RSS
wtorek, 30 października 2007
Minusy posiadania dużych dzieci oraz dobre serduszko Trusi

Duże dzieci to zdecydowanie więcej problemów niż małe. Wczoraj Starsza Córka postanowiła pointegrować się z kolegami i w tym celu udała się wieczorem do centrum Krakowa. Miała wrócić ostatnim tramwajem lub nocnym autobusem. A ja nie lubię, jak mi któregoś domownika brakuje i nie mogę zasnąć, dopóki wszystkie pisklaki do gniazda nie wrócą. Tak więc drzemałam niespokojnie z Trusią u boku do momentu dostania SMS-a, że dziecko juz jedzie. Po duższym czasie przebudziłam się i doszłam do wniosku, że Bogna jeszcze pewnie nie wróciła, bo nie słyszałam zwyczajowego jazgotu Kluchy. Złapałam za komórkę, a tu już 2.30. Spróbowałam więc inteligentnie SMS-a do Córki napisać, ale o tej porze mnie to przerosło, więc zadzwoniłam. Po chwili usłyszałam w domu dźwięk komórki- a no to jest, wróciła. Rozłączyłam się, ale główka pracuje- a może się przesłyszałam, albo nie wzięła komórki (to,że czas temu jakiś dostałam z niej SMS-a wcale mnie nie naprowadziło na właściwe tory myślenia). Wychynęłam więc z sypialni i w przedpokoju zobaczyłam córczyne glany- a więc jest. Ułożyłam się już w łóżku, zawinęłam w kołderkę, ale główka dalej pracuje- a może nie poszła w glanach (oczywiście, że poszła, zawsze w nich chodzi). No to znowu wypełzłam z łóżka i poszłam do pokoju Bogny- łóżko było pościelone i wyraźnie jakiś ciemny kształt w nim spoczywał- powróciłam więc do łóżka. Ale główka pracowita, więc dalej myśli- a może to nie Bogna tylko poduszki się tak ułożyły.. Na szczęście w tym momencie zdołałam powstrzymać napady nocnej pomroczności i już nie poszłam po raz kolejny sprawdzać, czy Bogna to Bogna aby. A przy okazji rano się okazało, że nie przestawiłam zegarka w komórce, więc nie była to 2.30 tylko 1.30!!

A co u Trusi- oprócz tego, że dzieli się z nami kaszką w butelce, to dzieli się także innymi rzeczami, które zjada, np. herbatnikiem. Takie ma dobre serduszko. Siedzi sobie więc Trusia na dywanie, herbatniczka ciamka i co jakiś czas wyciąga go w stronę Starszej Siostry. A jamniki siedzą obok i czuwają- a nuż coś dla nich spadnie. W pewnym momencie wyciągnęła Trusia herbatniczka w stronę Kluchy- ta najdelikatniej jak umiała złapała koniec ciasteczka, wysunęła go z Trusinej łapki i poszła spożywać. Biedna Trusia została z pustą rączką i ze zdziwieniem oglądała ją sobie, zastanawiając się pewnie, gdzie się podziało jej ciasteczko. A dziś tez mamusia rozsypała M&M-sy na podłodze koło Truszonka- niechcący. Ale się dziecku oczki zaświeciły z radości, aż szkoda było jej tą zabawę odbierać- niestety cukierki są stanowczo za małe. A taką dziecko miało przez moment radochę.

A jutro wraca Piotr- fajnie:))

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Sukces

Kryzys być może został chwilowo zażegnany.Trusia po raz pierwszy dziś wstała zupełnie sama! I chyba jednak zbiera się do raczkowania, tylko podłoga jest zbyt śliska, a rajtuzki czy spodenki nie mają antypoślizgów na kolankach i bidulka rozpłaszcza się na glebie. A że dywanów u nas mało, to z raczkowaniem będzie kiepsko.

Za oknem wreszcie słonce- jeszcze zza mgieł, ale zawsze weselej. Nawet poranna katastrofa budowlana autorstwa jamników dwóch nie zepsuła mi humoru. Rozentuzjazmowane po spacerze pieski przewróciły kwietnik, doniczki się potłukły, wszędzie było pełno ziemi, resztek roślin, a nieco dalej rozliczne kapki Trusiowego soczku, który Mała przechwyciła wraz z kubeczkiem i prasnęła o glebę rozweselona rozwalonym kwietnikiem. Tu akurat brak dywanu okazał się bardzo korzystny.A przewrócenie  kwietnika i tak miałam "w planach"- byłoby nieuniknione przy przemieszczającej się Trusi;)

10:40, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2007
Wspomnienie dla Córeczki 2

Może się wreszcie uda wspomnienie 2 sklecić, bo w końcu zapomnę i nie będziesz wiedziała, jak to na świat przyszłaś.

A więc (nie zaczyna się od "a więc" zdania, to sobie zapamiętaj, ale matka juz maturę dawno zdała, to może sobi pozwolić) jak już doktor G. zadecydował 13.02., że 14.02. masz się urodzić (pewnie się bał, że mogę znowu nie mieć czasu) , to zrobiło mi się trochę smutno- JUŻ? TAK NAGLE? A ja przeciez jeszcze tylu rzeczy nie zdążyłam! I już nie zdążę. Postanowiłam wtajemniczyć w cały plan tylko Piotra, dzieciom ani nikomu innemu nic nie mówić, dopiero potem zrobić im niespodziankę. Wieczorkiem wybrałam się do Krakowa- wtedy chyba ostatni raz był dla mnie prawdziwie pięknym magicznym miastem. Byłam u kapucynów na mszy i u spowiedzi (tak długo na to czekałam), a potem chwilę pospacerowałyśmy po mieście- jeszcze obie razem w jednym kawałku. Szczęśliwie w lutym nie przewalaly się po Rynku hory turystów, nie było już/jeszcze żadnych kiermaszy itp. Lekki mróz, mgiełka- pięknie. Wieczorkiem przygotowałam walentynki dla moich kochanych domowników, żeby je znaleźli następnego dnia, jak ja będę w szpitalu. Właściwie w nocy nie moglam spać, tak się denerwowałam. I miałam cichą nadzieję, że może z tego zdenerwowania postanowisz się urodzić i nie będziemy musiały mie cesarki. Ale szansy swojej nie wykorzystałaś, może i dobrze, jak się potem okazało.

Rano udaliśmy się z Piotrem do szpitala, który zwyciężył w rankingu Gazety Wyborczej- no ale dobrodziejstw porodu naturalnego "po ludzku" zaznać nie miałyśmy. Miałam być na IP o 8.00 i tak też tam dotarliśmy. A tu niespodzianka- kolejka. To usiadłam grzecznie na ławeczce i czekamy. Pań chętnych do przyjęcia na Oddzial przybywa, a jak któraś weszła już na IP , to dłuugo tam czekała. Doktor G. jednak o nas pamiętał i w którymś momencie nie napotkawszy na nas nigdzie na oddziale wysłal wici na IP, czy w ogóle jesteśmy- pewnie myśłał, że stchórzyłam, albo że jeszcze mam jakieś pilne prace do odrobienia;) Ale my byłyśmy, czekałyśmy tylko grzecznie. Przez to nie udało nam się załapać na pierwszy zabieg, tylko dopiero byłyśmy trzecie w kolejce- ale co się odwlecze to nie uciecze niestety. Czekaliśmy z Piotrem na naszą kolej na fotelu przy porodówce. Okazało się, że mamy kilka aniołów stróżów- położną, która pamiętała mnie z zeszłego roku i przyszła mi powiedzieć, że teraz wszystko będzie dobrze, nawet tętna dzidziusia dała mi posłuchać, żebym się nie bała, że coś jest nie tak. Potem inna położna "nasłana" przez koleżankę Asię nas odnalazła i obiecywała pomóc,gdyby było trzeba. No i oczywiście pan dr G. Wreszcie zabrali mni na salę operacyjną, młody anestezjolog zapodał mi znieczulenie dolędźwiowe- okropność! i pan doktor zabrał się do roboty. Boże, jak ja się denerwowałam. Anestezjolog próbował zająć mnie rozmową, ale średnio mu się to udawało. Myślałam, że się uduszę, dostanę zawału albo że pękł mi wrzód żołądka- z tych nerwów pewnie się tak czułam. W końcu pokazali mi moja kruszynkę- nawet nie pamiętam, czy płakałaś. Potem cię zabrali do tatusia, który mógł cię podziwiać, patrzeć jak cię ważą, mierzą itp. Ważyłaś 2740g i miałaś 51cm- taki tyci okruszek. Założyli ci czapeczkę z misiem, śpiochy i skarpetki na łapki. A mnie pozszywali i wywieźli wreszcie z tej okropnej sali operacyjnej do Piotra, a potem na górę do sali pooperacyjnej, gdzie zaraz przyniesiono mój maciupki skarb. I od tej chwili już się właściwie nie rozstawałyśmy- pierwszą noc spałyśmy razem, mogłam słuchać twojego oddechu, myśleć do ciebie, czuć twój zapach świeżutkiego noworodeczka. Bardzo się przyzwoicie zachwywałaś- szybko załapałaś, o co chodzi z jedzeniem, spałaś słodko i byłaś największym cudem na świecie. Piotr opowiadał, że jak cię do niego przynieśli, wcale nie płakałaś, tylko otworzyłaś szeroko granatowe oczki i rozglądałaś się uważnie po nowym świecie.

I tak właśnie pojawiłaś się na świecie- moja najpiękniejsza walentynko, moje zrealizowane marzenie, moja cudna malutka córeczko.

22:05, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Kryzys

Czułam,że nadchodzi. No i dotarł- kryzys. Bogna dowcipnie zapytała, czy wieku średniego-no zabawne doprawdy!Mąż mnie nie rozumie, rodzina wykorzystuje, a na dokładkę wyhodowałam sobie wampira na własnej piersi. Wampir ten mały z objęć mnie nie wypuszcza i wciąż by tylko ssał i ssał. Od dźwigania spłaszczyły mi się wszystkie krążki międzykręgowe, kręgosłup wygiął w jeszcze większy paragraf, ręce ze zmęczenia się trzęsą, od ssania piersi mam już chyba do podłogi- niedługo będzie je można zwijać i potem w staniku upychać. Nie wytrzymałam-cierpliwość mi się skończyła- i wrzasnęłam na ryczącego Stwora, żeby zamilkł na chwilę-tak ją to zaskoczyło, że przestała wrzeszczeć i spojrzała na mnie zaskoczona. A mi się od razu głupio zrobiło.

A dziś rano świtem bladym jamnik Krokiet postanowił kupę na dywanik uwalić, a następnie ją w owym dywaniku zakopać. No i o 6.30, kiedy to usiłowałam Córkę piersią jeszcze do podłoża przydusić i przekonać, że nie czas na wstawanie nad głową stanął nam Wojciech z zapytaniem, co on ma z tym zakupanym dywanikiem zrobić- Truszon uszami zastrzygł, ślepki wybałuszył i rozpoczął kolejny dzień dręczenia rodzicielki. No czy nie piękne przbudzenie? A na dodatek za oknem znowu zgniłość, mgła i wilgoć- błee.

Truszon jednak przebiegły jest i po południu do matki się wdzięczy, więc może kryzys jednak zostanie opanowany na jakiś czas.

A jakby ktoś słyszał, że na cmentarzu w mieście O. straszy, to dementujemy te plotki- to tylko Trusia (przebywająca tam z wizytą u babć i odwiedzająca groby dziadków) głośno protestowała przeciwko próbom przełożenia jej z matczynych rąk do wózka- a że ciemno już było i mgliście, a dziecko dawało z siebie wszystko to i ploki  o duchach i innych strzygach powstać mogły.

A poza tym w słoiku z resztką krupczatki znalazłam jedzeniowego mola, zacierającego skrzydełka złośliwie, w mące do pieczenia chleba pajęczynki jakieś napotkałam, a do szafy na moich oczach wlatywał mol ubraniowy... No kryzys i już!!!

A, i jeszcze innym się udaje dzieci malutkie w chuście nosić, a mi nie! Dwie chusty zakupiłam dawno temu, kasy kupę na nie wydałam i nic, dziecko siedzieć w nich nie chciało. A tu mała Jagódka blogowa np. tak słodko w chuście śpi. I nie będę już miała dzidzi w chuście:((

No kryzys i już. A na dworze ciemna noc. To idę herbatkę zieloną sobie zaparzyć, co ją moja mama z podróży do Chin przywiozła. Może coś słodkiego uda się jeszcze w domu wytropić.

17:27, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 października 2007
Kawał baby

Truszon to już kawał baby- rytualne ważenie na superprecyzyjnej wadze tatusia wykazało całe 8kg i 700g -wciaż jeszcze mniej niż domowe jamniki, ale już niewiele brakuje!! I ja te kilogramy muszę dźwigać na spacerach i w domu! A teraz Babę dobry humor ogarnął i zamiast iść grzecznie spać to gada, bawi się w "a kuku", wdzięczy i kombinuje.Pewnie się cieszy, że z wizyt u babć do swojego domku wróciła. Za to wczoraj pokazała na co ją stać! A młodszej kuzynce Tosi, która dziś własnie pół roczku kończy (ja to nie mam szczęścia- nie udało się zaposiadać najmłodszego w mężowskiej rodzinie dzidziusia, co to każdy by go podziwiał i hołubił, tylko siostra mężowska starsza ku zdumieniu wszystkich-swojemu pewnie też-w ciążę zaszła i 2,5mies. po Trusi urodziła Tosię)usiłowała oczko wydłubać albo przynajmniej garsteczkę włosów wyrwać-pewnie z zazdrości, że własnych niewiele posiada.

A jutro o świcie bladym tatuś nas opuszcza i do Szwecji odlatuje:( Na szczęście tylko na trzy dni.Ale i tak na pewno ledwo dom opuści, zaraz zawiesi się komputer, skończy tusz w drukarce, pęknie uszczelka albo inny dopust nas spotka.

20:38, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 października 2007
Kto ma dzieci ten ma smród

Prawda to, że przysłowia są mądrością narodu. Mała Córeczka po kąpieli, czyściutka, pachnąca, odziana w świeżutkiego pampersa i czystą piżamkę postanowiła się skupić i wyprodukować świeżutką kupę do kompletu. Jak juz dzieło zostało dokonane, poszła matka przewinąć dziecię. Pupsko umyła, nakremowała, wycalowała jak należy, podłożyła świeżego pampersa, a tu córeczka znów wyraz powagi i skupienia i hyc-następna kupa się wyprodukowała. Westchnęła matka ciężko i zaczęła całą operację od nowa-jak tylko skończyła i chciała złożyć rytualny pocałunek na pękatym córczynym brzuszku córeczka uśmiechnęła się radośnie i wyrzuciła z siebie kolejną kupkę. No to już był szczyt wszystkiego!! Całe szczęście, że ostatnio mają one raczej stałą konsystencję, bo ładnie by matka wyglądała!!

A teraz będzie kolejne przechowane w pamięci wspomnienie o Córce Starszej. Otóż jak miala ona niecałe dwa latka z wielkim zapałem uczyła się nowych słów. I bardzo ją fascynowały dżdżownice- po każdym deszczu dziecko pokazywało paluchem na robale i zapytywało "cio to?", w mama lub tatuś pracowicie odpowiadali, że dżdżownica. Aż tu pewnego razu idziemy, Bogna napotyka na dżdżownicę- powaga na twarzy się maluje i skupienie wielkie i wreszcie powiada "DŻDŻNINIA"- ale jak ona to powiedziała. Tak dawno temu to juz było, a wciąż pamiętam ten triumf  w głosie! I głęboki akcent na "NI".

I tak to z dziećmi jest- trochę smrodku i trochę radości.

21:55, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 października 2007
Żeby nie zapomnieć

Moje wczorajsze podejrzenia dziś się potwierdziły- Trusia bawi się sama w "akuku". Wczoraj jak rozładowywałyśmy zmywarkę dałam jej ściereczkę do naczyń, a ona podnosiła ją nad główkę i zasłaniała sobie buzię, a potem opuszczała- bardzo ją to cieszyło. A dziś rano jak ładowałyśmy pralkę sama przechwyciła podkoszulek któregoś z braci i robiła to samo, ucieszona wielce. No nie aż tak ucieszona, żeby śmiać się głośno, to zdarza sie jej wyjątkowo i tylko przy łaskotaniu albo wygłupianiu się przez mamusię. Ha, jaka ja mam mądrą córeczkę!

A póki pamiętam, to jeszcze napiszę o słoninie. Starsza Córka parę latek temu- ale wcale nie aż tak wiele, duża juz całkiem była- poszła ze swoją babcią do mięsnego sklepu. I tam wprawiła babcię, ekspedientkę i innych klientów w osłupienie zapytując, czy słonina to jest mięs ze słonia. I całkiem serio pytała! (Koniecznie musiałam o słoninie napisać, bo tyle już śmiesznych powiedzonek i zdarzonek z życia Starszej Córki oraz Starszego i Młodszego Syna w niebyt odeszło. Więc niech chociaż słonina się zachowa.

A ratatuoille wyszło bardzo ostre, ale zjedliśmy. A w trakcie jego przygotowywania zmyślna Mała Córcia uczyła Krokieta aportować, rzucając mu papryki- a ja się dziwiłam, gdzie te papryki znikają. Znalazły się w psim kojcu:)

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
A w Krakowie na Brackiej pada deszcz...

Nie tylko na Brackiej niestety. No ile można wytrzymać taką zgniłą pogodę! Wczoraj poszłyśmy w końcu z Trusią polować na cukinię i przy okazji cerę nawilżać mżawką. Cukinię upolowałyśmy na targu-przy okazji nie wiedziałam, że trzy małe cukinki takie drogie mogą być i ważą 1,5kg- podstępne takie! Ale ratatuja na obiad nie bylo- wciąż znajduje sie w fazie produktów podstawowych- nawet malowniczo wyglądają te baklażany, pomidorki, kolorowe papryczki i cukinia- zdjęcie się im należy- cóż kiedy wklejać zdjęć jeszcze nie umiem. Mąż obiecał nauczyć, ale przy jego tempie realizacji różnych obietnic nastąpi to pewnie za ładnych parę lat (kabinka prysznicowa czekala na montaż kilka lat, szafa na wykończenie już 10 lat czeka). Co prawda wydaje się dość przejęty żninym blogiem, więc może pomoże wkleić zdjątka jakieś.

No to się nawilżałyśmy z Truszonem 2 godziny, bo Dziecka spać poszła- o cudzie na plecach a nie na brzuchu z głową w nogach wózka, co jest zwykle jedyną akceptowaną przez nią pozycja spania na spacerach. Po powrocie jednak Córcia bynajmniej nie wydawała się szczęśliwa, czepiała się matki jak czepiak jakiś, odmawiała przyjmowania pokarmów innych niż matczyne mleko, wyła rozgłośnie i sztywniała przy wszelakich próbach posadzenia gdziekolwiek. No koszmar! Miała już matka bardzo nieprzyjemne myśli, oj miała. W tych warunkach ratatouille powstać nie mogło i na obiad była kolejna Pascalowa zapiekanka- smaczna zresztą jak to zwykle bywa z Pascalowymi przepisami. Ale wieczorkiem zbuntowałą się matka przeciwko niemowlęciu-terrorystce, porzuciła dziecię na pastwę starszego rodzeństa i udała się na plotki z przyjaciółką Anią. Po dwóch godzinach powróciła skruszona, że dziecko zostawiła i stęstkniona bardzo. Jednoosobowy maminy fanklubik spożywał właśnie z tatusiem zapiekankę, ale na widok rodzicielki natychmiast zmienił miejsce pobytu z tatusiowych kolan na mamine ramiona.

Dziś córeczka jakby łaskawsza, może uda się nam ratatuja ugotować.  A dziś czwartek- nie lubię czwartków. Po południu trzeba będzie dziecko porzucić i udać się do pracy, zarabiać na córczyne sukienki. Piątków też ni lubię- z tego samego powodu. A z tymi córczynymi ciuszkami to obłęd jest- wciąż coś kusi i nęci, no po prostu nie mogę się powstrzymać. Już nawet próbowałam omijać niebezpieczne rjony szerokim łukiem, ale nogi same polazły, zupełnie bez mojego udziału. Ostatnio zalazłam niechcący na niemowlęcy dział w Zarze- no to już świństwo było ze strony nóg nieposłusznych!! Na szczęście resztki rozsądku podpowiedziały matce, że sukienusia czy sweterek w cenie dorosłego ubrania to jednak niezbyt w porządku. No i powstrzymała się ręka sięgajca po portfel! Całe szczęście, że mąż rozsądnie przewidział rozrzutność żony i jakiś czas temu zaproponował rezygnację z linii kredytowej na jej koncie.Mądra to była decyzja.

I jednak uśmiech w tym smutnym pluchowatym dniu- Ktoś odnalazł mojego bloga i do mnie napisał- ale fajnie! Niby piszę dla siebie, ale miło, jak ktoś jednak się pokaże. Witam wszystkich w moim dzienniczku i cieplutko pozdrawiam. A teraz idę wreszcie ratatuja przyrządzać.

11:13, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 24 października 2007
Paskuda

No i dalej dzień paskudny, spacerku nie będzie. Z powodu patologicznej niechęci Dziecięcia do przebywania w zafoliowanym wózku spacery w deszczu nie wchodzą w grę. Jeszcze długo będę pamiętać jej wrzaski w Sienie. Sądzę, że inni świadkowie tego zjawiska też, może im ono przyćmić nawet piękno Il Campo i tęczę nad wieżą sieneńskiego ratusza.

Już wczorajsze popołudnie nie należało do prostych. Dziecina przypięła się do matki zaraz po jej powrocie z przychodni i zakupów, uniemożliwiając ugotowanie obiadu itp. W szafie rośnie sterta prasowania, zasłonki od magla wciąż nie trafiły na swoje miejsce, kabinka prysznicowa zarasta, a tymczasern matka ogląda głupawe seriale z Dziecięciem u piersi wiszącym!!Ew. ciupie mammografie i powoli już nimi rzyga!

Dziś dzień zaczął się fatalnie. Matkę i Dziecko-przysypiających sobie jeszcze do ulubionej godziny 8-ej, obudziły sceny najwyraźniej dantejskie rozgrywającej się pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Wokół ciemno, za oknem deszcz, za drzwiami drze się Paweł, Piotr też zdenerwowany, Bogna im wtóruje, a Wojtek zbiera się do strategicznego szlochu. Cóż sie okazało- wredny pies Klucha skupał się na dywanie w pokoju Pawła, a następnie w przedpokoju tuż pod drzwiami sypialni matki i dziecka- do tego najwyraźniej miał biegunkę, a ponieważ ostatnim spacerowiczem okazał się był Piotr wczorajszego wieczoru, zostal oskarzony przez córkę Bognę o ślepotę na to, co psy na specerze mogą zeżreć- jakby o 22-giej w ogóle było widać to, co na trawniku leży! Wojtk został więc w trybie natychmiastowym wysłany na spacer poranny, co najwyraźniej kłócilo się z jego planami na najbliższą przyszłość... Tak więc wylazła matka z wyra i poszła opanowywać sytuację. Dziecię Trusia chwilowo udawało szczęśliwą- pewnie złośliwie śmiało się z problemów rodziny, które-hi hi- niemowlaka nie dotyczą. Nie musi on utylizować rozpaćkanej kupy psiej- prawdziwa przyjemność o poranku! Następnie udała się matka do kuchni, gdzie ujrzała ulubioną górę brudnych naczyń czekających na zapakowanie do zmywarki. Postanowiła jednak nakarmić najpierw śniadaniem siebie i najmłodszą latorośl- i tu już owa latorośl okazała się mniej radosna. Usztywniła siebie w celu uniemożliwienia włożenia do krzesełka- trzeba ją było ręcznie w połowie składać! Potem odmówiła spożywania czegokolwiek i zaczęła poranne marudzenie. Nieco humor jej poprawiła zmywarka, gdyż udało się dziecku przysuną do niej na tyle blisko, żeby móc się przyssać do koszyka na naczynia i pogrzebać sobie łapką w brudnych chlapkach. Ale już w trakcie ścielenia łóżka i ubierania się matki dziecko protestowało stanowczo robiąc klasyczną podkówkę z usteczek i marszcząc żałośnie ślepki. Odsłaniając okno odkryła matka, że roślinka na parapecie-sukulent w rodzaju grubosza, ale z takimi rurkowatymi "listkami" zmienił kolor na żółtawy- oj nie lubi matka takich numerów- roślinka dostaje jedno ostrzeżenie, a potem wylot na śmietnik! Strząśnięcie owych żółtych elementów z rośliny spowodowało konieczność pozamiatania tego, co na glebę i parapet opadło- a to się też dziecku wcale a wcale nie spodobało!! Ubieranie i przewijanie takoż Córeczce nie odpowiadało. W rezutacie wylądowalyśmy przed komputerem i negatoskopem- Córcia wreszcie zadowolona, z wyrazem triumfu na paszczy przyssała się do matczynego biusta i poszla spać. A matka znów usilowała jedną ręką manewrować zdjęciami, myszą, lupą itp.

Teraz Dziecię weselsze, a matka czeka powrotu starszej córki jak kania dżdżu, bo MUSI zawieźć wreszcie opisane mammografie, a po drodze wytropić gdzieś cukinię- zakupila matka wczoraj wszystkie składniki na ratatouille za wyjątkiem cukini właśnie- no i co mam teraz zrobić z bakłażanem, stadem papryki itp. Muszę gdzieś zakupić ową cukinię!!Albo zrobić obiad w formie zmodyfikowanej bez cukinii. Zwariuję z tym wegetarianizmem Pawła, wciąż muszę wymyślać potrawy, które on ew. zgodzi się zjeść.

Wróciła córka starsza, więc trzeba pędzić do dalszej roboty.

10:26, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 października 2007
Jesień

Na dworze jesień w najpaskudniejszej postaci- ciemno, zimno i mokro. Szkarłupcia (to ostatnio ulubione określenie Piotra na córeczkę) chwilowo siedzi na dywaniku i rozpracowuje nowe butki. Dostała je jak się urodziła od pań Eli i Beaty z przychodni na Skarpie. Takie się wtedy wydawały wielkie. A teraz sa już w sam raz. Właśnie się Córuńda uczy rozwiązywać sznurówki. Nie będzie dziś łatwo- perspektywy na spacer żadne, na spacenie samodzielne w łóżeczku w ciągu dnia jak zwykle raczej zerowe. Zostanie drzemka przy biuście unieruchomionej na ten czas mamy. A tu jeszce Piotr zapowiedział, że pewnie zostanie w Tarnowie na noc. Oj, niedobrze... Kupa mammografii nie maleje, nie ma kiedy odwieźć tych opisanych. Bogna ma caly tydzień zajęty, więc nie ma kiedy jej zaangażować w opiekę nad Małą. Oj całkiem niefajnie.

Wczoraj zadzwoniła do nas Ewcia i zaprosiła nas do pracy na torcik z okazji urodzin Ewy (dzielna Ewcia obchodzi publicznie swoje urodziny) i imienin Irenki. Zebrałyśmy się z Trusią i przybyłyśmy na imprezę. Truszon rozdawal uśmiechy, skrzeczał przyjaźnie- no pełna reklama. Krzyś pochwalił się, że ponoć jednak córeczka się im ma urodzić- fajnie mają. A torcik pyszny był. Trzeba by powoli mysleć o powrocie do roboty- i myślę. Grazynka niezawodna może nam opiekunkę wynajdzie. Prawdą jest głęboka myśl ludowa, że gdzie diabeł nie może tam Grażynkę pośle. Koleżeństwo by im najchętniej tą opiekunkę już od zaraz załatwiło, żebym wróciła. Ale myślę, że poczekamy jednak do marca. Trochę się czuję wyobcowana w swoim zawodowym środowisku. Jak się udałam na zebranie PLTR-u to też się czułam tak jakby obok, poza nawiasem. Alemoże dlatego, że ja w ogól nienajlepiej się identyfikuję z innymi grupami ludzi. Teraz mój świat to Truszon, dom, internet i ulubione blogi. Na razie koniec, dziecko straciło cierpliwość.

11:58, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum