RSS
wtorek, 23 października 2007
Jesień

Na dworze jesień w najpaskudniejszej postaci- ciemno, zimno i mokro. Szkarłupcia (to ostatnio ulubione określenie Piotra na córeczkę) chwilowo siedzi na dywaniku i rozpracowuje nowe butki. Dostała je jak się urodziła od pań Eli i Beaty z przychodni na Skarpie. Takie się wtedy wydawały wielkie. A teraz sa już w sam raz. Właśnie się Córuńda uczy rozwiązywać sznurówki. Nie będzie dziś łatwo- perspektywy na spacer żadne, na spacenie samodzielne w łóżeczku w ciągu dnia jak zwykle raczej zerowe. Zostanie drzemka przy biuście unieruchomionej na ten czas mamy. A tu jeszce Piotr zapowiedział, że pewnie zostanie w Tarnowie na noc. Oj, niedobrze... Kupa mammografii nie maleje, nie ma kiedy odwieźć tych opisanych. Bogna ma caly tydzień zajęty, więc nie ma kiedy jej zaangażować w opiekę nad Małą. Oj całkiem niefajnie.

Wczoraj zadzwoniła do nas Ewcia i zaprosiła nas do pracy na torcik z okazji urodzin Ewy (dzielna Ewcia obchodzi publicznie swoje urodziny) i imienin Irenki. Zebrałyśmy się z Trusią i przybyłyśmy na imprezę. Truszon rozdawal uśmiechy, skrzeczał przyjaźnie- no pełna reklama. Krzyś pochwalił się, że ponoć jednak córeczka się im ma urodzić- fajnie mają. A torcik pyszny był. Trzeba by powoli mysleć o powrocie do roboty- i myślę. Grazynka niezawodna może nam opiekunkę wynajdzie. Prawdą jest głęboka myśl ludowa, że gdzie diabeł nie może tam Grażynkę pośle. Koleżeństwo by im najchętniej tą opiekunkę już od zaraz załatwiło, żebym wróciła. Ale myślę, że poczekamy jednak do marca. Trochę się czuję wyobcowana w swoim zawodowym środowisku. Jak się udałam na zebranie PLTR-u to też się czułam tak jakby obok, poza nawiasem. Alemoże dlatego, że ja w ogól nienajlepiej się identyfikuję z innymi grupami ludzi. Teraz mój świat to Truszon, dom, internet i ulubione blogi. Na razie koniec, dziecko straciło cierpliwość.

11:58, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007
Wspomnienie dla Ciszka

Nie wiem, czy powinnam, czy dam radę napisać to, co juz od 21 miesięcy we mnie tkwi. Tyle razy już próbowałam i nie mogłam. Czas jednak płynie, boję się, że te bolesne wspomnienia ukryją się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu, a na to nie chcę pozwolić.

Będzie o moim malutkim synku, na którego czekaliśmy dwa lata temu. Rósł sobie w moim brzuchu, kopał, rozwijał się dobrze. A ja kompletowałam jego ubranka, kupiłysmy z Bogną łóżeczko, kilka rzeczy dostaliśmy od przyjaciół. I wszyscy cieszyliśmy się, że niedługo się urodzi. Bogna wybrała mu patrona, swojego ulubionego świętego Franciszka. Ostatnią wizytę u pani ginekolog miałam 4 stycznia-Piotr poszedł ze mną, ale nie został na USG- bardzo potem żałował, że nie zobaczył bijącego serduszka swojego synka. Widział je co prawda wcześniej, ale wtedy jakoś tak zrezygnował. 12.01. pracowalam przedostatni raz w przychodni. Kończąc pracę w USg miałam przez chwilę ochotę, żeby podglądnąć sobie Malucha, jednak nie zrobiłam tego, nie chciałam go niepotrzebnie niepokoić. Może gdybym to zrobiła to historia potoczyłaby sie inaczej...

Jeszcze w przychodni zaczęłam mieć skurcze, dojechałam tramwajem do domu i pomalutku zaczęliśmy się zbierać do szpitala. Wzięłam kąpiel, sprawdziłam torbę. Pojechaliśmy o 21-ej. Było zimno, śnieg leżał na trawnikach. Pod izbą przyjęć zaczęło mi być niedobrze i zakręciło mi się w głowie. Potem pamiętam już niewiele- połozna nie mogła znaleźć tętna dziecka, podobnie druga. Przyszły dwie lekarki, zabrały mnie na USG- z tego pamiętam tylko słowa jednej z nich- "ależ to jest obsoleta"- nie były skierowane do mnie, nie wiedziały, że też jestem lekarzem i że wiem, co to znaczy. Nie uwierzyłam, musiałam zobaczyc na USG to niebijące serduszko mojego dziecka. Miałam nadzieję, że się mylą, a ja-radiolog, pokażę im, że ono jednak bije. Potem pamiętam juz bardzo mało, życie mojego dziecka-wyczekanego synka skończyło się i moje też zatrzymało się na dość długi czas. Koledzy lekarze, nie mówcie nigdy matce ani przy matce, że obumarła ciąża!!To nie ciąża umiera, umiera człowiek- dziecko, które często ma swoje imię, swoje miejsce w domu i sercach czekających na nie bliskich!! Miałam cesarskie cięcie, nie zastanawiałam się nawet nad tym, że moje własne życie było poważnie zagrożone. Teraz jak o tym myślę, bardzo żal mi Piotra, że został sam- ze śmiecią dziecka, z potencjalnym zagrożeniem mojego życia. Jak się obudziłam, mogłam przytulioć przez chwilę mojego synka- nie dałam rady go zobaczyć, pamiętam tylko okrągły kształt jego główki, pokrytej delikatnym meszkiem- wciąż ją czuję w dłoni. Piotr ochrzcił malutkiego- nasz synek Franciszek Robert niebył dużym chłopczykiem- ważył tylko 2300g. Ale gdyby nie odklejenie łozyska miałby szansę się podtuczyc na maminym mleku, na pewno urósłby szybko, a teraz biegałby po mieszkaniu. Pewnie gdyby on żył nie byłoby Trusi- może tak więc miało być, miała się urodzić nasza mała córeczka, a on musiał odejść. Moi kochani bliscy bardzo się starali pomóc mi w tym trudnym czasie- Piotr spał w szpitalu przy moim łóżku, Bogna, Paweł, Wojtek i moja mama na zmianę siedzieli przy mnie - nie chcieli zostawić mnie samej. Bardzo im wszystkim dziękuję. I bardzo też jestem wdzięczna tym, którzy w szpitalu położyli mnie w pojedynczej sali na oddziale ginekologii a nie na położnictwie- oszczędzili mi dodatkowego bólu.

Dopóki nie pojawiła się we mnie Trusia moje życie toczyło się z dnia na dzień. Mijał kolejny dzień, a ja natychmiast zapominałam, co się w ciągu tego dnia działo. Każda kobieta w ciąży bolała, każde małe dziecko sprawiało, że pękało mi serce, nie mogłam spokojnie przejść obok stoisk z dziecięcymi ubrankami..A tymczasem trzy koleżanki urodziły po mnie zdrowe śliczne dzieci. A mojego chłopczyka nie było. Przeżyłam jego pogrzeb, potem musiałam sięgnąć do szafy i pochować gdzieś lub rozdać jego ubranka. W szafie został tylko miś-Franek. Piotr- nie mogę do tej pory zrozumieć jak był w stanie tego dokonać- zrobił zdjęcia naszego synka- Malutki owinięty w białe prześcieradełko wygląda jakby spał. Jak odkryłam te zdjęcia, miałam żal do Piotra, że je zrobił, ale teraz go rozumiem. Dzięki nim wiem, jak wyglądał Ciszek, mogę na niego codziennie popatrzeć (chociaż na to też musiałam długo czekać), dzięki tej fotografii nasz synek jest realny- był, miał swoja krótką historię na ziemi. Mam nadzieję Malutki, że patrzysz na nas czasem z nieba i że odnajdziesz nas, jak nasz czas na ziemi się skończy.

Po paru miesiącach do misia Franka dołączył drugi miś i oba czekały w szafie na Trusię. A malutka rosnąca w moim brzuchu Trusia przywróciła mi radość życia. Wiem, że różni ludzie mają do mnie żal, że nie powiedziałam im sama o tym, że spodziewam się dziecka, ale ja nie mogłam. Tak się bałam, że znów coś złego może się wydarzyć. Bałam się nawet nadać jej imię. Więc nie gniewajcie się na mnie- Mamo, Jacku, Przyjaciele. Częśc z was domyśliła się sama, że spodziewam się dziecka, część dowiedziała się od innych. A niektórzy dowiedzieli się dopiero, jak Malutka się urodziła. Zdrowa, śliczna, doskonała dziewczynka- o tym będzie wspomnienie 2 dla córeczki.

22:16, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Koniec IV RP
Mam nadzieję, że nadszedł koniec pogoni za czarownicami, podejrzliwości, kolejnych komisji śledczych, wystawiania Polski na pośmiewisko na arenie międzynarodowej, co raz to nowych rewelacji IPN-u, wpływania polityków na media, budowy dworców we Włoszczowej, koalicji z ludźmi, którzy powinni siedzieć w więzieniu albo mają chore pomysły, pogardy dla inteligencji, psów w sejmie (chociaż osobiście psy bardzo lubię) itp. nonsensów. Donaldzie Tusku, wielka odpowiedzialność na tobie spoczywa. Nie zawiedź tych, którzy zmobilizowali się i poszli zagłosować. Jeśli dasz plamę, na drugi raz nie pójdą.
21:38, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2007
Wyborcza niedziela

Miało byc dla Trusi wspomnienie 2, ale nic z tego- ogromna monogość mammografii, którymi zasypały mnie dwie firmy na raz uniemożliwia mi dłuższe pisanie. Nasze córki po raz pierwszy były dziś na wyborach- Trusia jako obserwator, a Bogna mogła już głosować. Szczęśliwie Trusia przed dotarciem do lokalu wyborczego wyspała się na mszy, miała więc dobry humorek, zagadywała, kokietowała, pojadala kaszkiet Bogny. Po powrocie do domku dobry nastrój się utrzymywał, ćwierkała sobie wesolutko, co pozwoliło mi spokojnie ugotować obiad. Niestety, po południu humorek w pewnym momencie się jej popsuł...Ale to dlatego,że dziewczynka była troszkę śpiąca, po krótkiej drzemce zrobiła się weselsza. Tak więc kąpiel przebiegła w zabawowym nastroju, Dziewczynka bawiła się buteleczką po płynie do mycia i zadziwało ją to, że butelka nie tonie i wyskakuje nad wodę. Chlapała się radośnie i bardzo była słodziutka.

Piotr powiedział wczoraj,że fuksło nam się "na starość" z taką śliczną ptifurką. No fuksło się, pewnie! Niczego lepszego bym nie chciała. Fajnie jest mieć dzieci!

22:50, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 października 2007
Sobota

Parę dni temu dowiedzieliśmy się, że mój brat zostanie tatusiem. Ha, przyszła kryska na matyska! Ale zazdroszczę im,że przed nimi tyle cudownych chwil- obserwowanie jak maluch rośnie, zaczyna komunikować się ze światem i rodzicami przez brzuch mamy, czekanie na ta wielką chwilę, kiedy postanowi przyjśc na świat, kompletowanie ubranek i urządzanie mu kącika. I ten najpiękniejszy na świecie moment, kiedy juz jest na świecie i po raz pierwszy otwiera oczki i patrzy na rodziców. Dla takich chwil warto żyć.

A u nas rano na trawnikach leżał śnieg, pierwszy w tym sezonie. Poszliśmy z Piotrem i Trusią przed południem na spacer- śmiesznie było- jeszcze śnieg na trawniku, słońce i złote liście na drzewach. I ludzi  mało w parku. Trusia grzecznie zasnęła, ale niestety w centrum handlowym obudziła się jak zwykle. W tej kwestii jest jeszcze mało kobieca- nie znosi zakupów, a centra handlowe przyprawiają ją o wyjątkowo zły humor. Ale cóż, zima za pasem i trzeba było MAluchowi nabyć ciepłą czapkę i rękawiczki. Zostały one szczęśliwie nabyte, więc juz nam zimno nie straszne, ale Truszon całą powrotną drogę protestował przeciwko takiemu oszukiwanemu spacerowi, łzy kapały jej jak groszki, z noska sie lało, oczki były czerwone- kupka nieszczęścia. Dopiero jakiś czas po włożeniu do nosidełka postanowiła dać się ugłaskać.

A jutro wybory-trzeba będzie pójść i spróbować zmienić rzeczywistość na lepszą- boję się, że się nie uda, że znowu zwycięży zaściankowość, nienawiść do wszystkich co nie z nami i chęć polowania na czarownice. Ale trzeba spróbować mimo wszystko...

22:21, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2007
Ulubione zabawki niemowlaka

Już od jakiegoś czasu mieliśmy takie podejrzenia, że niemowlęta fascynują rzeczy zaawansowane technicznie i bardzo chętnie bawią się wszelkimi "nowinkami" elektronicznymi. Telefony komórkowe rodziców i rodzeństwa, pilot to TV, MP3 starszego brata, słuchawki do komputera, kamerka internetowa, mysz komputerowa, klawiatura- sa to przednioty niemowlęcego pożądania. Oczywiście nie może to być klawiatura zapasowa odłączona od kompa ani jakas stara komórka. O nie, takie podstępy niemowlak wyczuwa bardzo szybko i przestaje się interesować oszukiwaną zabawką. Ciekawe, co maluchy w tym widzą- ani specjalnie kolorowe nie są te przedmioty, niełatwo też jest coś ciekawego z nimi zrobić mało sprawnymi niemowlęcymi łapkami. A jednak są to najulubieńsze niemowlęce zabawki. Niech się schowają wypasione maty edukacyjne, kolorowe grzechotki i karuzelki.

Tata Trusi wysnuł dziś teorię, że pewnie jak dorosły jaskiniowiec dawno dawno temu wytworzył sobie nowiutki krzemienny nozyk lub inne kamienne narzędzie o nowatorskim kształcie i zastosowaniu, to natychmiast przedmiot ten stawał się obiektem pożądania jaskiniowego niemowlaka. Coś w tym jest, w końcu współczesne niemowlęta tak bardzo się od swoich poprzedników z jaskiń nie różnią.

Inne fascynujące niemowlę rzeczy domowego użytku to- pralka- można "pomagać" mamie w załadowywaniu (trzeba tylko uważać, żeby dziecię nie przyssało się do brudnej bielizny) i rozładowywaniu (tu już mozna sobie pofolgować i pracowicie wyrzucać z miski to, co matka doń zapakowała), zmywarka-pełna fascynacja, obawiam się, że jak dziecię zacznie się przemieszczać samodzielnie, to niechybnie kiedyś samo się do zmywarki załaduje. Niestety kolejnym etapem będą wszystkie przedmioty stojące na wierzchu i mające guziczki- biedny stary TV, wieża CD i komputer...

Ciekawe, dlaczego niemowlaki nie lubią obrusów- Trusia nawet leżąc na moich kolanach i pojadają z piersi potrafi czynić próby mające na celu pozbycie się obrusa ze stołu. Należałoby poświęcić temu osobne badania...

17:16, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 października 2007
Znów mi zginął wpis

Napisałam coś wczoraj i przepadło, napisałam przed chwilką i znów zginęło. Coś zżera moje notki!

A napisałam, że Córeczka zrobiła dziś- z wydatną moją pomocą- kilka kroczków. I że próbowala przymierzyć się do raczkowania, ale cierpliwości jej zabrakło.

Napisałam też, że bardzo lubię wstawać rano, nie spieszyć się do pracy, tylko podziwiać bezzębny uśmiech mojego Skarbu i słuchać jej wesołego skrzeczenia. Fajnie, że zwykle budzi się radosna. Potem się obie pieścimy, łaskoczemy, całujemy i idziemy jeść śniadanie. Mała siedzi w swoim krzesełku i mlaszcze na każdy kęs, który sobie wkładam do ust. No więc co mam robić, dzielę się z nią. Jedzenie żółtek się nam nie udaje. Trusia nie lubi chyba tego, co wg poradników jeść powinna.

Kocham mojego Malucha jak siedzi sobie na podłodze obłożony poduchami i zabawkami- przypomina mi wtedy takiego pisklaka (Bogna twierdzi, że małego sępa i coś w tym jest- z tą łysą główką...). I wciąż jest wtedy taka malutka. Bo jak leży to już nie bardzo. Trudno uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy temu była dużo krótsza. teraz patrząc w sklepach na najmniejsze niemowlęce ubranka wydaje mi się, że nie ma tak malutkich dzieci- a przeciez były one wszystkie za duże na świeżo urodzoną Trusię.

Truszonek wieczorami bawi się w karmienie mamusi kaszką-łyk dla Córeczki, a potem smoczek do ust mamusi- wydłuża nam to zjadanie kolacji i nie sprzyja usypianiu. Ale jakie jest słodkie...

 

16:44, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 października 2007
Dla Córeczki-wspomnienie 1.

Ponieważ dziennik miał być dla Córeczki, to dziś Malutka napiszę Ci jak pojawiłaś się na tym świecie. Tęskniłam za Tobą, byłaś mi tak potrzebna- żeby życie odzyskało kolory, a moja rozbita dusza poskładała się w całość. Byliśmy we Francji, kiedy zaczęłam mieć nadzieję, że jesteś. Jeszcze nie chcialam się przywiązywać do tej myśli, ale już Cię kochałam. Powiedziałam tylko Piotrowi. Po powrocie do domu zrobiłam test- drugi mały kroczek. Potem powiedziałam Ali, a ona zrobiła nam USG- byłaś- malutki pęcherzyk z tycią zapałeczką. A potem rosłaś, a ja codziennie walczyłam ze sobą, żeby Cię nie podglądnąć, nie popatrzeć, jak rośniesz. Czasem przegrywałam i podpatrywalam, co tam porabiasz. Patrzyłam na małe mrugające serduszko i modliłam się, żeby zawsze tak dzielnie kłapało. Za jakiś czas Ala-nasz nadworny ginekolog- zrobiła nam kolejne USG- wyglądałaś jak mały bałwanek- kulka główka, cztery kuleczki łapeczki i między tym owalny pękaty tułowik. Uwielbiam takie obrazki.

Obiecywałam sobie, że teraz wszystko będzie inaczej, że się będę delektować błogosławionym stanem, będę słuchać muzyki, relaksować się, czytać piękne książki. Ale nie wyszło - pracowałam w kilku miejscach i nie było zbyt wiele czasu na realizację szczytnych zamierzeń. Znów nie umiałam zrezygnować i czasem byłam tak bardzo zmęczona. Dzięki cudownym przyjaciołom- Ewci, która po zmianie wyrazu moich oczu domyśliła się, że jesteś, Ali, która dodawala mi otuchy i wciąż powtarzała, że historia się nie powtarza, Małgosi, która trzymała mocno kciuki i modliła się za nas, Agusi, która przyczepiała nas do KTG, a przede wszystkim Piotrowi, który kochał nas obie i opiekował się nami- udawało mi się za bardzo nie panikować. A TY sobie rosłaś- zaczęłaś kopać, najpierw leciutko, potem mocniej. Łobuz był z Ciebie- jak tylko chciałam sobie popatrzeć jak brzuch mi skacze gdy kopiesz albo złapać Cię ręką natychmiast się przyczajałaś i przestawałaś, ew. kopałaś mnie w plecy.

Długo nie mogłam zacząć mościć Ci gniazdka, bałam się, że znów coś złego się wydarzy. Ale w końcu pomalutku przybywały do domu małe ciuszki. Trzeba tez było w końcu zajrzeć do pudła, do którego trafiło te kilka ubranek, których Ciszek nigdy nie włożył i z którymi nie mogłam się rozstać- nie było to łatwe. Widok i zapach tych malutkich ciuszków sprawił, że łzy popłynęły i nie chciały przestać.

W końcu miałaś już swoja komodę, a w niej wyprane ubranka czekały na twoje narodziny. Powoli kończyłam swoje zawodowe zobowiązania- oddyżurowałam ostatnie dyżury, skończyłam pracę w szpitalu, potem oddałam ostatnie opisane mammografie i zakończyłam pracę w przychodni. Została jeszcze tylko jedna przychodnia...Tu już się nie udało tak perfekcyjnie.

Bardzo chciałam urodzić Cię normalnie, naturalnie. Niestety Ala od początku uważała, że nie powinnam ze względu na cesarskie cięcie w odstępie zaledwie roku. Dr G. początkowo chciał nam pozwolić na naturalny poród, ale na ostatniej wizycie intuicja podpowiedziala mu cc- miał rację jak się okazało. Bałam się, że jak poród sam się zacznie, to może nie być z nami Piotra, nie zdąży na czas przyjechać. Ale dr G. zadecydował za nas-na wizycie 13.02. zapytał, kiedy ew. znajdę chwilkę czasu, żeby urodzić (Ania wyjechała i miałam ja zastępować w przychodni jeszcze tydzień, tymczasem Ty mogłaś się urodzic w każdej chwili), a potem stwierdził, że umawiamy się na następny dzień, czyli na Walentynki. Pomyślałam,że to wyjątkowo fajny dzień na urodziny. I że wszyscy dostaniemy nacudowniejszą Walentynkę jaką można dostać. Ale ten dzien zasługuje na osobny wpis-jutro.

A dziś córeczka polowała na ogon Kluchy i w tym celu spróbowała się nawet przemieścić. I była grzeczna-przynajmniej przez część dnia. Byłyśmy razem opisać zdjęcia w przychodni, potem wracałyśmy do domu okrężną drogą, a Mała mruczała sobie do snu. I tak pięknie świeciło słońce. Wieczorem z powodu nieobecności Piotra Małą usypiał Wojtuś- czytał jej Anię z Zielonego Wzgórza. I uśpił ją skutecznie!

23:07, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 października 2007
Chandra

No i ledwie zaczęłam swoja blogową karierę dopadła mnie chandra. A miało być tak optymistycznie dla Trusi. Tymczasem Trusia od wczorajszej nocy ma pierwsz w swoim życiu katar. W ciągu dnia sobie radzi, ale w nocy były kłopoty- nie potrafiła ssać mleka z zatkanym noskiem. Nie wiem właściwie skąd ta chandra, bo dzień był taki piękny i Truszon pozwolił mi nawet chwilę popracować.

A co właściwie umie już Gertrusia?

Gertrusia siedzi i już właściwie się nie przewraca, więc nie trzeba jej już tak obkładać poduchami z każdej strony.

Trusia namiętnie staje i stoi dzielnie trzymając się jakiejś podpórki, którą zwykle jestem ja.

Wreszcie zaczęła mówić sylaby i bardzo ją to bawi.

Uwielbia "czytać" różne gazety, karteczki itp.- oczywiście często się nimi "pożywia" i trzeba uważać, żeby nie najadła się papieru- a może brakuje jej celulozy?

Rozpromienia się na widok znajomych osób i zagaduje do nich.

Ma swoje ulubione zabawki. Interesuje się światem. Przepada za naszymi psami (mamy dwa jamniki) i aktywnie na nie "poluje". Uwielbia asystować w przeładowywaniu zmywarki, pakowaniu brudów do pralki i wieszaniu prania na balkonie.

Niestety (a może na szczęście dla nas) nie nauczyła się wciąż raczkować, gdyż pozycję leżącą na brzuchu, która mogłaby być wstępem do nauki raczkowania, akceptuje tylko wtedy, gdy jest śpiąca.

Nie lubi jarzynowych zupek, rozszerzanie diety idzie nam więc kiepsko. Wydaje się, że wolałaby jadać to co my, nie zawsze jednak nasze posiłki się dla niej nadają. Dziś próbowalam ją przekonać do zjedzenia zupy groszkowej- rezultatem była Dżina w kolorze zielonym. Ale jabłuszko poszło nam dobrze.

A teraz już sobie śpi Maluszek, mam nadzieję, że śni o czymś miłym. Ciekawe, czy takie maluchy pamiętają jeszcze swoją aniołkową przeszłość i czy czasem widzą swoich dawnych anielskich towarzyszy... Wierzę, że tak. Jak była jeszcze bardzo malutka często wpatrywała się w jakieś określone miejsce w łóżeczku, a pierwszą "zabawką", którą zauważyła i do której przemawiała i się uśmiechała był aniołek namalowany na kawałku drewna i zawieszony w łóżeczku. Może gdzieś tam w pobliżu siedział jej starszy braciszek i śpiewał jej kołysanki...

22:09, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 października 2007
Początek

Dziś moja córeczka kończy osiem miesięcy i postanowiłam zacząć pisać dla niej dziennik. Nasza dziewczynka ma na imię Zosia, ale na użytek domowy nazywamy ją Gertrusią, Trusią, Dzindzinem albo Dżiną. Tą Gertrusię wymyslił Piotr, kiedy wiedzieliśmy już, że urodzi nam się dziewczynka, ale nie pochwalił się swoim pomysłem. Dopiero gdy Mała była już na świecie, a my właściwie nie mieliśmy wybranego imienia, mój mąż zdradził pielęgnowaną od paru miesięcy ideę, żeby nazwać naszą dziewczynkę Barbara (po naszych mamach) Gertruda (na pamiątkę babci P.). Ale jak tu nazwać- nawet na drugie imię- takiego malucha Gertrudą! Po prostu było to niemozliwe, przez usta nam (tzn. reszcie rodziny) to przejść nie chciało. Padały różne propozycje, niestety Tatus ich nie akceptował. Tak więc Malutka pozostawała bezimienna, aż do pewnej nocy, jeszcze w szpitalu, kiedy to karmiąc ją i wpatrując się w jej drobną buźkę zobaczyłam, że imię Zosia tak jakoś do niej pasuje, otula ją mięciutko jak kocyk. No i została Zosią Barbarą. Ale tą Gertrudę Piotr w niej gdzieś tam zaszczepił i imię, chociaż nie zostało oficjalnie nadane, pozostaje w użyciu.

A wszystko zaczęło się wiosną 2005 roku- my, rodzice trójki "starych" dzieci doszliśmy do wniosku, że wreszcie dojrzeliśmy do świadomego rodzicielstwa. I w maju 2005r. okazało się, że spodziewamy się dzidziusia. Nasz synek Franek urodził się 12.01.2006r.- niestety nie żył- zmarł w trakcie porodu z powodu przedwczesnego odklejenia łożyska. Od tej nocy wydawało mi się, że nie potrafię żyć, oddychać, że cała umarłam razem z moim dzieckiem. Żeby przeżyć musiałam pielęgnować w sobie myśl, że jednak będę miała swojego wymarzonego dzidziusia w najszybszym możliwym terminie. Tak więc w czerwcu zaistniała Trusia. Urodziła się w Walentynki 2007r.- taki fajny dzień na urodziny wybrał jej lekarz- Mała przyszła na świat przez cesarskie cięcie. Zakochałam się od pierwszego spojrzenia i to zauroczenie, zakochanie trwa do dziś. Malutka ważyła 2740g, mierzyła 51cm- była leciutka jak piórko, wyglądała jak krasnalek w za dużej czapeczce, którą jej założyli po urodzeniu i skarpetkach na małych łapkach. A ja- matka dzieciom (nasza najstarsza córka w tym roku skończyła 18 lat, syn 16, a młodszy syn 12) czułam się tak, jakby ten cud zdarzył się dla mnie pierwszy raz. I żal mi każdego dnia,który mija, szkoda,że dzieci rosną tak szybko.. Więc postanowiłam zatrzymać czas na blogu.

 

21:56, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
1 ... 161 , 162 , 163 , 164 , 165
 
Archiwum