RSS
czwartek, 18 października 2007
Znów mi zginął wpis

Napisałam coś wczoraj i przepadło, napisałam przed chwilką i znów zginęło. Coś zżera moje notki!

A napisałam, że Córeczka zrobiła dziś- z wydatną moją pomocą- kilka kroczków. I że próbowala przymierzyć się do raczkowania, ale cierpliwości jej zabrakło.

Napisałam też, że bardzo lubię wstawać rano, nie spieszyć się do pracy, tylko podziwiać bezzębny uśmiech mojego Skarbu i słuchać jej wesołego skrzeczenia. Fajnie, że zwykle budzi się radosna. Potem się obie pieścimy, łaskoczemy, całujemy i idziemy jeść śniadanie. Mała siedzi w swoim krzesełku i mlaszcze na każdy kęs, który sobie wkładam do ust. No więc co mam robić, dzielę się z nią. Jedzenie żółtek się nam nie udaje. Trusia nie lubi chyba tego, co wg poradników jeść powinna.

Kocham mojego Malucha jak siedzi sobie na podłodze obłożony poduchami i zabawkami- przypomina mi wtedy takiego pisklaka (Bogna twierdzi, że małego sępa i coś w tym jest- z tą łysą główką...). I wciąż jest wtedy taka malutka. Bo jak leży to już nie bardzo. Trudno uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy temu była dużo krótsza. teraz patrząc w sklepach na najmniejsze niemowlęce ubranka wydaje mi się, że nie ma tak malutkich dzieci- a przeciez były one wszystkie za duże na świeżo urodzoną Trusię.

Truszonek wieczorami bawi się w karmienie mamusi kaszką-łyk dla Córeczki, a potem smoczek do ust mamusi- wydłuża nam to zjadanie kolacji i nie sprzyja usypianiu. Ale jakie jest słodkie...

 

16:44, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 października 2007
Dla Córeczki-wspomnienie 1.

Ponieważ dziennik miał być dla Córeczki, to dziś Malutka napiszę Ci jak pojawiłaś się na tym świecie. Tęskniłam za Tobą, byłaś mi tak potrzebna- żeby życie odzyskało kolory, a moja rozbita dusza poskładała się w całość. Byliśmy we Francji, kiedy zaczęłam mieć nadzieję, że jesteś. Jeszcze nie chcialam się przywiązywać do tej myśli, ale już Cię kochałam. Powiedziałam tylko Piotrowi. Po powrocie do domu zrobiłam test- drugi mały kroczek. Potem powiedziałam Ali, a ona zrobiła nam USG- byłaś- malutki pęcherzyk z tycią zapałeczką. A potem rosłaś, a ja codziennie walczyłam ze sobą, żeby Cię nie podglądnąć, nie popatrzeć, jak rośniesz. Czasem przegrywałam i podpatrywalam, co tam porabiasz. Patrzyłam na małe mrugające serduszko i modliłam się, żeby zawsze tak dzielnie kłapało. Za jakiś czas Ala-nasz nadworny ginekolog- zrobiła nam kolejne USG- wyglądałaś jak mały bałwanek- kulka główka, cztery kuleczki łapeczki i między tym owalny pękaty tułowik. Uwielbiam takie obrazki.

Obiecywałam sobie, że teraz wszystko będzie inaczej, że się będę delektować błogosławionym stanem, będę słuchać muzyki, relaksować się, czytać piękne książki. Ale nie wyszło - pracowałam w kilku miejscach i nie było zbyt wiele czasu na realizację szczytnych zamierzeń. Znów nie umiałam zrezygnować i czasem byłam tak bardzo zmęczona. Dzięki cudownym przyjaciołom- Ewci, która po zmianie wyrazu moich oczu domyśliła się, że jesteś, Ali, która dodawala mi otuchy i wciąż powtarzała, że historia się nie powtarza, Małgosi, która trzymała mocno kciuki i modliła się za nas, Agusi, która przyczepiała nas do KTG, a przede wszystkim Piotrowi, który kochał nas obie i opiekował się nami- udawało mi się za bardzo nie panikować. A TY sobie rosłaś- zaczęłaś kopać, najpierw leciutko, potem mocniej. Łobuz był z Ciebie- jak tylko chciałam sobie popatrzeć jak brzuch mi skacze gdy kopiesz albo złapać Cię ręką natychmiast się przyczajałaś i przestawałaś, ew. kopałaś mnie w plecy.

Długo nie mogłam zacząć mościć Ci gniazdka, bałam się, że znów coś złego się wydarzy. Ale w końcu pomalutku przybywały do domu małe ciuszki. Trzeba tez było w końcu zajrzeć do pudła, do którego trafiło te kilka ubranek, których Ciszek nigdy nie włożył i z którymi nie mogłam się rozstać- nie było to łatwe. Widok i zapach tych malutkich ciuszków sprawił, że łzy popłynęły i nie chciały przestać.

W końcu miałaś już swoja komodę, a w niej wyprane ubranka czekały na twoje narodziny. Powoli kończyłam swoje zawodowe zobowiązania- oddyżurowałam ostatnie dyżury, skończyłam pracę w szpitalu, potem oddałam ostatnie opisane mammografie i zakończyłam pracę w przychodni. Została jeszcze tylko jedna przychodnia...Tu już się nie udało tak perfekcyjnie.

Bardzo chciałam urodzić Cię normalnie, naturalnie. Niestety Ala od początku uważała, że nie powinnam ze względu na cesarskie cięcie w odstępie zaledwie roku. Dr G. początkowo chciał nam pozwolić na naturalny poród, ale na ostatniej wizycie intuicja podpowiedziala mu cc- miał rację jak się okazało. Bałam się, że jak poród sam się zacznie, to może nie być z nami Piotra, nie zdąży na czas przyjechać. Ale dr G. zadecydował za nas-na wizycie 13.02. zapytał, kiedy ew. znajdę chwilkę czasu, żeby urodzić (Ania wyjechała i miałam ja zastępować w przychodni jeszcze tydzień, tymczasem Ty mogłaś się urodzic w każdej chwili), a potem stwierdził, że umawiamy się na następny dzień, czyli na Walentynki. Pomyślałam,że to wyjątkowo fajny dzień na urodziny. I że wszyscy dostaniemy nacudowniejszą Walentynkę jaką można dostać. Ale ten dzien zasługuje na osobny wpis-jutro.

A dziś córeczka polowała na ogon Kluchy i w tym celu spróbowała się nawet przemieścić. I była grzeczna-przynajmniej przez część dnia. Byłyśmy razem opisać zdjęcia w przychodni, potem wracałyśmy do domu okrężną drogą, a Mała mruczała sobie do snu. I tak pięknie świeciło słońce. Wieczorem z powodu nieobecności Piotra Małą usypiał Wojtuś- czytał jej Anię z Zielonego Wzgórza. I uśpił ją skutecznie!

23:07, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 października 2007
Chandra

No i ledwie zaczęłam swoja blogową karierę dopadła mnie chandra. A miało być tak optymistycznie dla Trusi. Tymczasem Trusia od wczorajszej nocy ma pierwsz w swoim życiu katar. W ciągu dnia sobie radzi, ale w nocy były kłopoty- nie potrafiła ssać mleka z zatkanym noskiem. Nie wiem właściwie skąd ta chandra, bo dzień był taki piękny i Truszon pozwolił mi nawet chwilę popracować.

A co właściwie umie już Gertrusia?

Gertrusia siedzi i już właściwie się nie przewraca, więc nie trzeba jej już tak obkładać poduchami z każdej strony.

Trusia namiętnie staje i stoi dzielnie trzymając się jakiejś podpórki, którą zwykle jestem ja.

Wreszcie zaczęła mówić sylaby i bardzo ją to bawi.

Uwielbia "czytać" różne gazety, karteczki itp.- oczywiście często się nimi "pożywia" i trzeba uważać, żeby nie najadła się papieru- a może brakuje jej celulozy?

Rozpromienia się na widok znajomych osób i zagaduje do nich.

Ma swoje ulubione zabawki. Interesuje się światem. Przepada za naszymi psami (mamy dwa jamniki) i aktywnie na nie "poluje". Uwielbia asystować w przeładowywaniu zmywarki, pakowaniu brudów do pralki i wieszaniu prania na balkonie.

Niestety (a może na szczęście dla nas) nie nauczyła się wciąż raczkować, gdyż pozycję leżącą na brzuchu, która mogłaby być wstępem do nauki raczkowania, akceptuje tylko wtedy, gdy jest śpiąca.

Nie lubi jarzynowych zupek, rozszerzanie diety idzie nam więc kiepsko. Wydaje się, że wolałaby jadać to co my, nie zawsze jednak nasze posiłki się dla niej nadają. Dziś próbowalam ją przekonać do zjedzenia zupy groszkowej- rezultatem była Dżina w kolorze zielonym. Ale jabłuszko poszło nam dobrze.

A teraz już sobie śpi Maluszek, mam nadzieję, że śni o czymś miłym. Ciekawe, czy takie maluchy pamiętają jeszcze swoją aniołkową przeszłość i czy czasem widzą swoich dawnych anielskich towarzyszy... Wierzę, że tak. Jak była jeszcze bardzo malutka często wpatrywała się w jakieś określone miejsce w łóżeczku, a pierwszą "zabawką", którą zauważyła i do której przemawiała i się uśmiechała był aniołek namalowany na kawałku drewna i zawieszony w łóżeczku. Może gdzieś tam w pobliżu siedział jej starszy braciszek i śpiewał jej kołysanki...

22:09, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 października 2007
Początek

Dziś moja córeczka kończy osiem miesięcy i postanowiłam zacząć pisać dla niej dziennik. Nasza dziewczynka ma na imię Zosia, ale na użytek domowy nazywamy ją Gertrusią, Trusią, Dzindzinem albo Dżiną. Tą Gertrusię wymyslił Piotr, kiedy wiedzieliśmy już, że urodzi nam się dziewczynka, ale nie pochwalił się swoim pomysłem. Dopiero gdy Mała była już na świecie, a my właściwie nie mieliśmy wybranego imienia, mój mąż zdradził pielęgnowaną od paru miesięcy ideę, żeby nazwać naszą dziewczynkę Barbara (po naszych mamach) Gertruda (na pamiątkę babci P.). Ale jak tu nazwać- nawet na drugie imię- takiego malucha Gertrudą! Po prostu było to niemozliwe, przez usta nam (tzn. reszcie rodziny) to przejść nie chciało. Padały różne propozycje, niestety Tatus ich nie akceptował. Tak więc Malutka pozostawała bezimienna, aż do pewnej nocy, jeszcze w szpitalu, kiedy to karmiąc ją i wpatrując się w jej drobną buźkę zobaczyłam, że imię Zosia tak jakoś do niej pasuje, otula ją mięciutko jak kocyk. No i została Zosią Barbarą. Ale tą Gertrudę Piotr w niej gdzieś tam zaszczepił i imię, chociaż nie zostało oficjalnie nadane, pozostaje w użyciu.

A wszystko zaczęło się wiosną 2005 roku- my, rodzice trójki "starych" dzieci doszliśmy do wniosku, że wreszcie dojrzeliśmy do świadomego rodzicielstwa. I w maju 2005r. okazało się, że spodziewamy się dzidziusia. Nasz synek Franek urodził się 12.01.2006r.- niestety nie żył- zmarł w trakcie porodu z powodu przedwczesnego odklejenia łożyska. Od tej nocy wydawało mi się, że nie potrafię żyć, oddychać, że cała umarłam razem z moim dzieckiem. Żeby przeżyć musiałam pielęgnować w sobie myśl, że jednak będę miała swojego wymarzonego dzidziusia w najszybszym możliwym terminie. Tak więc w czerwcu zaistniała Trusia. Urodziła się w Walentynki 2007r.- taki fajny dzień na urodziny wybrał jej lekarz- Mała przyszła na świat przez cesarskie cięcie. Zakochałam się od pierwszego spojrzenia i to zauroczenie, zakochanie trwa do dziś. Malutka ważyła 2740g, mierzyła 51cm- była leciutka jak piórko, wyglądała jak krasnalek w za dużej czapeczce, którą jej założyli po urodzeniu i skarpetkach na małych łapkach. A ja- matka dzieciom (nasza najstarsza córka w tym roku skończyła 18 lat, syn 16, a młodszy syn 12) czułam się tak, jakby ten cud zdarzył się dla mnie pierwszy raz. I żal mi każdego dnia,który mija, szkoda,że dzieci rosną tak szybko.. Więc postanowiłam zatrzymać czas na blogu.

 

21:56, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
1 ... 166
 
Archiwum