RSS
czwartek, 29 października 2015
Jesień W Drzewach już za chwilę

Za chwilę na blogu, bo dla nas to już niestety przeszłość. Na szczęście daleko, jeszcze za horyzontem, przyszłość, czyli Drzewa na początku kwietnia- już zapobiegliwie zabukowane od pół roku.

A tymczasem w brodę sobie pluję i zastanawiam się nad brakiem rozumku (u siebie naturalnie). Powód- oczywiście po raz kolejny uległam dziecięcej presji, prośbom, namowom i podobnym działaniom Latorośli i zgodziłam się urządzić w domu imprezę Halloweenową. Bo jak się zrobiło to raz, to oczywiście znaczy, że tak już będzie na wieki wieków. Zatem jutro gościć będziemy kilka strzyg, czarownic czy innych upiorów. Jedyne, co udało mi się wynegocjować, to mniejsza niż zwykle ilość gości- żeby jakoś ogarnąć towarzystwo ilość osobników w stadzie nie może być zbyt duża. Truśka z bólem w sercu zawężała listę zaproszonych. Obiecałam, że na urodziny będzie mogła zaprosić dowolną ilość koleżanek- ale te planuję urządzić poza domem (jeszcze nie mam pomysłu gdzie konkretnie, mam nadzieję, że w stosownym czasie mnie oświeci). Jest jednak i zła strona mniejszej ilości koleżanek na Halloween- wszystkie są zaproszone na nocowanie. Zatem jutrzejsza noc ma szansę spędzić u nas sześć ośmiolatek- rozważam wcześniejsze udanie się na dyżur- na przykład w piątkowy wieczór będzie w sam raz- kolega jutro dyżurujący nie powinien mieć nic przeciwko....

Zaś wracając W Drzewa- chyba jesienią jest tam najpiękniej. Nie przetestowaliśmy co prawda jeszcze zimy, ale z tą będzie najtrudniej, bo jest najbardziej nieprzewidywalna w naszym kraju. Potrafię sobie jednak wyobrazić, jak bajkowo musza wyglądać drzewne domki obsypane śniegiem.
A póki co-złocista jesień:-)

17:37, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 24 października 2015
Przepisy na kukizy (cookies)

125 g masła

125 g cukru

1 jajko 

200g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

200g czekolady- mogą być z białą, wtedy są słodkie okrutnie, mogą być z gorzką- wtedy do ciasta dodajemy jeszcze 3 łyżeczki kakao (albo nie dodajemy, to są jasne z kawałkami czekolady)

W przepisie oryginalnym najpierw należy utrzeć masło z cukrem, dodać jajko i resztę składników, wymieszać, dodać czekoladę pokrojoną na małe kawałki. Dziewczyny całość od razu wyrobiły rękami, nie bawiły się w ucieranie.  Potem ciasto należy rozwałkować i wykroić z niego krążki, można też po prostu ulepić placuszki, ułożyć je na blaszce i piec w 160 stopniach ok. 10-15 minut.

15:03, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 października 2015
Kukiz

Nie, nie będzie to wpis wyborczy. Po prostu tak Truś wymawia nazwę amerykańskich ciasteczek cookies- tych, które można zrobić właściwie w "pięć minut". Ostatnio chcąc zająć Truśkę i jej koleżankę czymś twórczym, zaproponowałam im pieczenie czekoladowych ciastek. I oto co z tego wynikło:

Wyszły przepyszne, mocno czekoladowe, chrupiące- mniam.

Wiadomość z ostatniej chwili, która doprowadziła mnie do bólu za mostkiem- mój drogi Mąż MUSI BYĆ W PRACY w poniedziałek, a właśnie ów poniedziałek i wtorek mamy spędzić W Drzewach, co było zaplanowane od pół roku co najmniej! Czy mnie to dziwi- właściwie nie. Czy wkurza? Owszem. Rozważam zakończenie wspólnych wyjazdów, a może i wspólnego życia- no chyba, że zawalczy o nasz wspólny czas!

Póki co pozostaje metoda Truśki- medytacja:

i zielony koktail z melisą na uspokojenie:

Dla Truśki mniej zielony, bo od zbytniej zieleni mogłaby się w Shreka zamienić;-)

A tak naprawdę, to wcale nie jest mi do śmiechu:-(

22:27, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 października 2015
Jesienne stylizacje

Niektórzy malują sobie paznokcie pod kolor ubrania. Trusia dobiera ubranie do pomalowanych nożnych pazurków- i nic to, że przez większość dnia pazurki są dla oczu ogółu ludzkości niedostępne. Ważna jest chyba sama świadomość, że jest się ubraną "pod kolor";-)

Na deser osóbka, która się jeszcze stylizacjami nie przejmuje, a pazurki ma, póki co, w kolorze naturalnym. Proszę państwa, oto Lu Lin Kun, już czteromiesięczny;-)

No to dobrej nocy:-)

20:26, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 października 2015
Weekend ku pamięci

Nie wiem jak wy, ale my żyjemy od weekendu do weekendu. Tydzień mija jak mgnienie oka i , choć niedawno przecież był piątek, to już jest kolejny. A dziś to nawet nie piątek jest a niedzielny wieczór.
Żeby weekend w zapomnienie tak całkiem nie odszedł, to, ku pamięci, zapiszę, co się działo.
W sobotę ostatnie zajęcia ze ścieżki przyrodniczej- wykład "Czy w kuchni można stworzyć laboratorium?"- Truśka uznała, że było bardzo ciekawie, zobaczyła kilka doświadczeń, między innymi rodzynki tańczące w spricie. My w tym czasie spotkaliśmy się z panią psycholog, która w niezwykle ekspresyjny sposób starała się nam przekazać "Jak kochać dziecko słowem, gestem", uświadamiając nam nasze codzienne, niekoniecznie pozytywne reakcje na zachowanie naszych dzieci.

Po wykładzie chcieliśmy się wybrać na obiad, niestety korki zniechęciły nas do obrania kierunku "Pergamin" lub "Mięta", brak miejsc postojowych pozbawił "Smaków Gruzji", a w rezultacie wylądowaliśmy na Kazimierzu w hipsterskim zakątków food-trucków na najpyszniejszych frytkach jakie kiedykolwiek jadłam i, równie pysznej i równie mało ekskluzywnej, bułce z pieczoną karkówką.

Ponieważ się rozpadało, umililiśmy sobie popołudnie tworząc kolejne ciasta z dodatkiem kwiatów lawendy- tym razem powstało ciasto czekoladowe i sernik z w/w- zdjęć nie ma, bo zniknęły dość szybko.

W niedzielę zainaugurowaliśmy cykl warsztatów w Muzeum Etnograficznym z tegorocznego Etnokalendarza- dziś "Wokół stołu". Dzieci obliczały, ile kilometrów przebyły do nich produkty, które zjadły na śniadanie (na przykład kakao), mieliły kawę z przyprawami w ręcznym młynku, dowiedziały się, gdzie i jak uprawia się ryż, jak wygląda owoc kakaowca, porozmawiały o konserwowaniu pożywienia, a na koniec same wytłoczyły pyszny sok z jabłka.

Tak wiem, powinnam sobie wreszcie sprawić lepszą komórkę, żeby zdjęcia były ładniejsze. Na pewno kiedyś to zrobię- raczej wcześniej niż później.
A teraz idę szukać nazw roślin, które przywieźliśmy z Turbacza do Truśkowego zielnika.

21:17, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 16 października 2015
Owce na Uniwersytecie

Jutro ostatnie zajęcia na Uniwersytecie Dzieci ze ścieżki przyrodniczej- przed Trusią wykład "Czy w kuchni można stworzyć laboratorium?"- powinno być ciekawie. W ubiegłą sobotę zaś Trusia zdobywała wiedzę o owczej wełnie na krakowskich Bielanach. Sceneria przepiękna, w czasie, gdy Truś sprawdzał, jak owczy włos wygląda pod mikroskopem, czy się pali, zdobywał wiedzę zadaniach stojących przed owczym runem, ja spacerowałam po Lasku Wolskim. Na koniec przewidziano wizytę w owczarni- hmmm, Truś tak jakby spanikował. Ale poza tym było ciekawie i fajnie, a z owcami pointegrowałam się ja zamiast Trusia. Okazało się, że bardzo lubią sucharki;-)
Wróciłyśmy z workiem owczej wełny, takiej świeżo ściętej, więc śmierdzącej- wiadomo czym- owcą. Wietrzy się już tydzień na balkonie*.

*Najnowsze wieści są takie, że już się nie wietrzy albowiem odfrunęła.

20:55, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 15 października 2015
Jesienne przyjemności kulinarne

Chwilowo na dworze plucha i zimne wietrzysko, a tymczasem organizm przyzwyczaił się do ciepła i słońca. Z szafy co prawda wyprowadziły się letnie sukienki, ale wciąż jeszcze nie zamieszkały w niej zimowe kurtki. A i kozaki ciągle spoczywają w pudłach gdzieś na górze bucianej półki.
Koniecznie trzeba wymyślić coś, żeby uprzyjemnić sobie oczekiwanie na powrót złotej polskiej jesieni- bo przecież wróci jeszcze, nieprawdaż? A najprościej można sobie sprawić przyjemnośc dobrym jedzonkiem.

Od jakiegoś czasu próbuję stworzyć piękne zielone smoothie- efekty są różne- czasem wychodzi mi zieleń jak z mocno zarośniętego glonami stawu:

Ale czasami udaje się lepiej i możemy sobie z P. zabrać do pracy fajny trawiasty koktajlik:

Mój Mąż swoje smoothie zabiera w nieprzezroczystym kubku, więc nie szokuje współpracowników. Moje koleżeństwo patrzy na mnie wzrokiem dziwnym, gdy stawiam na biurku taki zielony napój- boję się, że za plecami kółeczka sobie na czole rysują;-)
Szczęśliwie bywają też w drugośniadaniowym menu smoothie i koktajle innego koloru- na szczęście nikt nie wie, że czasami kryje się w nich kasza jaglana;-)
(Osoby które myślą, że Truś również taką piękną zieloność do szkoły na drugie śniadanie zabiera natychmiast z błędu wyprowadzam- otóż nie zabiera, aczkolwiek te w innym kolorze i BEZ kaszy pija w ramach pierwszego śniadania. Ale wciąż nie tracę nadziei, że kiedyś nastąpi ten piękny dzień, kiedy moja Córka zmieni nawyki żywieniowe. W każdym razie staram się świecić przykładem.)

Inną niedawną kulinarna przyjemnością było ciasto na L z "Alfabetu ciast"- już od dawna chciałam upiec ciasto z lawendą, tyko odpowiedniej lawendy nie miałam- bo ta z balkonu z racji wchłoniętych z atmosfery trucizn nie bardzo się nadawała. Przybyła jednak lawenda spożywcza w paczce z Vegepacka i można się było zabrać za pieczenie:-)

Akurat w tym dniu gościła u nas Zmora, która koniecznie chciała pomóc.

Ciasto wyszło, mimo czworołapnej pomocnicy

 

Potem niestety trochę opadło i zrobił się zakalec, ale i tak smakowało pysznie- nawet Truśka się dała przekonać.

W lecie odkryłyśmy, że można zrobić domowy kisiel, jesienią odkrywamy własnoręcznie przygotowane budynie. Niby nic trudnego, ale dotąd sięgaliśmy po torebkę z gotowym proszkiem. "Piramida w kuchni"- kolejna świetna książka kucharska, przepięknie wydana- uświadomiła nam, że taki domowy budyń to łatwizna, a jaka przy tym pycha! Miał w sobie tabliczkę 70% czekolady i prawdziwą wanilię...

PS
Podobno jutro w Krakowie ma być 18 stopni. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, ale w zapowiedzi poniedziałkowego śniegu tez nie wierzyłam, a spadł, więc kto wie...

20:50, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 października 2015
Gorce jesienią- niedziela

Po krótkim zimowym przerywniku, wracamy do złotej jesieni. Chociaż mam nadzieję, że pierwszy tego sezonu bałwan nie będzie również ostatnim i jeszcze niejeden bałwanek tej zimy przed nami- ale oczywiście w stosownym czasie.

W niedzielę (nie tą ostatnią, tylko pierwszą październikową) zdobyliśmy wreszcie Turbacz. Patzrąc na mapę doszłam do wniosku, że tak jak wszystkie drogi Włoch prowadzą do Rzymu tak wszystkie szlaki w Gorcach ostatecznie docierają pod schronisko na Turbaczu:-) My wybraliśmy wersję ligh jeśli chodzi o wchodzenie, albowiem wsparliśmy się krzesełkiem na Tobołów, a dopiero potem ruszyliśmy w kierunku szczytu. Okazało się, że wyciąg dostarczył nam większych emocji niż wchodzenie, gdyż jest staroświeckie, jednoosobowe krzesełko, które bynajmniej nie zwalnia przy wsiadaniu i wysiadają, jak to zwykły robić nowoczesne pomy. Truśka co prawda wskoczyła dzielnie i pomknęła na górę, za to jej koleżeństwo wpadło w panikę, zaczęło spazmować i płakać, że sami nie pojadą, że spadną itp. Już się obawiałam, że będziemy długo czekać na górze, aż wpełzną, ale widać ich rodzice użyli stosownych argumentów i dzieciaki jednak na Tobołów wjechały.

Droga była piękna, trochę łąk i hal, trochę lasu, znaleźliśmy jeszcze późne jeżyny, jagody, a nawet kilka poziomek. BYły też grzybki- a najpiękniejsze oczywiście muchomory:-)

Były i przydrożne pikniczki, bo któż by się oparł takiej fajnej mięciutkiej trawie.

To, wyglądające jak kupka śmieci, miejsce upamiętniające katastrofę samolotu sanitarnego, w której zginęła matka transportowanego tymże samolotem chorego dziecka.

I jeszcze jedno miejsce upamiętniające kogoś, kto w Gorcach zginął- tym razem było to rowerzysta- profesor z Krakowa.

Schronisko na Turbaczu- tu zjedliśmy obiad, który był PRZEPYSZNY- i wcale ta pyszność nie wynikała z tego, że trochę się zmęczyliśmy przed nim, ani z górskiego powietrza zaostrzającego apetyt. Jedzonko było obiektywnie smaczne.

Ponieważ na Turbacz dotarliśmy nad podziw sprawnie i zgodnie z czasami podawanymi na drogowskazach i na mapie, (a to spora niespodzianka, bo nam zwykle się te czasu sporo wydłużają), to przed ostatecznym zejściem do Koninek poszliśmy jeszcze na Kiczorę. A tam było chyba jeszcze piękniej niż na Turbaczu.

Gracje trzy:-)

To dowód na to, że ciężki jest los ojca- nawet jeśli ma tylko jedną córkę-jedynaczkę, to można zostać przygniecionym przez jej niezawodne koleżeństwo.

Z Kiczory widać było Zalew w Czorsztynie

i Tatry

Trzej giganci:-)

Wreszcie na dole- droga powrotna dała nam w kość- długo i stromo w dół przez las. Zdążyliśmy tuż przed zmierzchem.

21:19, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 października 2015
Ulepimy dziś bałwana?

Właściwie to powinnam spuścić zasłonę milczenia na to, co ujrzały me niewyspane po dyżurze oczy rano za oknem. Bo lubienie zimy to jedno, a zima w połowie (przypominam, że to tej wciąż pierwszej połówce!) października to drugie. Właściwie nie tylko drugie, ale, nazwijmy rzecz po imieniu, to spora przesada!
Jednak przesada czy nie nie, osobnik taki oto wprowadził się na nasz trawnik- zresztą nie tylko jedno podobne mu indywiduum pod naszym blokiem zamieszkało!

Rozważam zapadnięcie w sen zimowy- tak do grudnia, czyli do czasu, kiedy obecność śniegu i mrozu jest nie tylko usprawiedliwiona, ale wręcz pożądana.
Zatem dobranoc, pchły na noc...

karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki.

PS
Ha, takie jednakowe piżamki sobie z Truśką sprawiłyśmy!

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 października 2015
Gorce jesienią- sobota

Wstyd się przyznać, ale mimo niedalekiej odległości nigdy jeszcze nie byliśmy na Turbaczu. Ale tak to chyba jest, że to, co najbliżej odkłada się zawsze na kiedyś- czasem niestety na nigdy. W ubiegły weekend zaliczyliśmy zatem nasz Turbaczowy debiut. Debiuty w zasadzie były aż dwa, bo nie tylko na Turbaczu byliśmy po raz pierwszy, ale też chyba pierwszy raz zdecydowaliśmy się na wyjazd nie w gronie rodzinnym, lecz gronie znajomych- rodziców szkolnych koleżanek Trusi. Z tego drugiego powodu miałam pewne obawy, bo przecież zasadniczo "znamy się tylko z widzenia"... Niepotrzebnie, bo było świetnie, wyjazd udał się doskonale i zarówno dzieciaki, jak i dorośli kombinują, kiedy by się dało zorganizować powtórkę.

Sobota była jeszcze lajtowa, wycieczka krótka, tylko na Turbaczyk:

Truśka jak widać w spódnicy- rano, jak się ubierała, to przygotowała sobie stój ze spódniczką, w kolorach zielonych (zielony T-shirt "siedzi" pod bluzą), twierdząc, że to barwy maskujące- mimo jesieni w lesie jeszcze rzeczywiście było w przewadze zielono. Ale właściwie, czy ktoś zabronił chodzić w góry w spódnicy?

To była Truśkowa afirmacja- słońca, przestrzeni, przyrody i życia w ogólności.

10:35, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Archiwum