RSS
poniedziałek, 05 listopada 2007
Dalszy ciąg zdjęć wakacyjnych,czyli Córcia w Toskanii

Że jesteśmy w Toskanii,trzeba nam uwierzyć na słowo-albo Córcia albo Krzywa Wieża- na raz nie ma!! A tu Truś w Bagno Vignoni znalazł swój ciepły strumyczek i nóżki moczy.

A tu Trusia prawie nie widać-deszcz w San Antimo zaczął nagle padać i Córka Starsza ukryła Siostrę w bluzie. A San Antimo to- moim zdaniem-jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, takie, gzie niebo jest bliżej nas- nie przegapcie,jak w te okolice zawędrujecie.

w

A to w Lukce w dniu Luminarii- też warto być. Na zdjęciu powyżej Truś próbuje panna cotta-smakowało!

No i dekonspiracja totalna- ale to już nie ma wielkiego znaczenia, skoro człowiek w loginie własne nazwisko pakuje! Rodzinka się ze mnie śmieje, że taki kiepski konspirator jestem. Trudno!

A Toskania to mój nałóg, moja miłość, miejsce, gdzie mogłabym  zamieszkać, gdyby tylko ktoś ofiarował  mi  mały domek i pracę..Może kiedyś- marzyć zawsze warto. A na razie, jak robimy plany wakacyjne, to Włochy lądują w nich prawie za każdym razem od ładnych paru lat.

09:36, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 listopada 2007
A jednak coś napiszę

Mammografie już prawie skończone, a Córka Starsza powiedziała przed momentem coś, co warte jest zapamiętania. Otóż spojrzała na swoje nóżki i jęknęła- "Rany, mam prawdziwy Szwarcwald na nogach i źle mi z tym!". No bardzo ślicznie. A Szwarcwald miał podobno zostać dziś zlikwidowany, ale Córka utworzyła dla rodziny pyyszne ciasto- zeżaram w cichości - oprócz przenaczonych dla mnie dwóch kawałków- jeszcze dwa ostatnie. I jeszcze bym mogła, ale nie ma:( Czekoladowe było, z pokruszonymi herbatniczkami w środku, słodkie bardzo, ale do herbatki..Mniam! Dawno, dawno temu, jak oczekiwaliśmy na pierwszego naszego dzidziusia i ja byłam ogromnie nieszczęśliwa, Piotr marzył sobie, że urodzi mu się córeczka, która będzie nosiła sukienki, miała warkoczyki i będzie piekła ciasta. I to marzenie mu się spełniło- nawet spódniczki Córka Starsza od czasu do czasu nosi, warkoczyk- jak mamusia jej uczesze- nosi jeden (sama jeszcze nie opanowała trudnej sztuki zaplatania sobie warkoczyków, a mamusia potrafi tylko dwa rodzaje- zwykły i francuski), a ciasta piecze pyszne! Mam nadzieję, że Młodsza Córeczka odziedziczy ten talent po siostrze i będzie nam umilać starość pysznościami. Bo co jak co ale bez ciasteczka to ja sobie dnia nie wyobrażam!

A tymczasem z Młodszej Córeczki wyrasta lekomanka. Już jak malutka była uwielbiała witaminki. Jak jej pani doktor przepisała CebionMulti, to na widok tatusia z łyżeczką mlaskała głośno. A miała wtedy zaledwie miesiąc czy dwa. Potem była wakacyjna przerwa od witaminek-tatuś był niepocieszony i koniecznie chciał jakieś witaminki przemycić- na szczęście dla niego (tatusia) na jesień i zimę pani doktor znowu zaordynowała witaminki i oboje- Piotr i Trusia -są przeszczęśliwi. Trusia po kąpieli rozgląda się za łyżeczką i buteleczką i mlaszcze znacząco, jak witaminki się spóźniają. A tatuś ochoczo spełnia misję pasienia córeczki witaminą! Całe szczęście, są to jedyne leki, które Córeczka w swojej karirze spożywa. Wieczorkiem jakoś ochłodła, więc może termometr miał jednak rację, a mamusia jest przewrażliwiona:)

21:31, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Zdjątek ciąg dalszy

Dziś niestety chyba same zdjątka-trzeba w końcu zakończyć archiwum i dojść do teraźniejszości.  Tekstu mało, bo ostatnia porcja MMG czeka, przez trzy dni się obijałam. A mała dziewczynka ciepła jakaś- termometr co prawda 37,0 tylko pokazał, ale tak do końca mu nie wierzę:(

Znalazła się barania skóra w domku,który wynajmowaliśmy. Ale pokpiliśmy sprawę i nie zrobiliśmy tradycyjnego zdjęcia golasa na futrze.

 

 

 

To zdjąteczka z wakacji, z lipca. Byliśmy z Truszonem na Słowacji. Ale chodzenie po górach wychodziło nam średnio, było wściekle gorąco i Truśka złościła się w nosidle. W wózku było jej lepiej, tylko,że wózek nie wszędzie sobie radził.

A to Truś i zakupy tatusia- też Słowacja:)

 

 

19:17, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 listopada 2007
PS
A jak wam się Pławikonik podoba? Bo to kolejny pomysł tatusia na nazywanie Dziewczynki. Mnie zachwycił! Szkarłupcię też lubię. Ja nie wpadam na takie dobre pomysły!
21:06, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Jak bezimienna Dziewczynka Trusią została,czyli dla Córeczki wspomnienie 3

Urodziła się Walentynka w Walentynki,ale imienia swojego jeszcze nie miała- mamusia w czasie 9 miesięcy czekania bała się choć pomyśleć o imieniu dla córki. No i przyszła na świat dziewczynka bez imienia. Walentynką nazwać się nie mogła- no bo albo z pocztówką albo z Tiereszkową by się kojarzyła. Tymczasen wydało się,że tatuś hodował w sobie od czasu jakiegoś pomysł, by Dziecię Barbarą Gertrudą nazwać. No na to cała reszta rodziny zgodzić się nie mogła! Zaczęliśmy wymyślać szybko rozmaite piękne imiona jak np. Amelia, Zuzanna, Matylda, Hanna, Alicja- trzeba było widziec minę Piotra na nasze propozycje. Tak się wykrzywiał jakby co najmniej robaka jakiegoś paskudnego zobaczył! A Dziecię dalej bezimienne pozostawało. W końcu pewnej szpitalnej nocy patrzę ja na Istotkę śpiącą i jednocześnie pojadającą sobie z matczynej piersi, błogostan i pełen spokój na pysiu- i olśniło mnie- Zosia- będzie miała Zosia na imię. A imię to spłynęło na Córeczkę, otuliło ją mięciutko jak kołderka i tak juz zostało. Na Zosię tatuś się nie wykrzywiał. Doszliśmy więc do kosensusu-Mała będzie miała na imię Zofia Barbara. Tylko ze tatuś do Gertrudy przywiązany był wielce i koniecznie chciał ją gdzieś przemycić- może na trzecie imię..Bałam się, że Getrudę wciśnie jednak, bo sam do USC się wybierał, ale przyniósł akt urodzenia, a tam Zofia Barbara stało- dobra nasza.  Gertruda się jednak nie poddawała, wychynała z noworodeczkowych min, czaiła się w oczkach. Powolutku, powolutku wszyscy zaczęli Malucha Gertrusia nazywać. A Zosią tylko jedna babcia i młodszy z braci naszą Dziewczynkę teraz nazywa!! I tak to postawił tatuś na swoim i ma Gertrusię!!Co prawda ochrzczona dzidzia też Zofią Barbarą została, a miało to miejsce 24.06.2007r., ale Gertruda się nie poddaje i nadal nad Zosią dominuje. I tak juz pewnie pozostanie;)

Są to jedne z nielicznych zdjęć z Trusinego chrztu, albowiem babcia debiutowała ze swoim cyfrowym aparatem i na większości fotek widnieje duży kawał ściany, ministranci, wejście do kościola itp., natomiast Trusię widać jakby mało. Ale przyznać trzeba, że Dziewczynka bardzo się w dniu swojego chrztu postarała i grzeczna była:))

 

20:56, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Rozważania nt.niemowlęcych czapeczek

Pogoda mnie dziś zmyliła- rankiem słońce zaświeciło, więc postanowiłm zmienić plany i zamiast męża do Ikei po szafę wysłać, którą do szafę od lat kilku Córce Starszej obiecujemy i która to Córka stwierdziła, że może nadszedł już moment odpowiedni do jej nabycia(a trzeba było jechać i planów nie zmieniać, dzięki temu już rano byłoby wiadomo, że szafy nie ma, będzie jutro, a tak mogliśmy to sprawdzić dopiero po południu!), zrządziłam spacer z Trusią. Ponieważ chętna byłam tylko ja i Piotr- no i Trusia oczywiście- to poszliśmy. Jak tylko oddaliliśmy się nieco od domu słońce się schowało i tak już było do końca spaceru. Pojawiło się ponownie, gdy otwieraliśmy wracając drzwi do domu!! Ot dowcipne takie!

No więc (zdania od "no więc" się nie zaczyna, no więc ja zaczynam) spacerujemy-chciałam mężowi Park Doświadczeń pokazać, com go już kilka razy z Truszonem odwiedzć zdołała, a Mąż jeszcze ani razu- niestety Park zamknęli, doświadczenia zabrezentowali i trzeba do wiosny poczekać. patrzę ci ja na moje dziecko najmłodsze, a ono czapeczkę znów ma w dziwnym miejscu-na oczach i na czubku głowy. uszy na wierzchu! Ale ponieważ dziecię spało, to nie ruszałam nakrycia głowy. Ale tak mnie naszły refleksje głębokie nt. niemowlęcych czapeczek. Nie mogę jakoś zlapać tego momentu, kiedy sa one w "sam raz". Bo albo na początku sa za duże i dziecku oprócz głowy pół twarzy jeszcze zakrywają, albo robią się za małe i sterczą na czubku głowy. Ten pierwszy wariant ma swoje plusy- jak dziecko ma oczy zakryte, to szybciej zasypia, bo powieczki są przyklapnięte, oczki zamknąć trzeba, a jak się już je zamknie, to można spać. Powinnam sobie zapisać moment, kiedy jakaś czapeczka stanie się akurat dobra i zmierzyć czas tego stanu.

Oj, niedobrze, Córcia nauczyła się jednak do przodu przemiesczać i właśnie dopełzła do komputera. Mała rączka zbliża się już do wyłącznika!! Ratunku! A miała się umysłowo rozwijać i z kubeczków wieżę budować. Kubeczki zostały nabyte zamiast szafy- przy okazji parę innych jeszcze drobiazgów. A po szafę Piotr pojedzie jutro..może..

No i to by było na tyle,bo pozostała mi chwilowo jedna ręka- druga dzierży Pannę bardzo niezadowoloną, że taki fajny guziczek sobie wynalazła i już go przycisnąść miała, a tu matka nie pozwoliła. Brzydka mamusia, oplujemy ją za karę i bloga pisć nie damy!

19:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2007
Nowa seria zdjęć Trusi

 To zdjęcie moje ulubione-czyż oni nie są podobni? Zrobiłam je 1.05.2007, tego samego dnia po południu ukradziono nam aparat, który Piotr niebacznie zostawił w samochodzie.

A to mój Syn Młodszy ze swoją ukochaną siostrzyczką- zdjęcie zrobione w Święta Wielkanocne- Trusia miała tu 2 miesiące.

To hipek malutki w ramionach swojej siostry.

A to zdjęcie z pierwszej wizyty Trusi w restauracji- czciliśmy 18-te urodziny Starszej Córki- od tej pory Mała zaliczyła już całkiem sporo knajp, w tym trzy we Włoszech. W trakcie pierwszej wizyty głównie się przysysała do mnie (młoda jeszcze była, miała niecałe 3 miesiące), ale w czasie kolejnych próbowała już tego, co jemy.

To też jedno z moich ulubionych zdjęć- Starszy Brat Trusi i Szkarłupcia, która na nim zasnęła- wołaliśmy go na obiad, ale nie chciał się ruszyć, żeby nie obudzić malucha.

 

Zdjęcia są takie wspominkowe, ale powolutku dojdziemy do aktualnych. Kiedyś pomyślałam sobie, że fajnie by było robić Trusi zdjęcie regularnie co miesiąc, np.każdego 14-go, w podobnych warunkach. I potem te zdjęcia razem zestawić i zobaczyć jak z miesiąca na miesiąc maluch się zmienia. Nie udało mi się tego niestety zrealizować.

A dziś dzień był pracowity, mało miałam czasu dla mojego malucha. Postanowłam dopieścić resztę rodziny i usmażyć naleśniki. A to dla mnie wielkie wyzwanie, zajmuje mi zwykle mnóstwo czasu. Bo najpierw smażę, potem robię nadzienia, zawijam. I nic innego w trakcie tego smażenia robić nie można- próbuję podczytywać, ale przeważnie między kolejnym obrotem naleśnika gubię ostatni przeczytany wers i potem szukam go akurat tyle czasu ile potrzeba do usmażenia następnego. Dzisiejsze naleśniki były z porami (pyyyycha), serami- żółtym i pleśniowymi, białym serkiem na słodko i dżemem. Czasem bywają też z pieczarkami i nutellą. Po naleśnikach doprowadzałam do porządku lodówkę, w której zima panowała aż miło i powoli szron i lód wydobywały się już poza zamrażalnik, w którym zresztą zajmowały większość miejsca. A potem trzeba było pędzić do roboty. Wieczorem kolejne dopieszczanie dzieci starszych (kurczę, czyżby dziś był Dzień Dziecka? co ja taka dobra byłam?)- zabrałam Starszego Syna i sistrzenicę mojego męża na sushi, a Młodszego Syna do McDonalda . Córka Starsza nie odważyła się spróbować sushi- stwierdziła, że z powodów ideologicznych czegoś takiego nie jada. Miło było, tylko mleko produkujące się w matczynym biuście zaczynało doskwierać i przypominało o Małej Istotce porzuconej na pastwę tatusia. Tak więc szybko zakończyłam randkę z dziećmi i kurcgalopkiem popędziłam do domku, żeby zdążyć zanim Piotr wpadnie na pomysł napasienia dziecka kaszką i złożenia do łóżeczka. Uff, zdążyłam! I znów wzruszyłam się do łez, jak Maluszek po kąpieli przyssał się do mnie i usnął. Wcale nie miałam ochoty odkładać jej do łóżeczka.

PS  Do monitt- Dlaczego radiologia? Po prostu jak skończyłam staż była to jedna z dwóch możliwych do zrobienia specjalizacji (drugą była anestezjologia), o innych można było tylko pomarzyć, albo też droga do ich uzyskania była długa i kręta. Wybrałam więc radiologię i nie żałuję, lubię to co robię. Poza tym ma to- na razie jeszcze- jednego dodatkowego plusa- pracuje się 5 godzin dziennie! Oczywiście mało który radiolog poprzestaje na tym, ale zawsze.. A teraz dodatkowo radiolodzy są wielce pożądani- chcą nas w bardzo wielu krajach UE, w Krakowie w październiku dostałam trzy propozycje dodatkowej pracy, a jak chciałabym zmienić moje główne miejsce zatrudnienia, to też mogłabym wybierać między co najmniej trzema szpitalami.

22:29, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 listopada 2007
Pierwsza seria zdjęć Trusi, czyli jaką byłam okruszynką

świeżo wykluty Truszonek i jego czuprynka

Oto świeżo wykluty Truszonek z malutką czuprynką.

krasnal w misiowej czapeczce

Krasnal w misiowej czapeczce-wędrowała sobie ona wokół główki-raz  miś był  z przodu, a za czas jakiś z tyłu człowieczka

jeszcze raz mały Truś

Jeszcze jedno zdjęcie ze szpitala-tu Trusia już dwudniowa.

w domku

Wciąż jeszcze noworodeczek, ale jakby większy

Gertruda prawdziwa

Tu z noworodeczka wyłazi gertrudzia natura.

żółwiczek

Żółwiczek bystrooki.

pomarańczka

Już przestałam być noworodeczkiem- zaczęłam drugi miesiąc.

 

22:12, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Świeczki dla nieobecnych- wpis smutny, więc może nie czytajcie..

Zawsze bardzo lubiłam dzisiejsze święto. Jako dzieci zbieraliśmy z bratem na cmentarzu rozlany zastygnięty wosk z grobów- potem topiliśmy go na Andrzejki. Wtedy wizyty na cmentarzu traktowaliśmy jak spacer. Teraz z każdym rokiem przybywa nam znajomych, których trzeba wspomnieć. Chciałabym im dzisiaj zapalić wirtualne świeczki..

Pierwsza bliską osobą, która był mój dziadek- miałam wtedy 9 lat. Pamiętam, że był cichym, spokojnym człowiekiem i zrobił dla mnie metalową grzechotkę. Chciałaby zapalić "świeczkę" jemu i babci, która umarła, jak moja Bogna miałą 3 miesiące- byłam przy jej śmierci.

Druga "świeczka" jest dla rodziców mojej mamy- Dziadek odchodził powoli, gasł przez kilka lat, nie pozbierał się po wylewie. A był takim silnym człowiekiem- bardzo go podziwiałam. BAbcię widziałam jeszcze dzień przed śmiercią, odeszła nagle na zawał- nie mogłam uwierzyć, że jej nie ma. W dniu jej śmierci zdawałam egzamin z chirurgii i zdałam test na piątkę, miałam tylko jeden błąd na 100 pytań- myślę, że tą piątkę dla mnie wymodliła.

Dużą "świeczkę" zapalam dla mojego taty- nie ma go już prawie 9 lat- był wspaniałym człowiekiem i niezwykłym lekarzem, z prawdziwym powołaniem- umarł na zawał na schodach szpitala, w którym pracował, wracał do domu po dyżurze..

Kolejne światełko jest dla taty Piotra, który przegrał z rakiem.

I jeszcze jedno dla osoby, która walkę z nowotworem przegrała- dla mojej chrzestnej matki. Niestety sama musiałam jej powiedzieć, że ma guza mózgu, bo to ja robiłam jej TK- i niestety wiedziałam, jak bardzo źle rokuje ten typ guza- umarła "książkowo"- 9 miesięcy od rozpoznania choroby.

Dziś zapaliliśmy wszyscy świeczkę na grobie naszego synka- Ciszku maleńki bardzo cię kochamy i mamy nadzieję, że odnajdziesz nas, jak odejdziemy z tego świata.

Są jeszcze inne światełka- dla dziadków Piotra- wspaniałych ludzi, których już z nami nie ma. Dla mojego przyjaciela z dzieciństwa, którego zwyciężyła ziarnica- nie byłam na jego pogrzebie, bo moi rodzice nie powiedzieli mi, że umarł. Miałam do nich o to żal- w końcu był to mój pierwszy przyjaciel, poznaliśmy się jak miałam kilka miesięcy..

Jest światełko dla malutkiego Pawełka- synka mojej przyjaciółki, który umarł nagle w nocy w 28 dniu swojego życia. Jest lampka dla Michała, kolegi mojego syna, który też przegrał walkę z nowotworem mózgu. Dla Kasi- koleżanki mojej córki, która nie odzyskała przytomności po wypadku, w którym zginęła jej mama- miałam dyżur, kiedy ją przywieźli do naszego szpitala...

I dla Adasia, męża Zuzy- zginął w tym roku w wypadku na Zakopiance, tydzień po narodzinach Trusi.

I dla pani D., która kiedyś opiekowała się moją córką. Potrącił ją samochód na przejściu dla pieszych, tydzień temu był jej pogrzeb.

I jeszcze tyle światełek trzeba zapalić- dalszym krewnym i znajomym, których już z nami nie ma, małemu Piotrusiowi, o którym dowiedziałam się z bloga Nulki...

Oby do kolejnego Święta Wszystkich Świętych nikt do tego grona nie dołączył, oby nie trzeba było zapalać nowej świeczki.

21:50, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 31 października 2007
Gąsienica

Trusia jednak postanowiła nauczyć się przemieszczania wielokończynowego. Aktualnie gąsieniczy. wygląda to przefajnie- Mała lezy na brzuszku, podnosi się na rączkach, potem podnosi do góry pupę, podciąga nóżki, robi śmieszny łuk z ciałka, postękuje, kiwa się i następnie rozpłaszcza- zwykle udaje się jej przemieścić parę centymetrów do tyłu. Ale dzisiaj była tak uparta w gąsieniczeniu, że dosunęla się do komody i nóżkami udało się jej otworzyć drzwiczki- oczywiście zauważyła nowe możliwości bystrym oczkiem i szybciutko spróbowała się obrócić. Na szczęście dotarłam na czas, żeby niemowlaka odsunąć na bezpieczną odległość. Nawet nie wiem, co w tej komodzie się znajduje- jakieś skarby Piotra, dawno zapomnianie, ale niewątpliwie niezbędne i bardzo cenne. Starsza Córka też zaczynała od przemieszczania się do tyłu- pewnego dnia zostawiliśmy ją na chwile na podłodze w pokoju, obłożoną zabawkami- jak wróciliśmy dziecka nie było widać- okazało się, że wpełzła pod szafę!

Piotr zapytał mnie dziś, czy pamiętam, kiedy Trusia zaczęła gaworzyć- no oczywiście nie pamiętam! Na co z dumą stwierdził, że on zapamiętał- Trusia zaczęła gaworzyć we środę- tylko niestety zapomniał, która to była środa...Ale to już coś, jak dziecko zapyta, to jakaś odpowiedź padnie;)

Muszę się przyznać, że popadłam w nałóg blożenia- nie mogę się doczekać, kiedy dorwę komputer i sprawdzę, co tam nowego u blogowych znajomych i czy może do mnie ktoś też coś napisał. Niedobrze, trzeba się będzie trochę odzależnić.

 

21:38, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
Archiwum