RSS
piątek, 23 listopada 2007
Kolejne odkrycia

Cóż, padają kolejne bastiony- dziś Trusia odkryła kosz na śmieci. Co prawda moja interwencja zapobiegła dokładniejszej eksploracji, ale kiedyś zapewne nie zdążę. Dziecko uczy się szybko i zapamiętuje. Wie już, gdzie się chowa psie miski, jak jamniki zjedzą swój posiłek. A miski owe są przedmiotem Trusinego pożądania- metalowe, dźwięczące- Trusia pomyka do kuchni, wydobywa miski spod szafki i rozpoczyna koncert. Miska z psią wodą również jest niezwykle ciekawą zabawką- można się w niej bardzo fajnie taplać.

Wygląda na to, że trzeba będzie zmienić Trusiowe naczynie do kąpieli- zamiast wanienki należałoby zakupić beczkę- dziecko nie ma zamiaru siedzieć, wsadzone do wanienki natychmiast wstaje, całuje kran, oblizuje ściany dużej wanny... A stojąc trochę marznie-trzeba więc beczkę zakupić.

Coraz lepsza jest też komunikcja Trusi z innymi domownikami- potrafi już pokazać rączką to, co chciałaby dostać. Zamyka przy tym i rozczapirza paluszki- bardzo to fajne i słodkie. A jeśli o jedzonko jej chodzi, to woła jeszcze "am". Stała się ostatnio fanką biszkoptów- ale też sprawiedliwie dzieli się nimi z jamnikami.

I jeszcze obserwacja spacerowa- usadza człowiek czystego dzidziusia w wózku, uładza mu kurteczkę, opatula kocykiem, wygładzając na nim fałdki, chowając stópki pod zawinięty koc. Wyjeżdża dumna mama na spacer, w wózku porządek panuje i ład, dzidziuś podśpiewuje...Za jakiś czas matka spływa potem pchając wózek po śnieżno-lodowych grudach, dzidziuś ma czapeczkę naciągniętą na oczy i trochę jeszcze na bakier, w łapce herbatniczek, bo już się maleństwo nudzić zaczynalo, więc trzeba było czymś je zająć. Herbatniczek oprócz łapki znajduje się również na kurteczce, policzkach, kocyku- w formie znacznie mniej estetycznej niż oryginał ciasteczka.. Dodatkowo na nosie i policzkach rozmazany katarek się znajduje. Kocyk skłębiony, jedna noga wystaje gdzieś z boku, druga usiłuje skopać kocyk w błoto. I tak właśnie sobie wyglądamy. No chyba, że Truś zaśnie..Wtedy mamy uładzony wózeczek z zawartością troszkę dłużej. Ale czapka i tak ląduje na oczkach- zawsze, to po prostu reguła i nie ma od niej wyjątków.

i to by było na tyle w dniu dzisiejszym, bo pracowity dzień za mną, a przede mną dwa stosy mammografii:(

21:17, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 listopada 2007
Komunikacja werbalna?

Ciekawe, jak za pomocą niewielkiej ilości sylab tak wiele można powiedzieć. Idziemy na spacer. Trusia kontempluje resztki śniegu, słońce, mgłę, gawrony i kawki, samochody, psy. I śpiewa sobie" taaatataaaata". Od czasu do czasu przerywa to śpiewanie głębszym westchnieniem lub krótkim "am". Wchodzimy do sklepu po pieczywo- Trusia rozmawia z gablotką z ciastkami, powiadając do niej "am am am". Ktoś z domowników wychodzi albo wraca do domu- Trusia macha intensywnie rozczapirzoną łapką i woła wesolutko "tatatatata". Zbliża się obiadek, nakrywam do stołu- Truś komentuje "mniam mniam". Wychodzę do pracy, Trusia juz od paru chwil niespokojna, nieszczęśliwa jakaś- widać przeczuwa, że mnie zaraz nie będzie. Wreszcie przyszła pora wyjścia, ubieram buty- nieszczęśliwa Trusia robi podkówkę, łzy dwie wyciska z oczek i woła zrozpaczona "mamamama". Szlag by trafił tą pracę!

Wracam, Trusia radosna woła do mnie "tyttatytta" i łapcie wyciąga. Idziemy się kąpać, Truś widzi w lustrze ślicznego bobasa i rozradowany pokrzykuje "ttattattatta". Po kąpieli próbuje dziewczynka wsadzić sobie stópkę do buzi i zadowolona mówi "buuabuua". Ubiermy się, Truś już  zmęczony i troszkę marudnie pogaduje "naananaana". Śiadamy w fotelu, Dziewczynka się niecierpliwi, nie chce czekać spokojnie aż się rozbiorę i woła zła troszeczkę "dadadada".

Przysysa się, przytula, posapuje i pomlaskuje, a potem zamyka oczki i zasypia.  Śpi już mój Skarb. Jutro znów pogadamy:)

20:29, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 21 listopada 2007
Co lubię, czyli jak wygląda nasz dzień

Lubię nasze poranki z Trusią- śpimy sobie dłużej niz pozostali członkowie rodziny, którzy muszą zdążyć do szkoły/pracy. Za zamkniętymi drzwiami naszego pokoju toczy się życie, a my sobie piecuszymy w łóżku. Razem oczywiście, bo Córeczka gdzieś tak w środku nocy przeprowadza się od siebie do nas. Malutka wtulona we mnie, posapuje cichutko, pochrapuje, cieplutka taka, troszkę spocona. Za jakis czas otwiera ślepki i sprawdza, czy się obudziłam. A potem rozjaśnia się cała w bezzębnym uśmiechu. Wstajemy sobie pomalutku, jest czas, żeby wtulić się w tłustą szyjkę, nawdychać zapachu niemowlaczka, wycałować male stópki, brzuszek, poprzytulać się do ciepłego ciałka. Wymyślam sobie, w co ubrać Malucha- uwielbiam jej ubranka, sprawiają mi większą frajdę niż własny nowy ciuch. A potem człapiemy powoli na śniadanko. Trusia siada w wysokim krzesełku, ja obok. Ona popij soczek i pojada -czasem kaszkę, częściej jednak kromeczkę z szynką lub serek- zdecydowanie preferuje dorosłą dietę. Ja popijam kawusię z mlekiem, gadamy sobie, psy kręcą się pod nogami i wypatrują, czy coś Trusi nie spadło- a spada, nauczyły się już tego oba jamniki. Potem idziemy sobie do łazienki, gdzie Mała towarzyszy mi w porannej toalecie, gryzie swoją szczoteczkę do zębów, wyciąga łapki po kremy. Ostatnio niestety wzmogła się jej ciekawość i zaczyna wyruszać na zwiedzanie łazienki, więc atmosfera robi się bardziej nerwowa.

Lubię, jak nie musimy się nigdzie spieszyć, wtedy dzień mija spokojnie. Zasiadamy sobie razem do komputera, sprawdzamy zaprzyjaźnione blogi. Czasem udaje mi się popracować ze śpiącą na kolanach Trusią. Idziemy na spacer, robimy zakupy, gotujemy obiad. Potem czekamy na powrót pozostałych domowników.

Wieczorem lubię kąpiel, Truszonka pluskającego się w wanience, wyciągającego łapki po butelkę z płynem do kąpieli, termometr, słuchawkę prysznicową. Potem wyciągam ją mokrą, pachnącą, czyściutką i rozbawioną. I znów jest czas na wycałowanie fałdeczek, stópeczek, łapeczek, karczuszku...I wreszcie czas na wieczorne wyciszenie, uwielbiam, jak Mała zasypia mi przy piersi, taka zadowolona, ze szczęściem wypisanym na buzi. Aż mi wtedy łzy po policzkach płyną i chciałabym zatrzymać czas...

Warto dla takich dni zarobić trochę mniej, odsunąć na czas jakiś pracę, karierę, awans. Chciałabym te piękne chwile z moją małą Córeczką zatrzymać w sercu, zapamiętać na zawsze. Tym bardziej, że nie ma za bardzo szans na powtórkę. Kiedyś nie byłam taka mądra- szkoda, bo zmarnowałam trochę trzy wcześniejsze szanse.

22:20, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 listopada 2007
Co dziś robiłyśmy

Grałyśmy na gitarze Starszego Brata. Na dżambie Starszej Siostry zresztą też. I plaskałyśmy łapkami o podłogę. I sprawdzalyśmy, jaki dźwięk wydaje metalowy kosz na parasole, jak się go łapką paca. I próbowałyśmy popacać Kluchę, ale nie zagrała, tylko poszła sobie:(

Goniłyśmy piłkę- psią, bo własnej nie mamy z tego powodu, że psy wszystkie mniejsze piłeczki uważają za swoje. Ostały się tylko te do nogi, koszykówki i siatkówki, należące do Młodszego Starszego Brata, ale one ani psom ani Trusi za bardzo się nie mieszczą w łapkach i buzi/pysku.

Mimo mgły i niewielkiego mrozu wybrałyśmy się na spacer. Udało się nawet pysia kremem posmarować. Przy okazji został posmarowany również język- widać Trusia uważa, że i ten organ przed mrozem chronić należy. Słusznie zresztą, skoro ktoś próbował owym językiem mgłę zjeść... Biedny Mały Człowiek jeszcze radosny, bo nie całkiem w kombinezonie unieruchomiony. Jak już zostaje w nim po szyję zapięta, to na aktywność ruchową nie ma co liczyć. Tak więc na spacerku po próbach posmakowania mgły i długim monologu (do taty chyba, bo słowo to najczęściej się powtarzało) Dzidzia spać poszła. I nawet nie kazała się dziś Królewna z wózka wyjmować i nosić:)

Starsza Siostra wreszcie do domu powróciła, trzeba to więc wykorzystać. Nie tylko Trusia zresztą się za nią stęskniła...

I moje tłuste Słoneczko na dobranoc. Co prawda uśmiech taki troszkę nieśmiały, bo już przyuważyła aparat, ale wcześniej rozjaśniał ponury mglisty wieczór. A te stópeczki całuśne....Jak ich nie kochać!

:)))))

22:29, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Nowe odkrycia

Wyruszyła dziś Trusia samodzielnie na zwiedzanie mieszkania. Mamusia spokojnie przygotowywała sobie schabik do upieczenia na obiadek, a dziecko popełzło. Zaniepokoiła mnie cisza, przerywana jedynie radosnymi pomrukami dziecka (wcześniej było szeleszczenie). Mowlaczek zabierał się właśnie do zdegustowania psiego żarcia, które uprzednio wysypał z torby!  Pierwszy kawałek Chapi zostal przejęty w  drodze z podłogi do Trusinej buzi. Następnie przyszła kolej na łazienkę, gdzie Trusia odkryła kratkę ściekową. Radości było co niemiara, na szczęście niedługo. Teraz Truś  po krótkiej drzemce w ramionach mamusi popełzł na dalsze zwiedzanie, właśnie dotarł do psich piłek, bardzo się fajnie nimi bawi- rzuca piłeczkę przed siebie i pełznie za nią. Niestety wpełzła do kuchni, a tam piekarnik gorący, trzeba więc pędzić na interwencję. A było tak pięknie! Ha, po drodze napatoczył się jeszcze przedłużacz i nastąpiła próba konsumpcji- na szczęście przezornie został on wyłączony z prądu. Oj, ciężkie czasy nastały.

PS- Wczoraj wpisałam w googlach hasełko dsmiatek i zgroza mnie przejęła- ratunku, pojawiły się wszystkie moje komentarze, wpisy na blogu itp. A ponieważ konspirator ze mnie marny okrutnie, to teraz wszyscy znajomi mogą mnie odkryć i umrzeć ze śmiechu. O ile tez wpadną na świetny pomysł wpisania dsmiatek! A mąż stał i ze śmiechu umierał. Ale potem wpisałam inne hasełko, z mężem powiązane- i dopiero się działo. hi, hi, nawet po słowacku czy czesku było. No to sprawdzilam jeszcze paru członków rodziny, m.in. brata rodzonego i dzieci starsze! Niedobrze, wszyscy jesteśmy:( Co za świat, jak z Orwella. wcześniej żyłam sobie w błogiej nieświadomości,  a teraz muszę pogodzić się z myślą, że każdy moze mnie jakoś tam namierzyć. Nie wiem, czy mi z tą wiedzą lepiej. A jeszcze przy moich zdolnościach do konspiracji...

10:26, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 listopada 2007
Pracowity poniedziałek

No i jakoś przebrnęliśmy przez poniedziałek. Autko u blacharza się liftinguje, znienawidzona wizyta w ZUS-ie odbębniona (jak ja nie cierpię tej instytucji, przez nią mało brakowało, a Trusia wcześniej na świat by zawitała!), P. zrobił część badań okresowych (a to spory sukces), wywiadówka u Starszego Syna zaliczona, auto P. zarejestrowane, a ja podszkoliłam się troszkę w mammografii. Niestety wnioski ze szkolenia są takie, że NFZ ma troszkę inne poglądy na temat kierowania pacjentek do pogłębionej diagnostyki niż lekarze. I jak to pogodzić?

A moja Córeczka jest słodka. Nie śpi co prawda dalej, ale tak bardzo jej to nie przeszkadza. Nauczyła się robić "papa", woła "mniam" i mlaszcze na jedzenie, na czworakach-pełzakach zasuwa coraz sprawniej. A jak ona się dziś z psami biszkoptem dzieliła! Trzeba to było zobaczyć! Miałam wrażenie, że specjalnie mniam woła i łapcię po ciastko wyciąga, żeby je potem psu podsunąć. Psy oczywiście szybko dobrodzieja wyczaiły i ustawiły się w kolejkę po słodycze.

Tylko katar dalej biedusię męczy i kaszelek znowu wrócił. Najgorzej jest w nocy, bo Trusia zmęczona po całym dniu chce spać, a tu kaszel nie pozwala. Maluszek mój biedny- przytulam ją do siebie, siadam w łóżku i kołyszę, żeby znów zasnęła.

Niestety nadchodzi już czas na przemeblowanie mieszkania- staje się ono coraz mniej odpowiednie dla raczkującego malucha. Zewsząd wyglądają kabelki, dziurki w kontaktach, kwiatki na kwietniku, psie miski itp. A w przedpokoju rezydują buty w dużej ilości- nie wiem dlaczego buty wydają się Trusi szczególnie atrakcyjne kulinarnie. Obgryza swoje własne paputki, ale poluje także na nasze- jak może to ściąga nam je z nóg i natychmiast stara się skonsumować. Podobnie chciałaby z zabłoconymi buciorami...

P. łaził wczoraj po całym mieszkaniu i w różnych dziwnych miejscach ustawiał termometr- twierdził, że określa profil temperaturowy naszej chałupy. Nie wypadło ciekawie- w niektórych miejscach przy podłodze- czyli tam gdzie obecnie najczęściej przebywa Trusia- bywa zaledwie 17-18 stopni! Nie jest najcieplejsze to nasze mieszkanie. Do niedawna wcale mi to nie przeszkadzało, a nawet tropiłam grzejące kaloryfery i zakręcałam im zaworki. A teraz wręcz odwrotnie- odkręcam kręciołki, tylko, że część z nich się na mnie obraziła i na kręcenie nie reaguje- mogę je nastawiać na najwyższy poziom grzania,a kaloryfer dalej zimny. No to się doigrałam! Trzeba będzie palenisko na środku dużego pokoju ustawić- miałoby ono swoje plusy, spaliłoby się papierzyska mężowskie, które zalegają na półkach i są bardzo ważne i absolutnie potrzebne- tylko, że kurz na nich juz kilkuletni świadczy o tym , że przez ten czas nie były wcale ruszane, więc ich ważność i niezbędność jest względna. (Papierzyska to taka moja mała domowa paranoja, z którą walczę, na razie jednak przegrywam.)

A teraz wracam wypróbować w praktyce moją świeżo zdobytą na szkoleniu wiedzę. Do jutra:)

21:29, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 listopada 2007
Superniania potrzebna od zaraz

Nie wiem, czy Superniania może coś poradzić na nieśpiącego niemowlaka, ale może chociaż mamusię ustawi do pionu. Bo jak ów niemowlak już pół godziny w łóżeczku ryczy, to po prostu chowam konsekwencję do kieszeni i wyciągam biedaczkę z tego łóżeczka. Ona co prawda początkowo wtula się we mnie jak małpeczka i jest szczęśliwa, że ktoś ją uratował, ale za chwilę niewdzięcznica jedna każe się prowadzić po całym domu, życzy sobie światełkiem pstrykać, na aniołki pod lampą z maminych rąk patrzeć, possać troszkę, a potem mamusię gryzie bezzębnym dziąsełkiem . Taka to nagroda dla mnie! Może rzeczywiście jakiś ząbek jej się wykluje, w końcu niektóre niemowlaczki w jej wieku już po kilka posiadają.

Dziś- zgodnie z radą z kalendarza mojej córeczki z edziecko, zakupiłam Małej pluszową piłeczkę. Przyniosłyśmy ją do domu, po chwili szukam piłeczki, żeby ją z Trusią wypróbować- nie ma! Kurczę, myślę, co jest- najpierw rękawiczki mi zniknęły, a teraz piłeczka! z samochodu nie przyniosłam? Skleroza czy co? Ale w przypadku piłeczki to nie skleroza tylko psy- cichcem piłeczkę ukradły i schowały w swoim kojcu pod kocykiem. Bo do tej pory to one takie piłeczki dostawały, więc do głów im nie wpadło, że ta kolejna nie dla nich jest przeznaczona. No i nie ma Trusia piłeczki. Co prawda zawędrowała Mała do psiego kojca i piłeczkę tam odkryła, ale była już dość obśliniona (piłeczka obśliniona była nie Trusia, Trusia tylko zasmarkana), więc pozostała psią własnością. Za  to Trusia w odwecie postanowiła psom gumową świnkę zakosić! A świnka ta straszliwe piski z siebie wydaje. No to mamy przechlapane;)

A jutro pracowity dzień przed nami, bo muszę na szkolenie z mammografii się udać. Tatuś Trusi na tą między innymi okoliczność urlop wziął. Zostanę też chyba na tydzień pozbawiona mojego auteczka, bo ma jutro się udać na mały lifting. Ojoj, perspektywa braku autka nie jest przyjemna:(

22:56, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 listopada 2007
Nic nie lepiej

W kwestii spania znaczy się lepiej nie jest. Trusia się pracowicie odzwyczaja. Za to załapala nowy katar, co jednak szczęśliwie nie psuje jej w dzień humoru. Bo mimo tego niespania Mała potrafi być całkiem żywotna i radosna- o ile tylko jej ukochana mamusia jest w pobliżu. A mamusia w związku z tym pada na tzw. pysk i nawet swojego bloga pisać dziś nie ma siły. Dodatkowo niewyspana jest bardzo, bo Syn Starszy z koncertu powrócił był do domu o trzeciej w nocy, a mamusia przeklinała własna głupotę, że się zgodziła na to wyjście na koncert. I nie spała oczywiście, wydzwaniała na komórkę, która nie miala zasięgu, wyglądała oknem, rączki jej się trzęsły i solennie sobie przyrzekała, że juz nigdy synka na koncert wieczorem nie wypuści! Na szczęście Syn wrócił cały i zdrowy, tylko zmarznięty nieco, przez co do posiadanego już kataru i bólu gardła oraz zatok dołączył się dziś gustowny kaszelek. Poza tym nockę umilał jeszcze Truś, który właśnie zaczynał był być zakatarzonym, obudził się więc, przyssał, ale usiłował noskiem zatkanym oddychać, co skończyło się wielkim pawiem- obrzygana mamusia mogła sobie zmienić piżamkę! Córci tez piżamkę zmienić mogła, co bynajmniej nie wprawiło malucha w dobry humorek- kto to widział, żeby dziecko małe w nocy rozbierać i łapki mu w nowe rękawki znienawidzone wciskać (bo Córcia ma też fazę niechęci wielkiej do ubierania, rozbieranie jakoś toleruje).

Ha, nasi wygrali z Belgią. Co prawda kibicem nie jestem i piłka nożna mogłaby dla mnie nie istnieć. Czasami bywam nawet jej wrogiem, jak "kibice" smarują mi na balkonie nazwę klubu albo jak mi na dyżur przywożą w nocy dźgniętego nożem kibica przez kibica innej drużyny (moje współczucie do niego zmalało, jak przy mnie przez komórkę umawiał się ze swoimi kumplami, gdzie się mają udać i komu nakopać!). Ale zawsze miło, że naszym coś się udało.

A teraz scenki z dnia dzisiejszego z Trusiem w roli głównej.

Tak to właśnie kocham tą śliczną dziewczynkę w lustrze. Co prawda bardziej przypomina to próbę zjedzenia "konkurentki" niż całowanie, ale czyż nie jest słodkie?

Pędzę, pełznę, szybko, szybko i zaraz dopadnę- zgadnijcie kogo?

A tu się umuzykalniam (urytmiczniam)  i gram pięknie na dżambie Siostry Starszej. Baardzo mnie to bawi:)

A kuku!

Tak to wczoraj udało się Trusi usnąć po południu- nie na długo jednak!

A teraz Truś śpi i ja też idę spać. Dobrej nocki wszystkim:)

22:38, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 listopada 2007
:-(

Czuję się skonana i pokonana przez dziewięciomiesięcznego niemowlaka. Ktoś mi zaczarował córeczkę- nie chce spać, nie chce jeść, ryczy rozdzierająco jak odchodzę tylko kawałeczek, nawet pierś ssie w przedziwnych pozycjach. Każe się bez przerwy prowadzić za rączki i gania po całej chałupie albo chce żeby ją nosić na rękach- oczywiście to ja mam być tragarzem. Urudnia wszelkie próby posadzenia jej- sztywnieje przy wkładaniu do krzesełka, sadzaniu na podłodze, za to wkładana do łóżeczka zwija się i wierzga. Macha łapami i wytrąca mi z ręki łyżeczkę z jedzeniem, szarpie za obrus, próbuje mi wytrącić z ręki kubek z herbatą. Po prostu od paru dni jest straszna! Dziś wyprowadziła mnie z równowagi i aż na nią nakrzyczałam- patrzyła potem zdziwiona z podkówką na buzi, niezdecydowana jeszcze, czy ma się rozryczeć. A tak sobie kiedys obiecywałam, że nigdy na nią nie nakrzyczę, że będę się starać, żeby jej w życiu dobrze było- kilka dni przed jej urodzeniem zrobiłam bardzo głupią rzecz, pokłóciłam się z Piotrem o bzdurę właściwie, wsiadłam do samochodu i pojechałam przed siebie. Po jakimś czasie zatrzymałam się na parkingu  i ryczalam jak głupia, a mój nieurodzony maluszek zaczął mnie pocieszać, kopiąc delikatnie. Obiecałam jej wtedy, że zawsze będzie dla mnie najważniejsza, że już nigdy nieczego takiego głupiego nie robię, że będę robić wszystko, żeby  była szczęśliwa. Ale coś mi się nie udaje. Szkoda mi mojego malutkiego niewyspanego Trusia, z podkrążonymi małymi oczkami.. Ale drań nawet przy piersi zasnąć nie chce- ślepki przymyka i za chwilę otwiera je i sprawdza, czy jestem (jakby sam kontakt fizyczny nie wystarczył). A w nocy Trusik niedobry przysysa się bez przerwy i nie chce dać się odczepić (o próbach przenoszenia jej z powrotem do łóżeczka dawno już zapomniałam). Mam nadzieję, że moja Córcia odmieni się wkrótce na lepsze, bo inaczej zwariuję.

Miałam kiedyś, przed jej urodzeniem, takie małe marzonka, planiki takie. Jednym z nich była chusta- marzyło mi się, że będę w niej nosić mojego niemowlaczka, że będziemy sobie blisko i razem. Niestety nie udało się tego zrealizować. Zakupiłam co prawda aż dwie chusty-nosidełka, ale mój maluszek nie chciał w nich leżeć. Jak miała parę tygodni to co prawda czasami udawało mi się ją uśpić w chuście, ale nie było jej tam zbyt wygodnie. A noszenie większej Trusi w pionowej pozycji w chuście okazało się jeszcze mniej wygodne. Może gdybyśmy miały chustę wiązaną... Tak więc własny niemowlaczek w chuście zostanie moim niezrealizowanym marzeniem.

Drugim marzonkiem był basen- chciałam moją małą córeczkę zapisać jako niemowlaczka na zajęcia na basenie. Jak dotąd jeszcze mi się to nie udało. Co prawda Trusia jeszcze jest niemowlakiem, ale już niedługo. A w szufladzie leży cała paczka drogich jak fix basenowych pieluszek- mają wystarczyć do 12kg, mamy więc jeszcze troszkę czasu...

Inne marzonko to była karuzelka, którą chcialam Trusi zakupić. Miała sobie wisieć nad łóżeczkiem, ale zamiast misiów czy innych zabawek miały na niej dyndać aniołki. Nie dostała jednak Trusia karuzelki i już nie dostanie. Tylko aniołków w naszym domu dostatek- wiszą na wszystkich lampach, siedzą na półkach, stoją w łazience, wyglądają z każdego kąta. Bo w naszym domu mieszka chyba ze 150 albo i więcej aniołków, a w Boże Narodzenie jeszcze ich przybywa, bo dochodzą te choinkowe. To takie moje małe hobby. Ale karuzeli z aniołami nie udało mi się zrealizować.

Spacery z Trusią i psami to było kolejne marzonko- cieszyłam się, że i psy zyskają na narodzinach Trusi i  wreszcie będą wyspacerowane. I tego też nie udaje mi się uskutecznić. Psy na widok wózka podnoszą straszliwy hałas, latają jak opętane dookoła- a ponieważ są na smyczach to oplątują wózek, mnie, siebie i trudno się potem z tego wyplątać. Tak więc sama nie wyruszam z nimi i Trusią na spacer, potrzebna jest do tego jeszcze jedna osoba.

A od czasu do czasu powraca marzenie o tym, żeby wynieść się z miasta do małego własnego domku. Z ogrodem, widokiem na górki. Bez pobliskiego centrum handlowego, widoku z balkonu na śmietnik, do którego śmieci przywożą szczęśliwi posiadacze własnych domków, tak że w końcu śmieci owe wypełzają na zewnątrz i mogę je sobie z okna podziwiać. Bez panów sikających  za winklem, samochodów nauki jazdy nieustannie trenujących parkowanie na przydomowym parkingu. Tak mi się czasem w głupiej głowie marzy. Ale gdybym ów domek juz posiadała, to dziś na pewno nie byłoby obiadu, bo bym się nie wykopała po zakupy. I nie chodziłaby na taniec brzucha. I na pewno trudniej by mi było popołudniami zarabiać pieniążki. I jeszcze wiele innych minusow by było...Za to może Starsza Córka i Starszy Syn nie udaliby się wieczorem na koncert i spotkanie z kolegami i ja nie musiałabym się denerwować, kiedy wrócą. A tak czeka mnie nadsłuchiwanie szmeru klucza w zamku albo próby skontaktowania się z nimi na komórkę- zwykle kończą się one fiaskiem, bo w krakowskich piwnicach i innych starych murach nie ma zasięgu:(  Tak to właśnie jest- małe dzieci przynajmniej siedzą wieczorami w domu. Ale kiedyś nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba im pozwolić na samodzielne wyjście do kolegi albo na plac zabaw, potem na koncert, wyjazd na Woodstock, wypad w góry z przyjaciółmi. Oj, nie jest łatwo też z dużymi dziećmi, chociaż nie trzeba ich nosić na rękach, nie machają łapami i nie wytrącają łyżeczki z jedzeniem, chodzą same, a rano zwykle same chcą spać dłuuugo.

No, to sobie pomarudziłam, a Trusia  w miedzyczasie łaskawie dała się wieczornie uspić tatusiowi. Mogę więc wrócić do zarabiania pieniążków na ptifurki;)

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Nie lubię zimy?

No kurczę, chyba poglądy na zimę we mnie ewoluują. Zawsze widok śniegu za oknem napełniał mnie optymizmem, a teraz coś odwrotnie. Śnieg oznacza uwięzienie w Trusią w chałupie! Wózek za bardzo nie sforsuje tych zasp, co to w nocy powstały. A sanki nawet nie wiadomo gdzie są i czy do czegokolwiek się nadają?Tylko myśl o ew. wyjeździe na narty trzyma mnie życiu- ale kiedy to nastąpi i czy w ogóle? Myślimy, żeby wyjechać na pierwszy tydzień ferii w moje ulubione miejsce na Słowacji. Tylko czy wyjazd z niemowlakiem logistycznie nas nie przerośnie. W lecie jakoś łatwiej było..

A Truś też się na mnie uwziął, niedobra jest strasznie. Rano obudziła się o szóstej, co dla niej jest niezwykłe. Przeważnie oczki otwiera przed ósmą! Na szczęście udało mi się wesołego dzidziusia o tej barbarzyńskiej godzinie jednak jakos spacyfikować. Ale dalsza część dnia wcale nie mija nam sielankowo- Trusik nie chce jeść, łapami na łyżeczkę macha, złości się, ziewa, ale spać też nie zamierza. Dobrze chociaż, że Starsza Córka zawróciła do domu z wyprawy na konie- śniegu za dużo nawet na konia napadało. Dzięki temu mogłam chociaż obiad przygotować. Może Trusi też w domu nudno...

A na deser obiecane jamniki.

Klucha, Truś i Wojtek

Krokiet

11:31, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Archiwum