcze ta herbatkę i tosta ktoś mi podał. Niestety niedoczekanie- w domu zwykle w porze mojego powrotu pustka (Truś z Tatusiem na basenie, Ciech na treningu, a Paweł?- któż to wie..). Ale dzięki temu spełnia się jedna z części marzenia- przez jakiś czas nikt ode mnie niczego nie chce. I jak już skończę się zżymać na nieporządek, jak już doładuję i puszczę zmywarkę (nie rozumiem, czemu nie dało się od razu dopakować jej tymi kilkoma talerzami i nastawić, tylko musiały one poczekać na mój powrót), jak zdobędę kawałek miejsca na stole, jak sprzątnę Trusiowe zabawki (książeczki, kredeczki, kasztanoludki, liście etc), jak wyrzucę zostawiony jak zwykle na pralce rdzeń z papieru toaletowego, to mam jeszcze chwilkę na delektowanie się tostem i ciepłą herbatą. 
A ponieważ niczym zawodowym już się zająć nie mogłam, bo oczy wysiadają i umysł nie pracuje, to dziś postanowiłam powrócić do wakacyjnych wspomnień i zainaugurować nowego wakacyjnego bloga. 
Tadaaam! Pierwszy wpis na "francuskim" blogu już jest- zaglądnijcie i wypatrujcie kolejnych:

http://trusiawprowansji.blox.pl 

22:34, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Archiwum