RSS
sobota, 17 listopada 2007
Nic nie lepiej

W kwestii spania znaczy się lepiej nie jest. Trusia się pracowicie odzwyczaja. Za to załapala nowy katar, co jednak szczęśliwie nie psuje jej w dzień humoru. Bo mimo tego niespania Mała potrafi być całkiem żywotna i radosna- o ile tylko jej ukochana mamusia jest w pobliżu. A mamusia w związku z tym pada na tzw. pysk i nawet swojego bloga pisać dziś nie ma siły. Dodatkowo niewyspana jest bardzo, bo Syn Starszy z koncertu powrócił był do domu o trzeciej w nocy, a mamusia przeklinała własna głupotę, że się zgodziła na to wyjście na koncert. I nie spała oczywiście, wydzwaniała na komórkę, która nie miala zasięgu, wyglądała oknem, rączki jej się trzęsły i solennie sobie przyrzekała, że juz nigdy synka na koncert wieczorem nie wypuści! Na szczęście Syn wrócił cały i zdrowy, tylko zmarznięty nieco, przez co do posiadanego już kataru i bólu gardła oraz zatok dołączył się dziś gustowny kaszelek. Poza tym nockę umilał jeszcze Truś, który właśnie zaczynał był być zakatarzonym, obudził się więc, przyssał, ale usiłował noskiem zatkanym oddychać, co skończyło się wielkim pawiem- obrzygana mamusia mogła sobie zmienić piżamkę! Córci tez piżamkę zmienić mogła, co bynajmniej nie wprawiło malucha w dobry humorek- kto to widział, żeby dziecko małe w nocy rozbierać i łapki mu w nowe rękawki znienawidzone wciskać (bo Córcia ma też fazę niechęci wielkiej do ubierania, rozbieranie jakoś toleruje).

Ha, nasi wygrali z Belgią. Co prawda kibicem nie jestem i piłka nożna mogłaby dla mnie nie istnieć. Czasami bywam nawet jej wrogiem, jak "kibice" smarują mi na balkonie nazwę klubu albo jak mi na dyżur przywożą w nocy dźgniętego nożem kibica przez kibica innej drużyny (moje współczucie do niego zmalało, jak przy mnie przez komórkę umawiał się ze swoimi kumplami, gdzie się mają udać i komu nakopać!). Ale zawsze miło, że naszym coś się udało.

A teraz scenki z dnia dzisiejszego z Trusiem w roli głównej.

Tak to właśnie kocham tą śliczną dziewczynkę w lustrze. Co prawda bardziej przypomina to próbę zjedzenia "konkurentki" niż całowanie, ale czyż nie jest słodkie?

Pędzę, pełznę, szybko, szybko i zaraz dopadnę- zgadnijcie kogo?

A tu się umuzykalniam (urytmiczniam)  i gram pięknie na dżambie Siostry Starszej. Baardzo mnie to bawi:)

A kuku!

Tak to wczoraj udało się Trusi usnąć po południu- nie na długo jednak!

A teraz Truś śpi i ja też idę spać. Dobrej nocki wszystkim:)

22:38, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
piątek, 16 listopada 2007
:-(

Czuję się skonana i pokonana przez dziewięciomiesięcznego niemowlaka. Ktoś mi zaczarował córeczkę- nie chce spać, nie chce jeść, ryczy rozdzierająco jak odchodzę tylko kawałeczek, nawet pierś ssie w przedziwnych pozycjach. Każe się bez przerwy prowadzić za rączki i gania po całej chałupie albo chce żeby ją nosić na rękach- oczywiście to ja mam być tragarzem. Urudnia wszelkie próby posadzenia jej- sztywnieje przy wkładaniu do krzesełka, sadzaniu na podłodze, za to wkładana do łóżeczka zwija się i wierzga. Macha łapami i wytrąca mi z ręki łyżeczkę z jedzeniem, szarpie za obrus, próbuje mi wytrącić z ręki kubek z herbatą. Po prostu od paru dni jest straszna! Dziś wyprowadziła mnie z równowagi i aż na nią nakrzyczałam- patrzyła potem zdziwiona z podkówką na buzi, niezdecydowana jeszcze, czy ma się rozryczeć. A tak sobie kiedys obiecywałam, że nigdy na nią nie nakrzyczę, że będę się starać, żeby jej w życiu dobrze było- kilka dni przed jej urodzeniem zrobiłam bardzo głupią rzecz, pokłóciłam się z Piotrem o bzdurę właściwie, wsiadłam do samochodu i pojechałam przed siebie. Po jakimś czasie zatrzymałam się na parkingu  i ryczalam jak głupia, a mój nieurodzony maluszek zaczął mnie pocieszać, kopiąc delikatnie. Obiecałam jej wtedy, że zawsze będzie dla mnie najważniejsza, że już nigdy nieczego takiego głupiego nie robię, że będę robić wszystko, żeby  była szczęśliwa. Ale coś mi się nie udaje. Szkoda mi mojego malutkiego niewyspanego Trusia, z podkrążonymi małymi oczkami.. Ale drań nawet przy piersi zasnąć nie chce- ślepki przymyka i za chwilę otwiera je i sprawdza, czy jestem (jakby sam kontakt fizyczny nie wystarczył). A w nocy Trusik niedobry przysysa się bez przerwy i nie chce dać się odczepić (o próbach przenoszenia jej z powrotem do łóżeczka dawno już zapomniałam). Mam nadzieję, że moja Córcia odmieni się wkrótce na lepsze, bo inaczej zwariuję.

Miałam kiedyś, przed jej urodzeniem, takie małe marzonka, planiki takie. Jednym z nich była chusta- marzyło mi się, że będę w niej nosić mojego niemowlaczka, że będziemy sobie blisko i razem. Niestety nie udało się tego zrealizować. Zakupiłam co prawda aż dwie chusty-nosidełka, ale mój maluszek nie chciał w nich leżeć. Jak miała parę tygodni to co prawda czasami udawało mi się ją uśpić w chuście, ale nie było jej tam zbyt wygodnie. A noszenie większej Trusi w pionowej pozycji w chuście okazało się jeszcze mniej wygodne. Może gdybyśmy miały chustę wiązaną... Tak więc własny niemowlaczek w chuście zostanie moim niezrealizowanym marzeniem.

Drugim marzonkiem był basen- chciałam moją małą córeczkę zapisać jako niemowlaczka na zajęcia na basenie. Jak dotąd jeszcze mi się to nie udało. Co prawda Trusia jeszcze jest niemowlakiem, ale już niedługo. A w szufladzie leży cała paczka drogich jak fix basenowych pieluszek- mają wystarczyć do 12kg, mamy więc jeszcze troszkę czasu...

Inne marzonko to była karuzelka, którą chcialam Trusi zakupić. Miała sobie wisieć nad łóżeczkiem, ale zamiast misiów czy innych zabawek miały na niej dyndać aniołki. Nie dostała jednak Trusia karuzelki i już nie dostanie. Tylko aniołków w naszym domu dostatek- wiszą na wszystkich lampach, siedzą na półkach, stoją w łazience, wyglądają z każdego kąta. Bo w naszym domu mieszka chyba ze 150 albo i więcej aniołków, a w Boże Narodzenie jeszcze ich przybywa, bo dochodzą te choinkowe. To takie moje małe hobby. Ale karuzeli z aniołami nie udało mi się zrealizować.

Spacery z Trusią i psami to było kolejne marzonko- cieszyłam się, że i psy zyskają na narodzinach Trusi i  wreszcie będą wyspacerowane. I tego też nie udaje mi się uskutecznić. Psy na widok wózka podnoszą straszliwy hałas, latają jak opętane dookoła- a ponieważ są na smyczach to oplątują wózek, mnie, siebie i trudno się potem z tego wyplątać. Tak więc sama nie wyruszam z nimi i Trusią na spacer, potrzebna jest do tego jeszcze jedna osoba.

A od czasu do czasu powraca marzenie o tym, żeby wynieść się z miasta do małego własnego domku. Z ogrodem, widokiem na górki. Bez pobliskiego centrum handlowego, widoku z balkonu na śmietnik, do którego śmieci przywożą szczęśliwi posiadacze własnych domków, tak że w końcu śmieci owe wypełzają na zewnątrz i mogę je sobie z okna podziwiać. Bez panów sikających  za winklem, samochodów nauki jazdy nieustannie trenujących parkowanie na przydomowym parkingu. Tak mi się czasem w głupiej głowie marzy. Ale gdybym ów domek juz posiadała, to dziś na pewno nie byłoby obiadu, bo bym się nie wykopała po zakupy. I nie chodziłaby na taniec brzucha. I na pewno trudniej by mi było popołudniami zarabiać pieniążki. I jeszcze wiele innych minusow by było...Za to może Starsza Córka i Starszy Syn nie udaliby się wieczorem na koncert i spotkanie z kolegami i ja nie musiałabym się denerwować, kiedy wrócą. A tak czeka mnie nadsłuchiwanie szmeru klucza w zamku albo próby skontaktowania się z nimi na komórkę- zwykle kończą się one fiaskiem, bo w krakowskich piwnicach i innych starych murach nie ma zasięgu:(  Tak to właśnie jest- małe dzieci przynajmniej siedzą wieczorami w domu. Ale kiedyś nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba im pozwolić na samodzielne wyjście do kolegi albo na plac zabaw, potem na koncert, wyjazd na Woodstock, wypad w góry z przyjaciółmi. Oj, nie jest łatwo też z dużymi dziećmi, chociaż nie trzeba ich nosić na rękach, nie machają łapami i nie wytrącają łyżeczki z jedzeniem, chodzą same, a rano zwykle same chcą spać dłuuugo.

No, to sobie pomarudziłam, a Trusia  w miedzyczasie łaskawie dała się wieczornie uspić tatusiowi. Mogę więc wrócić do zarabiania pieniążków na ptifurki;)

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Nie lubię zimy?

No kurczę, chyba poglądy na zimę we mnie ewoluują. Zawsze widok śniegu za oknem napełniał mnie optymizmem, a teraz coś odwrotnie. Śnieg oznacza uwięzienie w Trusią w chałupie! Wózek za bardzo nie sforsuje tych zasp, co to w nocy powstały. A sanki nawet nie wiadomo gdzie są i czy do czegokolwiek się nadają?Tylko myśl o ew. wyjeździe na narty trzyma mnie życiu- ale kiedy to nastąpi i czy w ogóle? Myślimy, żeby wyjechać na pierwszy tydzień ferii w moje ulubione miejsce na Słowacji. Tylko czy wyjazd z niemowlakiem logistycznie nas nie przerośnie. W lecie jakoś łatwiej było..

A Truś też się na mnie uwziął, niedobra jest strasznie. Rano obudziła się o szóstej, co dla niej jest niezwykłe. Przeważnie oczki otwiera przed ósmą! Na szczęście udało mi się wesołego dzidziusia o tej barbarzyńskiej godzinie jednak jakos spacyfikować. Ale dalsza część dnia wcale nie mija nam sielankowo- Trusik nie chce jeść, łapami na łyżeczkę macha, złości się, ziewa, ale spać też nie zamierza. Dobrze chociaż, że Starsza Córka zawróciła do domu z wyprawy na konie- śniegu za dużo nawet na konia napadało. Dzięki temu mogłam chociaż obiad przygotować. Może Trusi też w domu nudno...

A na deser obiecane jamniki.

Klucha, Truś i Wojtek

Krokiet

11:31, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 listopada 2007
Czujna Trusia

Trusia musi być czujna, nie może ani na chwilę zasnąć. Ma ważną misję do spełnienia, nie może stracić z oczu mamusi. Dlatego dziewczynka nie śpi w dzień, buntuje się przed spaniem w wózku, śledzi mamusię w każdej chwili dnia, a w nocy szybko przeprowadza się do mamusinego łóżka i wciąż pilnuje. Ważny jest nie tylko kontakt wzrokowy ale też dotykowy- najlepiej jak największą powierzchnią ciała. Optymalnie byłoby się do mamusi przylepić jakąś Kropelka albo Ośmiorniczką. Z braku w/w należy działać podstępem i wrzeszczeć, jak mamusia oddali się na odległość większą niż 20cm oraz pełznąć szybciutko w jej kierunku! I tak to pracowicie spędza dzionki i nocki mały dzielny Truś.

A dziś mamusia musiała po południu udać się do pracy- jak co czwartek. Truś był więc nieszczęśliwy, a do tego śpiący, bo wcześniej pilnował mamusi i pozwolił sobie jedynie na króciutką drzemkę na mamusiowych kolanach. Została nieszczęśliwa dziewczynka z rodzeństwem, które miało inne plany na popołudni niz taszczenie marudnego niemowlaka non-stop. Starszy Brat w pewnym momencie w chwili desperacji wpakowal sobie dzidziusia do nosidełka, coby przynajmniej ręce mieć wolne. I umęczona dzidzia w owym nosidełku usnęła. Okrutna Starsza Siostra nakazała dzidziusia do łóżeczka przełożyć, co zostało uczynione. Oczywiście Trus obudził się natychmiast, jak tylko poczuł znienawidzony łóżeczkowy materacyk. Ale sprytne rodzeństwo się nie poddawało- włączyło siostrzyczce muzykę i wyszło z pokoju zamykając drzwi. Niestety to, co czasem działało (marudzący dzidziuś w końcu usypiał) tym razem jakoś nie chciało zadziałać- Trusia wciąż nieszczęśliwa ryczała rozgłośnie. Po półgodzinie nawet okrutna Starsza Siostra poczuła współczucie i wlazła do pokoju. I cóż zobaczyła? Dlaczego to Truś usnąć nie mógł? Ano dlatego, że Truś stał biedaczek trzymając się szczebelków łóżeczka, a na stojąco trudno jest zasnąć. Chociaż akurat mamusie czasem potrafią i to!

A za oknami świat znów się zmienia, powoli zanikają różnicę między ulicami, chodnikami i trawnikami. Wszystko pokrywa się białym puchem, samochody zmieniają się w pagórki- a między nimi stoi sobie mój kochany samochodzik, który co prawda posiada garażyk, ale od kiedy wiosną garażyk ów został zaanektowany przez Starszego Syna na studio nagrań autko musi moknąć na dworze. Działania Starszego Syna doprowadziły garażyk do stanu ruiny i, mimo że ostatnio został doprowadzony do jako takiej używalności, to jednak jest jeden malutki problem- brama- w wyniku osiadania budynku oraz "usprawnień" wprowadzonych przez Starszego Syna i jego kolegów-majsterklepków brama owa z trudem się otwiera, a zamknąć ją potrafią bardzo nieliczni. Ja niestety do tych nielicznych nie należę! Tak więc jutro trzeba będzie w wielka miotłą i szuflą wyruszyć, coby autko spod śniegu wykopać:(  A tego aspektu zimy to ja na pewno nie lubię!

A Synek Starszy chory trochę jest- katarek posiada, gorączuszkę niewielką i dodatkowo twierdzi, że bolą go zatoczki. A dlaczego zatoczki go bolą? Ano bo czapki nie nosił! A dlaczego owej czapki nie nosił? A bo koledze zimno w głowę było i mu swoją czapkę pożyczył! Czy to dobre serce i czy strategia? Bo w końcu nie od dziś wiadomo, że młodzi ludzie za czapkami nie przepadają i kombinują, jak się ich pozbyć. Już od niemowlęctwa się w tym ćwiczą, Trusia ostatnio już zaczęła zabiegi czapkopozbywające. Tylko trudno jej te sznureczki sforsować!

21:27, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 14 listopada 2007
Trusia 9 miesięcy temu i dzisiaj

Krasnal 9 miesięcy temu

I Skrzatka dzisiaj. Ale czas mija, a dzieci rosną, prawda:)))

23:25, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
Pierścionek z brylantem

9 miesięcy temu urodziła się Trusia.  A gdzie mój pierścionek z brylantem? No właśnie, nie ma go, a przynajmniej w moim posiadaniu go nie ma. A obiecał mąż, obiecał! Za taka cudną Trusię to właściwie nie tylko pierścionek się mi należy, ale kolczyki i kolia. Cała mogłabym być brylantowa. A mąż się wije jak piskorz i twierdzi, że miałam go do tego pierścionka osobiście doprowadzić. I w zamian proponuje diamentowe wiertełka i coś tam podobnego:(((

No to załóżmy, że brylancikiem jest Truszonek. Doskonali pełzanie dzielna dziewczynka i już z nieporadnej i powolnej dżdżownicy przeistacza się w gąsienicę-sprinterkę lub inną skolopendrę. A w trakcie owego pełzania dodaje sobie animuszu głośnymi okrzykami! Dziś nawet postanowiła mnie zaśledzić, jak ją na chwilkę zostawiłam na podłodze w pokoju, a sama udalam się do łazienki obok. Truś z pozycji siedzącej przełożył się na brzuszek i wyruszył na poszukiwanie mamusi. Dzielna dziewczynka!

A na drugiej lekcji tańca brzucha głęboko ukryty we mnie talent wciąż nie eksplodował. Ale wciąz wierzę, że kiedyś... Najwyżej trzeba będzie kurs podstawowy powtórzyć parę razy. A może trzeba ten pasek z dzwoneczkami zakupić, żeby talent wywabić? Hmm, należałoby to rozważyć...

Dziś też inny jubileusz- już od miesiąca dzielnie piszę bloga. No, bardzo jestem z siebie dumna. Ciekawe na ile jeszcze starczy mi zapału.

A kremiki zostały zakupione więc zmarszczki drżyjcie! :)))

 

22:05, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
wtorek, 13 listopada 2007
O krasnalach ciąg dalszy

Te krasnoludki to juz częściowo na urlop pewnie poszły. Dotąd dbaly dzielnie, żeby uzupełniać kończące się kosmetyki, a od piątku coś zapomniały. Powoli zaczyna dochodzić do stanu klęski kremowej. W piątek definitywnie skończył się mój krem na noc- no dobra, zaczęłam stosować ten na dzień. Dziś krem na dzień osiąga dno- można jeszcze smarować się kremem pod oczy, ale ten długo nie pociągnie. Całe szczęście , że krasnale zadbały chociaż o balsam do ciała kiedyś wcześniej, bo krem pod oczy musiałby mi wystarczyć na cale cielsko i wtedy zakończyłby pewnie żywot gdzies w okolicach pierwszego uda:) Mąż mój kochany co prawda wspomniał nieśmiało, że kremu Nivea jest pod dostatkiem i że on go z powodzeniem stosuje. No to poczekamy, ciekawe, czy będzie mnie dalej kochał, jak będę miala zmarszczki jak Rów Mariański albo Wielki Kanion (głębokie takie te zmarszczki będą moje, bo w/w miejsca swoich zmarszczek zapewne nie posiadają)!

A zakup kremu, to dla mnie sprawa bardzo poważna. Po pierwsze nigdy nie kupuję tego samego, co to już go wczesniej miałam, bo żyję w przekonaniu, że skóra się do tamtego starego przyzwyczaiła, a poza tym jest tyle różnych innych do przetestowania. No i stoję przed tymi kremami i myślę, a gorzej się czuję niż osiołek, co to mu w żłobie dano. Czytam informacje na pudełeczkach, przypominam sobie reklamy w TV- i nie mogę się zdecydować, czy wolę wyglądać jak Claudia Schiffer, czy Andy McDowell czy może Agnieszka Maciąg? Nie mogę też się do końca zdecydować, czy jestem już kobietą dojrzałą, czy może jeszcze nie całkiem- jak by sądzić po stanie umysłu, to powinnam kupować te przeciwpryszczowe;).

I tu dochodzimy do puenty- z powodu opadów śniegu w Krakowie, zimna, wiatru i ogólnej plugawości z jednej strony oraz bycia praktycznie jedyną opiekunką niemowlęcia w wieku 9 miesięcy z drugiej NIE JESTEM W STANIE owego kremu (teraz już kremów) sobie zakupić. Czuję się trochę jak księżniczka uwięziona na szklanej górze albo w wieży jakiejś- potrzebuję wyjść z domu, zrobić zakupy, KREM  sobie nabyć i się nie da. Domownicy żyją własnym życiem, szkołą, pracą, treningami itp. i nie kwapią się do roli baby-sittera. Udaje mi się pozostawić z kimś Trusię tylko na czas wyjścia do pracy w przychodniach, ale chytrze wypytują mnie, kiedy wracam i rozliczają co do minuty! Wyjść na zawieruchę z nie całkiem jeszcze zdrowym Truszonem się też nie da- Mała nie cierpi siedzieć zafoliowana w wózku, a jak śnieg wali płatami, to trudno żeby siedziała bez budki i folii. Nie da się też pojechać z Trusią samochodem do jakiegoś handlowego centra, bo w samochodzie jeżdżą dwa komplety letnich opon- moje i mężowskie. Mąż wreszcie się zdecydował na wymianę i najpierw do mojego autka załadował dwa komplety zimowych (bo ja dużym autkiem jeżdżę, takim siedmioosobowym- i bardzo je lubię), potem udal się w celu wymiany, ale już nie zdążył wypakować letnich do garażu i jeżdżą sobie w moim autku, w związku z czym Trusia już się nie mieści- no ona sama jeszcze by wlazła koło tych opon, ale jej wózek juz na pewno nie!

I to by było na tyle w kwestii krasnoludków i kremów na paszczę. A na deserek Truś i jej "warkoczyk":))

Tam z tyłu na potyliczce wyrasta kiełek przyszłego warkoczyka Trusi. Na razie przypomina co prawda kaczy ogonek, ale jak się uruchomi wyobraźnię.....

I jeszcze ostatnia fotka- Trusiowa miłość do balonów objawia się tak:

Niestety większość baloników długo takich karesów nie wytrzymuje:( Ale w szafce siedzi zapasik, więc można spróbować następnego;)

 

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Krasnoludki
W każdym prawie domu zamieszkują niewidzialne krasnoludki. Dzięki nim nigdy nie brakuje chleba na śniadanie, innych rzeczy do jedzenia zresztą też. Gotują obiady, dbają, żeby w szufladach zawsze była czysta bielizna i skarpetki.  Szorują wannę, umywalki i kible, zamiatają podłogę. Wysyłają świąteczne i imieninowo-urodzinowe kartki. W ogóle są niezbędne, żeby dom jakoś funkcjonował. Niestety moje krasnoludki zażądały urlopu od zaraz, także tego zaległego i na dodatek z odsetkami. Zapowiada się ciężki kryzys. Apeluję więc- jak ktoś zna bezrobotne i chętne do podjęcia pracy krasnoludki, to niech je do nas podeśle. Sprawa pilna!
11:23, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 12 listopada 2007
I wieczór pierwszgo dnia tego samego nowego tygodnia

No, sytuacja wróciła do normy- NIE MAM IDEALNEGO DZIECKA! Poranne spanko w łóżeczku trwało zaledwie pół godzinki i juz się w dniu dzisiejszym nie powtórzyło. Wszelkie próby włożenia śpiącego niemowlaczka do łózeczka powodowały, że niemowlaczek ów przybierał pozycję siedzącą i nie dało się go rozpłaszczyć (dla równowagi przy próbach posadzenia niemowlaczka w krzesełku staje się on niezwykle sztywny i nie sposób go zgiąć). W rezultacie Młoda była marudna, śpiąca i nie wiedziała sama, czego chce- a ja wiedziałam- chciała spać, ale pozostawała głucha na wszelkie moje argumenty! No, były też momenty ożywienia- Trusia biegała na dwóch nogach po chałupie, ze mną jako konstrukcją podtrzymującą- obawiam się, że już nigdy się do pełnego pionu nie wyprostuję. Były tez momenty, kiedy pozwalała się łaskawie posadzić na dywanie- wtedy ja musiałam być tuz obok, kontakt fizyczny był niezbędny- nie wystarczało, że siedzę niedaleko, nie wystarczało nawet, że Mała się opiera o moje kolano-od czasu do czasu macała jeszcze łapką, czy abym się gdzies nie zgubiła albo wspinała się po mnie, żeby mnie dodatkowo do podłoża przygwoździć. Miałyśmy też chwilę zabawy przed lustrem- Dzidzia z radością powitała ślicznego uśmiechniętego niemowlaczka, a następnie próbowała go zjeść przysysając się do lustrzanej tafli- zdjęć z tych jakże uroczych momentów brak, bo wymagało to ode mnie odejścia kawałeczek, a wtedy żadna nawet najpiękniejsza dzidzia w lustrze przestawała się dla Trusi liczyć.  Z innych domowych rozrywek były próby zeżarcia butów Starszego Brata, polowanie na jamniki, a właściwie na numerki przy ich obróżkach oraz kłapanie paszczą i przekrzykiwanie się z mamusią- bardzo to Truszona rozbawiło, ale nie aż tak, żeby się głośno roześmiać, o nie! Ciekawe, czy i co kiedyś sprawi, że moja Córeczka zacznie się na głos zaśmiewać (wiem, że są dzieci, które tak robią!)- jak na razie sprawiają to tylko łaskotki i to nie zawsze, ale to się nie liczy.

Poczytałyśmy sobie na edziecko w naszym kalendarzyku, co też Panna prawie dziewięciomiesięczna robić powinna- no i znowu jesteśmy zapóźnione. Obiadek powienien składać się z dwóch dań- kurczę, a u nas z jednym wciąż bieda. Dzidzia powinna poszerzać zasób słownictwa (?)- na razie nie zauważyłam, żeby jakikolwiek zasób posiadała, bo to, że wreszcie po długim niemówieniu sylab zaczęła jakieś z siebie wydobywać raczej się nie liczy. Gada je sobie zupełnie przypadkowo- czasem jak jest radosna mówi "tatatata", a czasem "mamamama"- i nie oznacza to bynajmniej miłości do któregoś z rodziców.

Za to przekonałam się, że posiadam wroga osobistego w pewnym bankomacie- już drugi raz w ciągu niedługiego czasu wessał moją kartę i nie chcial oddać. A ja cierpię na pewną paranoję- otóż jak nie mam w portfelu gotówki to ABSOLUTNIE muszę w bankomacie sprawdzić saldo, nawet wtedy, gdy na koncie powinny siedzieć sobie bezpiecznie pieniążki (bo np. wieczór wcześniej sprawdzalam przez internet i tam były). Bo gdyby tak w nocy się wydały i juz ich nie było, a ja zrobiłabym zakupy i przy kasie nie mogłabym za nie zapłacić- co to byłby za obciach! (Przy mojej łatwości w wydawaniu pieniędzy to nocne wyczyszczenie konta nie byłoby wcale takie niemożliwe, myślę, że mogłabym pewne zakupy robić nawet na pół śpiąco- np. Trusiowe ciuszki mogłabym kupować zawsze!). No a ten bankomat wredny juz drugi raz zapyane przeze mnie uprzejmie o saldo wessał moją kartę i nie chcial ani salda podać ani karty oddać. A za plecami moimi dyszał niecierpliwy tłumek, bo drugi bankomacik w CH oczywiście był chwilowo out of order! Jak sięgałam po telefon, coby wybrać numerek alarmowy na wrednym urządzeniu podany, zdecydowało się ono moją kartę wypluć, nie zaspokajając jednak mojej ciekawości nt. stanu mojego konta! Trzeba będzie sobie znaleźć inny przyjaźniejszy bankomacik, bo przy takich stresach długo nie pociągnę;)

Za to sukcesem zakończyły się poszukiwania okularków dla Starszego Syna- tzn. połowicznym sukcesem, bowiem okularki są obstalowane, ale nie wyglądają tak  --o-o--, czyli nie są to wymarzone przez P. lennonki. Bo lennonków nie ma!- teraz wszyscy noszą prostokątne, ew. owalne, a okrąglusie znaleźć można tylko w dziecięcej kolekcji- niestety P. jakiś czas temu wyrósł z tego działu. A przy okazji zadziwiłam się niepomiernie- im mniej jest okularków tym są one droższe!- do tej pory wiedza nt. cen oprawek była dla mnie wiedzą tajemną, bo nikt z nas okularów do tej pory nie nosił. Rozumiem teraz, dlaczego mąż odzyskal nagle i cudownie bystry wzrok- jakiś rok temu marudził, że gorzej widzi, był nawet u okulisty w ramach badań okresowych pracowniczych i p. doktor jakieś tam połóweczki mu przepisała. Udał się mąż radosny marzący o własnych dodatkowych patrzawkach do salonu i powrócił markotny jakiś. Doszedł do wniosku, że jeszcze nie jest tak źle z jego wzrokiem. No to teraz wiem dlaczego!!!A jak troszkę się jeszcze pomęczy z lekko zamazanymi literkami, to zniżka w Vision Express urośnie i może się zdecyduje.

Na dobranoc widoczek, który mnie wzrusza, rozbraja, przyprawia o łzy i po najgorszym dniu sprawia, że kocham ją jeszcze mocniej.

Trwaj chwilo. Aż szkoda odkładać do łóżeczka :)::: (te kropusie to łezki, co mi z oczu kapią, głupie takie).

21:00, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Poranek nowego tygodnia

No może z tym porankiem przesadziłam trochę, bo juz 10.00, ale dla nas to wciąz początek dnia. Truś śpi- w łóżeczku!!! Niestety w nocy Córka Idealna postanowiła nieco zmodyfikować swój niebiański wizerunek. Zamieniła się w przyssawkę-pijawkę i nie można jej było od maminej piersi odczepić. Na wszelkie próby odseparowania dziecka od mamusi reagowała gniewnym sapaniem i chrząkaniem. W trakcie sielanki ssaczek zreszta tez od czasu do czasu otwierała ślepia na okrągło i wpatrywala się usilnie w mamusię- może by tak już wstała i troszkę się z dzieckiem pobawiła. Jednocześnie macała rączką z tyłu w poszukiwaniu tatusia, a jak nań natrafiła, to po omacku usiłowała wyrwać mu wąsy lub wydłubać oczko- w końcu po co tatusiowi dwa oczka?

A za oknem znowu pada mocno, spacerek codzienny stoi pod duuużym znakiem zapytania. Oj, trzeba będzie wysilić się i wymyslić jakieś domowe rozrywki. Ale jak tak w ogóle to lubię zimę, a widok świeżego bialego śnieżku za oknem, zwłaszcza tego pokrywającego gałązki na drzewach, zwykle nastraja mnie optymistycznie do życia. Można zacząć myśleć o Świętach- już się cieszę na minkę Trusi na widok pierwszej w życiu choinki!

10:07, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum