RSS
czwartek, 15 listopada 2007
Czujna Trusia

Trusia musi być czujna, nie może ani na chwilę zasnąć. Ma ważną misję do spełnienia, nie może stracić z oczu mamusi. Dlatego dziewczynka nie śpi w dzień, buntuje się przed spaniem w wózku, śledzi mamusię w każdej chwili dnia, a w nocy szybko przeprowadza się do mamusinego łóżka i wciąż pilnuje. Ważny jest nie tylko kontakt wzrokowy ale też dotykowy- najlepiej jak największą powierzchnią ciała. Optymalnie byłoby się do mamusi przylepić jakąś Kropelka albo Ośmiorniczką. Z braku w/w należy działać podstępem i wrzeszczeć, jak mamusia oddali się na odległość większą niż 20cm oraz pełznąć szybciutko w jej kierunku! I tak to pracowicie spędza dzionki i nocki mały dzielny Truś.

A dziś mamusia musiała po południu udać się do pracy- jak co czwartek. Truś był więc nieszczęśliwy, a do tego śpiący, bo wcześniej pilnował mamusi i pozwolił sobie jedynie na króciutką drzemkę na mamusiowych kolanach. Została nieszczęśliwa dziewczynka z rodzeństwem, które miało inne plany na popołudni niz taszczenie marudnego niemowlaka non-stop. Starszy Brat w pewnym momencie w chwili desperacji wpakowal sobie dzidziusia do nosidełka, coby przynajmniej ręce mieć wolne. I umęczona dzidzia w owym nosidełku usnęła. Okrutna Starsza Siostra nakazała dzidziusia do łóżeczka przełożyć, co zostało uczynione. Oczywiście Trus obudził się natychmiast, jak tylko poczuł znienawidzony łóżeczkowy materacyk. Ale sprytne rodzeństwo się nie poddawało- włączyło siostrzyczce muzykę i wyszło z pokoju zamykając drzwi. Niestety to, co czasem działało (marudzący dzidziuś w końcu usypiał) tym razem jakoś nie chciało zadziałać- Trusia wciąż nieszczęśliwa ryczała rozgłośnie. Po półgodzinie nawet okrutna Starsza Siostra poczuła współczucie i wlazła do pokoju. I cóż zobaczyła? Dlaczego to Truś usnąć nie mógł? Ano dlatego, że Truś stał biedaczek trzymając się szczebelków łóżeczka, a na stojąco trudno jest zasnąć. Chociaż akurat mamusie czasem potrafią i to!

A za oknami świat znów się zmienia, powoli zanikają różnicę między ulicami, chodnikami i trawnikami. Wszystko pokrywa się białym puchem, samochody zmieniają się w pagórki- a między nimi stoi sobie mój kochany samochodzik, który co prawda posiada garażyk, ale od kiedy wiosną garażyk ów został zaanektowany przez Starszego Syna na studio nagrań autko musi moknąć na dworze. Działania Starszego Syna doprowadziły garażyk do stanu ruiny i, mimo że ostatnio został doprowadzony do jako takiej używalności, to jednak jest jeden malutki problem- brama- w wyniku osiadania budynku oraz "usprawnień" wprowadzonych przez Starszego Syna i jego kolegów-majsterklepków brama owa z trudem się otwiera, a zamknąć ją potrafią bardzo nieliczni. Ja niestety do tych nielicznych nie należę! Tak więc jutro trzeba będzie w wielka miotłą i szuflą wyruszyć, coby autko spod śniegu wykopać:(  A tego aspektu zimy to ja na pewno nie lubię!

A Synek Starszy chory trochę jest- katarek posiada, gorączuszkę niewielką i dodatkowo twierdzi, że bolą go zatoczki. A dlaczego zatoczki go bolą? Ano bo czapki nie nosił! A dlaczego owej czapki nie nosił? A bo koledze zimno w głowę było i mu swoją czapkę pożyczył! Czy to dobre serce i czy strategia? Bo w końcu nie od dziś wiadomo, że młodzi ludzie za czapkami nie przepadają i kombinują, jak się ich pozbyć. Już od niemowlęctwa się w tym ćwiczą, Trusia ostatnio już zaczęła zabiegi czapkopozbywające. Tylko trudno jej te sznureczki sforsować!

21:27, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 14 listopada 2007
Trusia 9 miesięcy temu i dzisiaj

Krasnal 9 miesięcy temu

I Skrzatka dzisiaj. Ale czas mija, a dzieci rosną, prawda:)))

23:25, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Pierścionek z brylantem

9 miesięcy temu urodziła się Trusia.  A gdzie mój pierścionek z brylantem? No właśnie, nie ma go, a przynajmniej w moim posiadaniu go nie ma. A obiecał mąż, obiecał! Za taka cudną Trusię to właściwie nie tylko pierścionek się mi należy, ale kolczyki i kolia. Cała mogłabym być brylantowa. A mąż się wije jak piskorz i twierdzi, że miałam go do tego pierścionka osobiście doprowadzić. I w zamian proponuje diamentowe wiertełka i coś tam podobnego:(((

No to załóżmy, że brylancikiem jest Truszonek. Doskonali pełzanie dzielna dziewczynka i już z nieporadnej i powolnej dżdżownicy przeistacza się w gąsienicę-sprinterkę lub inną skolopendrę. A w trakcie owego pełzania dodaje sobie animuszu głośnymi okrzykami! Dziś nawet postanowiła mnie zaśledzić, jak ją na chwilkę zostawiłam na podłodze w pokoju, a sama udalam się do łazienki obok. Truś z pozycji siedzącej przełożył się na brzuszek i wyruszył na poszukiwanie mamusi. Dzielna dziewczynka!

A na drugiej lekcji tańca brzucha głęboko ukryty we mnie talent wciąż nie eksplodował. Ale wciąz wierzę, że kiedyś... Najwyżej trzeba będzie kurs podstawowy powtórzyć parę razy. A może trzeba ten pasek z dzwoneczkami zakupić, żeby talent wywabić? Hmm, należałoby to rozważyć...

Dziś też inny jubileusz- już od miesiąca dzielnie piszę bloga. No, bardzo jestem z siebie dumna. Ciekawe na ile jeszcze starczy mi zapału.

A kremiki zostały zakupione więc zmarszczki drżyjcie! :)))

 

22:05, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 13 listopada 2007
O krasnalach ciąg dalszy

Te krasnoludki to juz częściowo na urlop pewnie poszły. Dotąd dbaly dzielnie, żeby uzupełniać kończące się kosmetyki, a od piątku coś zapomniały. Powoli zaczyna dochodzić do stanu klęski kremowej. W piątek definitywnie skończył się mój krem na noc- no dobra, zaczęłam stosować ten na dzień. Dziś krem na dzień osiąga dno- można jeszcze smarować się kremem pod oczy, ale ten długo nie pociągnie. Całe szczęście , że krasnale zadbały chociaż o balsam do ciała kiedyś wcześniej, bo krem pod oczy musiałby mi wystarczyć na cale cielsko i wtedy zakończyłby pewnie żywot gdzies w okolicach pierwszego uda:) Mąż mój kochany co prawda wspomniał nieśmiało, że kremu Nivea jest pod dostatkiem i że on go z powodzeniem stosuje. No to poczekamy, ciekawe, czy będzie mnie dalej kochał, jak będę miala zmarszczki jak Rów Mariański albo Wielki Kanion (głębokie takie te zmarszczki będą moje, bo w/w miejsca swoich zmarszczek zapewne nie posiadają)!

A zakup kremu, to dla mnie sprawa bardzo poważna. Po pierwsze nigdy nie kupuję tego samego, co to już go wczesniej miałam, bo żyję w przekonaniu, że skóra się do tamtego starego przyzwyczaiła, a poza tym jest tyle różnych innych do przetestowania. No i stoję przed tymi kremami i myślę, a gorzej się czuję niż osiołek, co to mu w żłobie dano. Czytam informacje na pudełeczkach, przypominam sobie reklamy w TV- i nie mogę się zdecydować, czy wolę wyglądać jak Claudia Schiffer, czy Andy McDowell czy może Agnieszka Maciąg? Nie mogę też się do końca zdecydować, czy jestem już kobietą dojrzałą, czy może jeszcze nie całkiem- jak by sądzić po stanie umysłu, to powinnam kupować te przeciwpryszczowe;).

I tu dochodzimy do puenty- z powodu opadów śniegu w Krakowie, zimna, wiatru i ogólnej plugawości z jednej strony oraz bycia praktycznie jedyną opiekunką niemowlęcia w wieku 9 miesięcy z drugiej NIE JESTEM W STANIE owego kremu (teraz już kremów) sobie zakupić. Czuję się trochę jak księżniczka uwięziona na szklanej górze albo w wieży jakiejś- potrzebuję wyjść z domu, zrobić zakupy, KREM  sobie nabyć i się nie da. Domownicy żyją własnym życiem, szkołą, pracą, treningami itp. i nie kwapią się do roli baby-sittera. Udaje mi się pozostawić z kimś Trusię tylko na czas wyjścia do pracy w przychodniach, ale chytrze wypytują mnie, kiedy wracam i rozliczają co do minuty! Wyjść na zawieruchę z nie całkiem jeszcze zdrowym Truszonem się też nie da- Mała nie cierpi siedzieć zafoliowana w wózku, a jak śnieg wali płatami, to trudno żeby siedziała bez budki i folii. Nie da się też pojechać z Trusią samochodem do jakiegoś handlowego centra, bo w samochodzie jeżdżą dwa komplety letnich opon- moje i mężowskie. Mąż wreszcie się zdecydował na wymianę i najpierw do mojego autka załadował dwa komplety zimowych (bo ja dużym autkiem jeżdżę, takim siedmioosobowym- i bardzo je lubię), potem udal się w celu wymiany, ale już nie zdążył wypakować letnich do garażu i jeżdżą sobie w moim autku, w związku z czym Trusia już się nie mieści- no ona sama jeszcze by wlazła koło tych opon, ale jej wózek juz na pewno nie!

I to by było na tyle w kwestii krasnoludków i kremów na paszczę. A na deserek Truś i jej "warkoczyk":))

Tam z tyłu na potyliczce wyrasta kiełek przyszłego warkoczyka Trusi. Na razie przypomina co prawda kaczy ogonek, ale jak się uruchomi wyobraźnię.....

I jeszcze ostatnia fotka- Trusiowa miłość do balonów objawia się tak:

Niestety większość baloników długo takich karesów nie wytrzymuje:( Ale w szafce siedzi zapasik, więc można spróbować następnego;)

 

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Krasnoludki
W każdym prawie domu zamieszkują niewidzialne krasnoludki. Dzięki nim nigdy nie brakuje chleba na śniadanie, innych rzeczy do jedzenia zresztą też. Gotują obiady, dbają, żeby w szufladach zawsze była czysta bielizna i skarpetki.  Szorują wannę, umywalki i kible, zamiatają podłogę. Wysyłają świąteczne i imieninowo-urodzinowe kartki. W ogóle są niezbędne, żeby dom jakoś funkcjonował. Niestety moje krasnoludki zażądały urlopu od zaraz, także tego zaległego i na dodatek z odsetkami. Zapowiada się ciężki kryzys. Apeluję więc- jak ktoś zna bezrobotne i chętne do podjęcia pracy krasnoludki, to niech je do nas podeśle. Sprawa pilna!
11:23, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 listopada 2007
I wieczór pierwszgo dnia tego samego nowego tygodnia

No, sytuacja wróciła do normy- NIE MAM IDEALNEGO DZIECKA! Poranne spanko w łóżeczku trwało zaledwie pół godzinki i juz się w dniu dzisiejszym nie powtórzyło. Wszelkie próby włożenia śpiącego niemowlaczka do łózeczka powodowały, że niemowlaczek ów przybierał pozycję siedzącą i nie dało się go rozpłaszczyć (dla równowagi przy próbach posadzenia niemowlaczka w krzesełku staje się on niezwykle sztywny i nie sposób go zgiąć). W rezultacie Młoda była marudna, śpiąca i nie wiedziała sama, czego chce- a ja wiedziałam- chciała spać, ale pozostawała głucha na wszelkie moje argumenty! No, były też momenty ożywienia- Trusia biegała na dwóch nogach po chałupie, ze mną jako konstrukcją podtrzymującą- obawiam się, że już nigdy się do pełnego pionu nie wyprostuję. Były tez momenty, kiedy pozwalała się łaskawie posadzić na dywanie- wtedy ja musiałam być tuz obok, kontakt fizyczny był niezbędny- nie wystarczało, że siedzę niedaleko, nie wystarczało nawet, że Mała się opiera o moje kolano-od czasu do czasu macała jeszcze łapką, czy abym się gdzies nie zgubiła albo wspinała się po mnie, żeby mnie dodatkowo do podłoża przygwoździć. Miałyśmy też chwilę zabawy przed lustrem- Dzidzia z radością powitała ślicznego uśmiechniętego niemowlaczka, a następnie próbowała go zjeść przysysając się do lustrzanej tafli- zdjęć z tych jakże uroczych momentów brak, bo wymagało to ode mnie odejścia kawałeczek, a wtedy żadna nawet najpiękniejsza dzidzia w lustrze przestawała się dla Trusi liczyć.  Z innych domowych rozrywek były próby zeżarcia butów Starszego Brata, polowanie na jamniki, a właściwie na numerki przy ich obróżkach oraz kłapanie paszczą i przekrzykiwanie się z mamusią- bardzo to Truszona rozbawiło, ale nie aż tak, żeby się głośno roześmiać, o nie! Ciekawe, czy i co kiedyś sprawi, że moja Córeczka zacznie się na głos zaśmiewać (wiem, że są dzieci, które tak robią!)- jak na razie sprawiają to tylko łaskotki i to nie zawsze, ale to się nie liczy.

Poczytałyśmy sobie na edziecko w naszym kalendarzyku, co też Panna prawie dziewięciomiesięczna robić powinna- no i znowu jesteśmy zapóźnione. Obiadek powienien składać się z dwóch dań- kurczę, a u nas z jednym wciąż bieda. Dzidzia powinna poszerzać zasób słownictwa (?)- na razie nie zauważyłam, żeby jakikolwiek zasób posiadała, bo to, że wreszcie po długim niemówieniu sylab zaczęła jakieś z siebie wydobywać raczej się nie liczy. Gada je sobie zupełnie przypadkowo- czasem jak jest radosna mówi "tatatata", a czasem "mamamama"- i nie oznacza to bynajmniej miłości do któregoś z rodziców.

Za to przekonałam się, że posiadam wroga osobistego w pewnym bankomacie- już drugi raz w ciągu niedługiego czasu wessał moją kartę i nie chcial oddać. A ja cierpię na pewną paranoję- otóż jak nie mam w portfelu gotówki to ABSOLUTNIE muszę w bankomacie sprawdzić saldo, nawet wtedy, gdy na koncie powinny siedzieć sobie bezpiecznie pieniążki (bo np. wieczór wcześniej sprawdzalam przez internet i tam były). Bo gdyby tak w nocy się wydały i juz ich nie było, a ja zrobiłabym zakupy i przy kasie nie mogłabym za nie zapłacić- co to byłby za obciach! (Przy mojej łatwości w wydawaniu pieniędzy to nocne wyczyszczenie konta nie byłoby wcale takie niemożliwe, myślę, że mogłabym pewne zakupy robić nawet na pół śpiąco- np. Trusiowe ciuszki mogłabym kupować zawsze!). No a ten bankomat wredny juz drugi raz zapyane przeze mnie uprzejmie o saldo wessał moją kartę i nie chcial ani salda podać ani karty oddać. A za plecami moimi dyszał niecierpliwy tłumek, bo drugi bankomacik w CH oczywiście był chwilowo out of order! Jak sięgałam po telefon, coby wybrać numerek alarmowy na wrednym urządzeniu podany, zdecydowało się ono moją kartę wypluć, nie zaspokajając jednak mojej ciekawości nt. stanu mojego konta! Trzeba będzie sobie znaleźć inny przyjaźniejszy bankomacik, bo przy takich stresach długo nie pociągnę;)

Za to sukcesem zakończyły się poszukiwania okularków dla Starszego Syna- tzn. połowicznym sukcesem, bowiem okularki są obstalowane, ale nie wyglądają tak  --o-o--, czyli nie są to wymarzone przez P. lennonki. Bo lennonków nie ma!- teraz wszyscy noszą prostokątne, ew. owalne, a okrąglusie znaleźć można tylko w dziecięcej kolekcji- niestety P. jakiś czas temu wyrósł z tego działu. A przy okazji zadziwiłam się niepomiernie- im mniej jest okularków tym są one droższe!- do tej pory wiedza nt. cen oprawek była dla mnie wiedzą tajemną, bo nikt z nas okularów do tej pory nie nosił. Rozumiem teraz, dlaczego mąż odzyskal nagle i cudownie bystry wzrok- jakiś rok temu marudził, że gorzej widzi, był nawet u okulisty w ramach badań okresowych pracowniczych i p. doktor jakieś tam połóweczki mu przepisała. Udał się mąż radosny marzący o własnych dodatkowych patrzawkach do salonu i powrócił markotny jakiś. Doszedł do wniosku, że jeszcze nie jest tak źle z jego wzrokiem. No to teraz wiem dlaczego!!!A jak troszkę się jeszcze pomęczy z lekko zamazanymi literkami, to zniżka w Vision Express urośnie i może się zdecyduje.

Na dobranoc widoczek, który mnie wzrusza, rozbraja, przyprawia o łzy i po najgorszym dniu sprawia, że kocham ją jeszcze mocniej.

Trwaj chwilo. Aż szkoda odkładać do łóżeczka :)::: (te kropusie to łezki, co mi z oczu kapią, głupie takie).

21:00, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Poranek nowego tygodnia

No może z tym porankiem przesadziłam trochę, bo juz 10.00, ale dla nas to wciąz początek dnia. Truś śpi- w łóżeczku!!! Niestety w nocy Córka Idealna postanowiła nieco zmodyfikować swój niebiański wizerunek. Zamieniła się w przyssawkę-pijawkę i nie można jej było od maminej piersi odczepić. Na wszelkie próby odseparowania dziecka od mamusi reagowała gniewnym sapaniem i chrząkaniem. W trakcie sielanki ssaczek zreszta tez od czasu do czasu otwierała ślepia na okrągło i wpatrywala się usilnie w mamusię- może by tak już wstała i troszkę się z dzieckiem pobawiła. Jednocześnie macała rączką z tyłu w poszukiwaniu tatusia, a jak nań natrafiła, to po omacku usiłowała wyrwać mu wąsy lub wydłubać oczko- w końcu po co tatusiowi dwa oczka?

A za oknem znowu pada mocno, spacerek codzienny stoi pod duuużym znakiem zapytania. Oj, trzeba będzie wysilić się i wymyslić jakieś domowe rozrywki. Ale jak tak w ogóle to lubię zimę, a widok świeżego bialego śnieżku za oknem, zwłaszcza tego pokrywającego gałązki na drzewach, zwykle nastraja mnie optymistycznie do życia. Można zacząć myśleć o Świętach- już się cieszę na minkę Trusi na widok pierwszej w życiu choinki!

10:07, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2007
Niedziela

Za oknem zima w pełni, Truszonek śpi wreszcie- taka jeszcze przed momentem radosna była, że obawiałam się, iż wcale nie uśnie. A tu znienacka maluch śpi. Zaczynam żywić podejrzenia, że moje dziecko postanowiło wygrać w konkursie na dziecko idealne- konsekwentnie zasypia w łóżeczku nie tylko wieczorami, ale też w ciągu dnia! Wczoraj po południu spała dwie godziny! No sukces prawdziwy- a może to moje cudowne metody wychowawcze?- podstawowa z nich to rozpieszczać Ptifurkę, bo od tego jest;)

Wczoraj Dzidziołka odkryła nową fascynującą zabawkę- styropian. Mieliśmy tu mały kociokwik- P. skręcal Córce Starszej trzydrzwiową szafę i elementy owego mebla zalegały na całej podłodze. Dzindzin upolował sobie kawałek styropianu i - radość wielka!- odkrył, że drapiąc styropian generuje liczne malutkie kuleczki na podłodze. No i dalejże drapać, skubać i cieszyć się ogromnie. Wkrótce mieliśmy zimę także w pokoju.

Moje obserwacje, co do diety niemowlęcej potwierdzają się- Królik z ryżem i brokułami trafił do psich misek, a Dzidzia głośno domagała się swojego udziału w pizzy i żurku! Także domowe gofry bardzo się jej od pierwszego spojrzenia spodobały i mlaskała na nie zawzięcie, a chwilami nawet pokrzykiwała na mnie głośno- Co mama, nie rozumiesz dziecka, dawaj gofra szybciutko!

Truś coraz sprawniej przemieszcza się czterokończynowo- wciąż trudno to nazwać raczkowaniem, ale pełza już co najmniej tak dobrze, jak dżdżowniczka- udało się jej doczołgać do psiej miski szybciej niż zdążyłam zareagować- na szczęście była to miska z wodą! Myślę jednak, że już wkrótce Trusia podzieli się z psami ich suchą karmą. Także moje obawy, co do dalszej eksploracji zmywarki potwierdzają się szybciej niż myśłałam- dziś już pół Dzidzi w zmywarce się znalazło. Następny pewnie będzie piekarnik, bo Trusik bystrym oczkiem łakomie nań spoglądał. Oj, trzeba będzie uważać. Dobrze, że nie odkryła jeszcze kosza na śmieci;)

Równocześnie z doskonaleniem pełzania/raczkowania wprawia się Trusia w przemieszczaniu na dwóch kończynach, co nadwyręża mój kręgosłup. Niedługo pewnie się już z tej pochylonej pozycji nie wyprostuję. Ale wtedy może Truszka będzie chodzić już sama i pożyczy mi swój wózeczek;)

Tak właśnie stara się Trusia przemierzać mieszkanie, czasami nawet próbuje być bardziej samodzielna i puszcza jedną rączkę.

A tu smutny pies, bo Trusinek nie chce się nim bawić. Żywe jamniki niechętnie pozują, aparat najwyraźniej je peszy. Ale na pewno kiedyś pojawią się na blogu osobiście.

 

21:25, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 listopada 2007
Zwierzaki i my

Od paru miesięcy Truś zaczął zwracać uwagę na domowe zwierzęta. Jeszcze w czasie wakacji psy nie stanowiły dla Małej specjalnej atrakcji, popatrywała na nie, ale nie próbowała się zaprzyjaźniać. Psy zaś na Trusię reagowały każdy inaczej. Klucha starała się dzidziusiem opiekować odkąd znalazł się w domu- kładzie się zwykle przy łóżeczku jak Trusia śpi , przy moich nogach, jak karmię Małą a najchętniej na dywaniku lub kocyku, na którym Trusia się bawi. Zwykle przynosi też jakąś swoją zabawkę.Trusia natomiast stara się Kluchę ucapić i trochę pomiąchać. I bardzo zazdrości Klusce jej czerwonej obróżki z ćwiekami, pewnie sama by taka chciała;) Próbuje wydłubać chociaż ćwieczki. No i nuemerek psi jest także obiektem godnym trusinego pożądania. Klucha dość cierpliwie znosi Trusine "pieszczoty", a jak ma dość po prostu odsuwa się poza zasięg małych rączek.

Drugi jamnik- Krokiet- nie zwrócił szczególnej uwagi na nowego domownika i do tej pory traktuje Trusię jak domowy sprzęt, mebelek jakiś. Jak akurat Mała siedzi na podłodze, a on pędzi do miski z obiadem i dzidziuś znajduje się na trasie, to stara się malucha przeskoczyć. Jak macha ogonem, często potrąca Truśkę. Ona wtedy usiłuje ten ogon ucapić, ale Krokiet nie daje się Trusi upolować tak jak Klucha i raczej Małej unika. Tylko wtedy gdy Truś się pożywia np. ciasteczkiem staje się nagle wielkim przyjacielem malucha i czeka- a nóż coś spadnie.. Również skorupka z tartego jabłuszka sprawia, że zbliża się do Truśki i czeka aż ową skorupkę dostanie.

Poza jamnikami w domu są obecnie dwa szczury. Stanowią one obiekt Trusinej fascynacji, ale same nie próbują się z Małą zaprzyjaźniać. Za to Truśka bardzo by chciała je troszkę pomiąchać.

Kiedyś w naszym domu były jeszcze inne zwierzaki. Pierwszy był lądowy żółw Franek, mieszkał z nami kilka lat i bardzo go lubiliśmy. Miałam nadzieję, że nas przeżyje i zostawimy go w spadku wnukom;) Pewnego dnia jednak Franek zniknął- istnieje podejrzenie, że przeszedł przyspieszoną ewolucję, zamienił się w ptaka i gdzieś odleciał. W każdym razie w domu, na balkonie ani pod balkonem Franka nie było.

Po Franku nastał królik zwany Pasztetem- ten z kolei przepadł w ogródku moich rodziców- ogródku otoczonym wysokim murem, w którym królik spędzał letnie wakacje.

Była też Kota Pucha i jej kociaki-Kluska,Pulpet i Makaron. Z kociakami zaprzyjaźniał się paromiesięczny wtedy Wojtek- Wojtuś drzemał w leżaczku, a na nim trzy małe kotki- niestety nie ma żadnego zdjęcia, a szkoda. Kocięta udało się nam rozdać, a Kota Pucha po jakimś czasie zwiała i nie udało się nam jej odnaleźć. Do tej pory podejrzliwie przyglądam się wszystkim burym kotkom, ale chyba nie umiałabym jej rozpoznać.

Był krótki epizod z żółwiem wodnym, zwanym Gollumem- Córka Starsza dostała go od kolegi. Tego zwierzątka jednak nikt dobrze nie wspomina- miał paskudny charakter, syczał i gryzł. A do tego rósł tak szybko, że akwarium wkrótce zrobiło się za małe. Znalazł się szczęśliwie inny kolega, który go przygarnął.

Jeśli chodzi o myszowate, to posiadaliśmy już cztery myszki i trzy pokolenia szczurów- najpierw dwóch chłopców- Enciego i Kokosa (tak mały Wojtek wymawiał Crazy Crocos- to te krokodylki, co siedziały w jajkach-niespodziankach), potem dziewczynki Kawusię i Kapuczinkę, a potem Córka Starsza miała jeszcze jedną dziewczynkę o imieniu Zyzio. Wszystkie szczury i myszy zmarły śmiercią naturalną i mają swój cmentarzyk na trawniku przed domem, pod srebrnym świerczkiem zasadzonym tam przez nas (jedyna choinka w doniczce, która przeżyła Święta). Po pierwszych pogrzebach dzieci chodziły modlić się za szczurze duszyczki i paliły tam nawet świeczki. Całe szczęście, że nikt nie zaczął nas podejrzewać, że zakopaliśmy tam jakiegoś członka rodziny!

Mieliśmy także kolejnego królika- został znaleziony pewnego dnia pod garażem, pewnie ktoś go wypuścił wyjeżdżając na wakacje. Żeby nie było mu smutno zakupiliśmy mu do towarzystwa morską świnkę. Świnka ta "podstępna" była bardzo- początkowo udawała rozetkę, a ostatecznie wyrosła z niej świnka bardzo długowłosa. Trudno się było zorientować gdzie ma przód, a gdzie tył- z obu stron wyglądała tak samo. Ogólnie przypominała takiego włochatego mopa. Była też okropnie tchórzliwa, nie cierpiała przebywać poza klatką, a jak się już tam znalazła, to cupala nieszczęśliwa pod uchylonymi drzwiczkami od klatki i piszczała żałośnie. Równie, a może nawet bardziej nieszczęśliwa była, jak próbowaliśmy ją czesać, co przy jej fryzurze było koniecznością.

A teraz posiadamy dwa nowe szczurki- własność Córki Starszej i dwa jamniki. Klucha ma już osiem lat i mieszka z nami od szczeniaczka. Jak się u nas pojawiła Wojtuś przeżywał akurat okres panicznego strachu przed psami. I mimo że poszedł  nami wybrać pieska i sam się na niego zgodził, to jak tylko piesek w domu się pojawił Wojtuś przestał poruszać się po podłodze. Przez prawie dwa tygodnie szczeniak biegał po podłodze, a Wojtek skakał po meblach lub przenosił się na moich rękach. Już się baliśmy, że trzeba będzie pieska oddać, ale szczęśliwie obawy Ciecha minęły i zaprzyjaźnił się z Kluchą. Krokiet zaś mieszka z nami od ponad roku i jest znajdą. Przybłąkał się na balkon sąsiadów przyjaciółki Bogny. Nikt go nie szukał i nikt go nie chciał przygarnąć, bo wydawało się, że jest już starym psem. A ludzie, do których przyszedł nie mogli go zatrzymać. Trafił więc do nas, po wypraniu, wyczesaniu i wyleczeniu bardzo zyskał na urodzie. Okazało się zresztą, że jest młodziutki, weterynarz ocenił go na ok. rok.  Niecałe trzy lata temu mieliśmy też szczeniaczki-jamniczki i to był dopiero ubaw. Maluchy były takie cudne i miały tyle "genialnych" pomysłów. Żal było się z nimi rozstawać.

Posiadanie własnych zwierząt bardzo dużo dało starszym dzieciom, nauczyło je wrażliwości i szacunku dla innych stworzeń. Na wspólnych z jamnikami górskich wycieczkach dzieci potrafią odmówić sobie jedzenia czy picia byle tylko jamnikom nie zabrakło. Mam nadzieję, że Truś też się kiedyś tego nauczy.

22:52, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Zima???
Obudziło nas słoneczko- myślę- dobra nasza, trzeba z Trusiem na spacerek szybko wyjść. Nie zdążyłyśmy. Po śniadaniu chmura napełzła, a z niej śnieg zaczął padać. Co tam padać- sypał, wli wielkimi płatami. Nawet Truszon przez okno zauważy, że coś tu nie tak. Oczka okrągliła i wybałuszała ze zdziwienia. I po 10 min. świat zrobił się przyjemnie bialutki. Jamniki się ucieszyły, Klusce depresja przeszła- od wczesnej młodości Klucha uwielbia śnieg. Ja też śnieg uwielbiam. Niestety, nie ma lekko- mrozu nie ma, więc i śnieżek powoli zamienia się w wodę. Za to słonko znów wychynęło. Tylko że w międzyczasie mąż odniósł pedagogiczny sukces i sprawił, że Truś usnął samoczynnie w łóżeczku! No więc spacerku na razie nie będzie:(  Ale chyba coś się w córce małej powoli przełamuje, bo udaje się ją czasami w ciągu dnia w łóżeczku uśpić. Od wakacji było to praktycznie niemozliwe, dzieko walczyło jak lwica i opierało się ze wszystkich sił. A jeszcze do połowy lipca życie było takie piękne... Szczęśliwie wieczorne usypianie Trusi przynosi sukcesy i Mała bez protestów pozwala się położyć w łóżeczku na brzuszku, przytula się do misia i zasypia przy muzyce. A od kilku dni (trzech konkretnie) podobny manewr udaje się też w ciągu dnia. Tylko ciiicho, żeby nie zapeszyć...:)))
10:32, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Archiwum