RSS
czwartek, 25 października 2007
Żeby nie zapomnieć

Moje wczorajsze podejrzenia dziś się potwierdziły- Trusia bawi się sama w "akuku". Wczoraj jak rozładowywałyśmy zmywarkę dałam jej ściereczkę do naczyń, a ona podnosiła ją nad główkę i zasłaniała sobie buzię, a potem opuszczała- bardzo ją to cieszyło. A dziś rano jak ładowałyśmy pralkę sama przechwyciła podkoszulek któregoś z braci i robiła to samo, ucieszona wielce. No nie aż tak ucieszona, żeby śmiać się głośno, to zdarza sie jej wyjątkowo i tylko przy łaskotaniu albo wygłupianiu się przez mamusię. Ha, jaka ja mam mądrą córeczkę!

A póki pamiętam, to jeszcze napiszę o słoninie. Starsza Córka parę latek temu- ale wcale nie aż tak wiele, duża juz całkiem była- poszła ze swoją babcią do mięsnego sklepu. I tam wprawiła babcię, ekspedientkę i innych klientów w osłupienie zapytując, czy słonina to jest mięs ze słonia. I całkiem serio pytała! (Koniecznie musiałam o słoninie napisać, bo tyle już śmiesznych powiedzonek i zdarzonek z życia Starszej Córki oraz Starszego i Młodszego Syna w niebyt odeszło. Więc niech chociaż słonina się zachowa.

A ratatuoille wyszło bardzo ostre, ale zjedliśmy. A w trakcie jego przygotowywania zmyślna Mała Córcia uczyła Krokieta aportować, rzucając mu papryki- a ja się dziwiłam, gdzie te papryki znikają. Znalazły się w psim kojcu:)

22:41, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
A w Krakowie na Brackiej pada deszcz...

Nie tylko na Brackiej niestety. No ile można wytrzymać taką zgniłą pogodę! Wczoraj poszłyśmy w końcu z Trusią polować na cukinię i przy okazji cerę nawilżać mżawką. Cukinię upolowałyśmy na targu-przy okazji nie wiedziałam, że trzy małe cukinki takie drogie mogą być i ważą 1,5kg- podstępne takie! Ale ratatuja na obiad nie bylo- wciąż znajduje sie w fazie produktów podstawowych- nawet malowniczo wyglądają te baklażany, pomidorki, kolorowe papryczki i cukinia- zdjęcie się im należy- cóż kiedy wklejać zdjęć jeszcze nie umiem. Mąż obiecał nauczyć, ale przy jego tempie realizacji różnych obietnic nastąpi to pewnie za ładnych parę lat (kabinka prysznicowa czekala na montaż kilka lat, szafa na wykończenie już 10 lat czeka). Co prawda wydaje się dość przejęty żninym blogiem, więc może pomoże wkleić zdjątka jakieś.

No to się nawilżałyśmy z Truszonem 2 godziny, bo Dziecka spać poszła- o cudzie na plecach a nie na brzuchu z głową w nogach wózka, co jest zwykle jedyną akceptowaną przez nią pozycja spania na spacerach. Po powrocie jednak Córcia bynajmniej nie wydawała się szczęśliwa, czepiała się matki jak czepiak jakiś, odmawiała przyjmowania pokarmów innych niż matczyne mleko, wyła rozgłośnie i sztywniała przy wszelakich próbach posadzenia gdziekolwiek. No koszmar! Miała już matka bardzo nieprzyjemne myśli, oj miała. W tych warunkach ratatouille powstać nie mogło i na obiad była kolejna Pascalowa zapiekanka- smaczna zresztą jak to zwykle bywa z Pascalowymi przepisami. Ale wieczorkiem zbuntowałą się matka przeciwko niemowlęciu-terrorystce, porzuciła dziecię na pastwę starszego rodzeństa i udała się na plotki z przyjaciółką Anią. Po dwóch godzinach powróciła skruszona, że dziecko zostawiła i stęstkniona bardzo. Jednoosobowy maminy fanklubik spożywał właśnie z tatusiem zapiekankę, ale na widok rodzicielki natychmiast zmienił miejsce pobytu z tatusiowych kolan na mamine ramiona.

Dziś córeczka jakby łaskawsza, może uda się nam ratatuja ugotować.  A dziś czwartek- nie lubię czwartków. Po południu trzeba będzie dziecko porzucić i udać się do pracy, zarabiać na córczyne sukienki. Piątków też ni lubię- z tego samego powodu. A z tymi córczynymi ciuszkami to obłęd jest- wciąż coś kusi i nęci, no po prostu nie mogę się powstrzymać. Już nawet próbowałam omijać niebezpieczne rjony szerokim łukiem, ale nogi same polazły, zupełnie bez mojego udziału. Ostatnio zalazłam niechcący na niemowlęcy dział w Zarze- no to już świństwo było ze strony nóg nieposłusznych!! Na szczęście resztki rozsądku podpowiedziały matce, że sukienusia czy sweterek w cenie dorosłego ubrania to jednak niezbyt w porządku. No i powstrzymała się ręka sięgajca po portfel! Całe szczęście, że mąż rozsądnie przewidział rozrzutność żony i jakiś czas temu zaproponował rezygnację z linii kredytowej na jej koncie.Mądra to była decyzja.

I jednak uśmiech w tym smutnym pluchowatym dniu- Ktoś odnalazł mojego bloga i do mnie napisał- ale fajnie! Niby piszę dla siebie, ale miło, jak ktoś jednak się pokaże. Witam wszystkich w moim dzienniczku i cieplutko pozdrawiam. A teraz idę wreszcie ratatuja przyrządzać.

11:13, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 24 października 2007
Paskuda

No i dalej dzień paskudny, spacerku nie będzie. Z powodu patologicznej niechęci Dziecięcia do przebywania w zafoliowanym wózku spacery w deszczu nie wchodzą w grę. Jeszcze długo będę pamiętać jej wrzaski w Sienie. Sądzę, że inni świadkowie tego zjawiska też, może im ono przyćmić nawet piękno Il Campo i tęczę nad wieżą sieneńskiego ratusza.

Już wczorajsze popołudnie nie należało do prostych. Dziecina przypięła się do matki zaraz po jej powrocie z przychodni i zakupów, uniemożliwiając ugotowanie obiadu itp. W szafie rośnie sterta prasowania, zasłonki od magla wciąż nie trafiły na swoje miejsce, kabinka prysznicowa zarasta, a tymczasern matka ogląda głupawe seriale z Dziecięciem u piersi wiszącym!!Ew. ciupie mammografie i powoli już nimi rzyga!

Dziś dzień zaczął się fatalnie. Matkę i Dziecko-przysypiających sobie jeszcze do ulubionej godziny 8-ej, obudziły sceny najwyraźniej dantejskie rozgrywającej się pod zamkniętymi drzwiami sypialni. Wokół ciemno, za oknem deszcz, za drzwiami drze się Paweł, Piotr też zdenerwowany, Bogna im wtóruje, a Wojtek zbiera się do strategicznego szlochu. Cóż sie okazało- wredny pies Klucha skupał się na dywanie w pokoju Pawła, a następnie w przedpokoju tuż pod drzwiami sypialni matki i dziecka- do tego najwyraźniej miał biegunkę, a ponieważ ostatnim spacerowiczem okazał się był Piotr wczorajszego wieczoru, zostal oskarzony przez córkę Bognę o ślepotę na to, co psy na specerze mogą zeżreć- jakby o 22-giej w ogóle było widać to, co na trawniku leży! Wojtk został więc w trybie natychmiastowym wysłany na spacer poranny, co najwyraźniej kłócilo się z jego planami na najbliższą przyszłość... Tak więc wylazła matka z wyra i poszła opanowywać sytuację. Dziecię Trusia chwilowo udawało szczęśliwą- pewnie złośliwie śmiało się z problemów rodziny, które-hi hi- niemowlaka nie dotyczą. Nie musi on utylizować rozpaćkanej kupy psiej- prawdziwa przyjemność o poranku! Następnie udała się matka do kuchni, gdzie ujrzała ulubioną górę brudnych naczyń czekających na zapakowanie do zmywarki. Postanowiła jednak nakarmić najpierw śniadaniem siebie i najmłodszą latorośl- i tu już owa latorośl okazała się mniej radosna. Usztywniła siebie w celu uniemożliwienia włożenia do krzesełka- trzeba ją było ręcznie w połowie składać! Potem odmówiła spożywania czegokolwiek i zaczęła poranne marudzenie. Nieco humor jej poprawiła zmywarka, gdyż udało się dziecku przysuną do niej na tyle blisko, żeby móc się przyssać do koszyka na naczynia i pogrzebać sobie łapką w brudnych chlapkach. Ale już w trakcie ścielenia łóżka i ubierania się matki dziecko protestowało stanowczo robiąc klasyczną podkówkę z usteczek i marszcząc żałośnie ślepki. Odsłaniając okno odkryła matka, że roślinka na parapecie-sukulent w rodzaju grubosza, ale z takimi rurkowatymi "listkami" zmienił kolor na żółtawy- oj nie lubi matka takich numerów- roślinka dostaje jedno ostrzeżenie, a potem wylot na śmietnik! Strząśnięcie owych żółtych elementów z rośliny spowodowało konieczność pozamiatania tego, co na glebę i parapet opadło- a to się też dziecku wcale a wcale nie spodobało!! Ubieranie i przewijanie takoż Córeczce nie odpowiadało. W rezutacie wylądowalyśmy przed komputerem i negatoskopem- Córcia wreszcie zadowolona, z wyrazem triumfu na paszczy przyssała się do matczynego biusta i poszla spać. A matka znów usilowała jedną ręką manewrować zdjęciami, myszą, lupą itp.

Teraz Dziecię weselsze, a matka czeka powrotu starszej córki jak kania dżdżu, bo MUSI zawieźć wreszcie opisane mammografie, a po drodze wytropić gdzieś cukinię- zakupila matka wczoraj wszystkie składniki na ratatouille za wyjątkiem cukini właśnie- no i co mam teraz zrobić z bakłażanem, stadem papryki itp. Muszę gdzieś zakupić ową cukinię!!Albo zrobić obiad w formie zmodyfikowanej bez cukinii. Zwariuję z tym wegetarianizmem Pawła, wciąż muszę wymyślać potrawy, które on ew. zgodzi się zjeść.

Wróciła córka starsza, więc trzeba pędzić do dalszej roboty.

10:26, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 października 2007
Jesień

Na dworze jesień w najpaskudniejszej postaci- ciemno, zimno i mokro. Szkarłupcia (to ostatnio ulubione określenie Piotra na córeczkę) chwilowo siedzi na dywaniku i rozpracowuje nowe butki. Dostała je jak się urodziła od pań Eli i Beaty z przychodni na Skarpie. Takie się wtedy wydawały wielkie. A teraz sa już w sam raz. Właśnie się Córuńda uczy rozwiązywać sznurówki. Nie będzie dziś łatwo- perspektywy na spacer żadne, na spacenie samodzielne w łóżeczku w ciągu dnia jak zwykle raczej zerowe. Zostanie drzemka przy biuście unieruchomionej na ten czas mamy. A tu jeszce Piotr zapowiedział, że pewnie zostanie w Tarnowie na noc. Oj, niedobrze... Kupa mammografii nie maleje, nie ma kiedy odwieźć tych opisanych. Bogna ma caly tydzień zajęty, więc nie ma kiedy jej zaangażować w opiekę nad Małą. Oj całkiem niefajnie.

Wczoraj zadzwoniła do nas Ewcia i zaprosiła nas do pracy na torcik z okazji urodzin Ewy (dzielna Ewcia obchodzi publicznie swoje urodziny) i imienin Irenki. Zebrałyśmy się z Trusią i przybyłyśmy na imprezę. Truszon rozdawal uśmiechy, skrzeczał przyjaźnie- no pełna reklama. Krzyś pochwalił się, że ponoć jednak córeczka się im ma urodzić- fajnie mają. A torcik pyszny był. Trzeba by powoli mysleć o powrocie do roboty- i myślę. Grazynka niezawodna może nam opiekunkę wynajdzie. Prawdą jest głęboka myśl ludowa, że gdzie diabeł nie może tam Grażynkę pośle. Koleżeństwo by im najchętniej tą opiekunkę już od zaraz załatwiło, żebym wróciła. Ale myślę, że poczekamy jednak do marca. Trochę się czuję wyobcowana w swoim zawodowym środowisku. Jak się udałam na zebranie PLTR-u to też się czułam tak jakby obok, poza nawiasem. Alemoże dlatego, że ja w ogól nienajlepiej się identyfikuję z innymi grupami ludzi. Teraz mój świat to Truszon, dom, internet i ulubione blogi. Na razie koniec, dziecko straciło cierpliwość.

11:58, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007
Wspomnienie dla Ciszka

Nie wiem, czy powinnam, czy dam radę napisać to, co juz od 21 miesięcy we mnie tkwi. Tyle razy już próbowałam i nie mogłam. Czas jednak płynie, boję się, że te bolesne wspomnienia ukryją się gdzieś w zakamarkach mojego umysłu, a na to nie chcę pozwolić.

Będzie o moim malutkim synku, na którego czekaliśmy dwa lata temu. Rósł sobie w moim brzuchu, kopał, rozwijał się dobrze. A ja kompletowałam jego ubranka, kupiłysmy z Bogną łóżeczko, kilka rzeczy dostaliśmy od przyjaciół. I wszyscy cieszyliśmy się, że niedługo się urodzi. Bogna wybrała mu patrona, swojego ulubionego świętego Franciszka. Ostatnią wizytę u pani ginekolog miałam 4 stycznia-Piotr poszedł ze mną, ale nie został na USG- bardzo potem żałował, że nie zobaczył bijącego serduszka swojego synka. Widział je co prawda wcześniej, ale wtedy jakoś tak zrezygnował. 12.01. pracowalam przedostatni raz w przychodni. Kończąc pracę w USg miałam przez chwilę ochotę, żeby podglądnąć sobie Malucha, jednak nie zrobiłam tego, nie chciałam go niepotrzebnie niepokoić. Może gdybym to zrobiła to historia potoczyłaby sie inaczej...

Jeszcze w przychodni zaczęłam mieć skurcze, dojechałam tramwajem do domu i pomalutku zaczęliśmy się zbierać do szpitala. Wzięłam kąpiel, sprawdziłam torbę. Pojechaliśmy o 21-ej. Było zimno, śnieg leżał na trawnikach. Pod izbą przyjęć zaczęło mi być niedobrze i zakręciło mi się w głowie. Potem pamiętam już niewiele- połozna nie mogła znaleźć tętna dziecka, podobnie druga. Przyszły dwie lekarki, zabrały mnie na USG- z tego pamiętam tylko słowa jednej z nich- "ależ to jest obsoleta"- nie były skierowane do mnie, nie wiedziały, że też jestem lekarzem i że wiem, co to znaczy. Nie uwierzyłam, musiałam zobaczyc na USG to niebijące serduszko mojego dziecka. Miałam nadzieję, że się mylą, a ja-radiolog, pokażę im, że ono jednak bije. Potem pamiętam juz bardzo mało, życie mojego dziecka-wyczekanego synka skończyło się i moje też zatrzymało się na dość długi czas. Koledzy lekarze, nie mówcie nigdy matce ani przy matce, że obumarła ciąża!!To nie ciąża umiera, umiera człowiek- dziecko, które często ma swoje imię, swoje miejsce w domu i sercach czekających na nie bliskich!! Miałam cesarskie cięcie, nie zastanawiałam się nawet nad tym, że moje własne życie było poważnie zagrożone. Teraz jak o tym myślę, bardzo żal mi Piotra, że został sam- ze śmiecią dziecka, z potencjalnym zagrożeniem mojego życia. Jak się obudziłam, mogłam przytulioć przez chwilę mojego synka- nie dałam rady go zobaczyć, pamiętam tylko okrągły kształt jego główki, pokrytej delikatnym meszkiem- wciąż ją czuję w dłoni. Piotr ochrzcił malutkiego- nasz synek Franciszek Robert niebył dużym chłopczykiem- ważył tylko 2300g. Ale gdyby nie odklejenie łozyska miałby szansę się podtuczyc na maminym mleku, na pewno urósłby szybko, a teraz biegałby po mieszkaniu. Pewnie gdyby on żył nie byłoby Trusi- może tak więc miało być, miała się urodzić nasza mała córeczka, a on musiał odejść. Moi kochani bliscy bardzo się starali pomóc mi w tym trudnym czasie- Piotr spał w szpitalu przy moim łóżku, Bogna, Paweł, Wojtek i moja mama na zmianę siedzieli przy mnie - nie chcieli zostawić mnie samej. Bardzo im wszystkim dziękuję. I bardzo też jestem wdzięczna tym, którzy w szpitalu położyli mnie w pojedynczej sali na oddziale ginekologii a nie na położnictwie- oszczędzili mi dodatkowego bólu.

Dopóki nie pojawiła się we mnie Trusia moje życie toczyło się z dnia na dzień. Mijał kolejny dzień, a ja natychmiast zapominałam, co się w ciągu tego dnia działo. Każda kobieta w ciąży bolała, każde małe dziecko sprawiało, że pękało mi serce, nie mogłam spokojnie przejść obok stoisk z dziecięcymi ubrankami..A tymczasem trzy koleżanki urodziły po mnie zdrowe śliczne dzieci. A mojego chłopczyka nie było. Przeżyłam jego pogrzeb, potem musiałam sięgnąć do szafy i pochować gdzieś lub rozdać jego ubranka. W szafie został tylko miś-Franek. Piotr- nie mogę do tej pory zrozumieć jak był w stanie tego dokonać- zrobił zdjęcia naszego synka- Malutki owinięty w białe prześcieradełko wygląda jakby spał. Jak odkryłam te zdjęcia, miałam żal do Piotra, że je zrobił, ale teraz go rozumiem. Dzięki nim wiem, jak wyglądał Ciszek, mogę na niego codziennie popatrzeć (chociaż na to też musiałam długo czekać), dzięki tej fotografii nasz synek jest realny- był, miał swoja krótką historię na ziemi. Mam nadzieję Malutki, że patrzysz na nas czasem z nieba i że odnajdziesz nas, jak nasz czas na ziemi się skończy.

Po paru miesiącach do misia Franka dołączył drugi miś i oba czekały w szafie na Trusię. A malutka rosnąca w moim brzuchu Trusia przywróciła mi radość życia. Wiem, że różni ludzie mają do mnie żal, że nie powiedziałam im sama o tym, że spodziewam się dziecka, ale ja nie mogłam. Tak się bałam, że znów coś złego może się wydarzyć. Bałam się nawet nadać jej imię. Więc nie gniewajcie się na mnie- Mamo, Jacku, Przyjaciele. Częśc z was domyśliła się sama, że spodziewam się dziecka, część dowiedziała się od innych. A niektórzy dowiedzieli się dopiero, jak Malutka się urodziła. Zdrowa, śliczna, doskonała dziewczynka- o tym będzie wspomnienie 2 dla córeczki.

22:16, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Koniec IV RP
Mam nadzieję, że nadszedł koniec pogoni za czarownicami, podejrzliwości, kolejnych komisji śledczych, wystawiania Polski na pośmiewisko na arenie międzynarodowej, co raz to nowych rewelacji IPN-u, wpływania polityków na media, budowy dworców we Włoszczowej, koalicji z ludźmi, którzy powinni siedzieć w więzieniu albo mają chore pomysły, pogardy dla inteligencji, psów w sejmie (chociaż osobiście psy bardzo lubię) itp. nonsensów. Donaldzie Tusku, wielka odpowiedzialność na tobie spoczywa. Nie zawiedź tych, którzy zmobilizowali się i poszli zagłosować. Jeśli dasz plamę, na drugi raz nie pójdą.
21:38, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 października 2007
Wyborcza niedziela

Miało byc dla Trusi wspomnienie 2, ale nic z tego- ogromna monogość mammografii, którymi zasypały mnie dwie firmy na raz uniemożliwia mi dłuższe pisanie. Nasze córki po raz pierwszy były dziś na wyborach- Trusia jako obserwator, a Bogna mogła już głosować. Szczęśliwie Trusia przed dotarciem do lokalu wyborczego wyspała się na mszy, miała więc dobry humorek, zagadywała, kokietowała, pojadala kaszkiet Bogny. Po powrocie do domku dobry nastrój się utrzymywał, ćwierkała sobie wesolutko, co pozwoliło mi spokojnie ugotować obiad. Niestety, po południu humorek w pewnym momencie się jej popsuł...Ale to dlatego,że dziewczynka była troszkę śpiąca, po krótkiej drzemce zrobiła się weselsza. Tak więc kąpiel przebiegła w zabawowym nastroju, Dziewczynka bawiła się buteleczką po płynie do mycia i zadziwało ją to, że butelka nie tonie i wyskakuje nad wodę. Chlapała się radośnie i bardzo była słodziutka.

Piotr powiedział wczoraj,że fuksło nam się "na starość" z taką śliczną ptifurką. No fuksło się, pewnie! Niczego lepszego bym nie chciała. Fajnie jest mieć dzieci!

22:50, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 października 2007
Sobota

Parę dni temu dowiedzieliśmy się, że mój brat zostanie tatusiem. Ha, przyszła kryska na matyska! Ale zazdroszczę im,że przed nimi tyle cudownych chwil- obserwowanie jak maluch rośnie, zaczyna komunikować się ze światem i rodzicami przez brzuch mamy, czekanie na ta wielką chwilę, kiedy postanowi przyjśc na świat, kompletowanie ubranek i urządzanie mu kącika. I ten najpiękniejszy na świecie moment, kiedy juz jest na świecie i po raz pierwszy otwiera oczki i patrzy na rodziców. Dla takich chwil warto żyć.

A u nas rano na trawnikach leżał śnieg, pierwszy w tym sezonie. Poszliśmy z Piotrem i Trusią przed południem na spacer- śmiesznie było- jeszcze śnieg na trawniku, słońce i złote liście na drzewach. I ludzi  mało w parku. Trusia grzecznie zasnęła, ale niestety w centrum handlowym obudziła się jak zwykle. W tej kwestii jest jeszcze mało kobieca- nie znosi zakupów, a centra handlowe przyprawiają ją o wyjątkowo zły humor. Ale cóż, zima za pasem i trzeba było MAluchowi nabyć ciepłą czapkę i rękawiczki. Zostały one szczęśliwie nabyte, więc juz nam zimno nie straszne, ale Truszon całą powrotną drogę protestował przeciwko takiemu oszukiwanemu spacerowi, łzy kapały jej jak groszki, z noska sie lało, oczki były czerwone- kupka nieszczęścia. Dopiero jakiś czas po włożeniu do nosidełka postanowiła dać się ugłaskać.

A jutro wybory-trzeba będzie pójść i spróbować zmienić rzeczywistość na lepszą- boję się, że się nie uda, że znowu zwycięży zaściankowość, nienawiść do wszystkich co nie z nami i chęć polowania na czarownice. Ale trzeba spróbować mimo wszystko...

22:21, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2007
Ulubione zabawki niemowlaka

Już od jakiegoś czasu mieliśmy takie podejrzenia, że niemowlęta fascynują rzeczy zaawansowane technicznie i bardzo chętnie bawią się wszelkimi "nowinkami" elektronicznymi. Telefony komórkowe rodziców i rodzeństwa, pilot to TV, MP3 starszego brata, słuchawki do komputera, kamerka internetowa, mysz komputerowa, klawiatura- sa to przednioty niemowlęcego pożądania. Oczywiście nie może to być klawiatura zapasowa odłączona od kompa ani jakas stara komórka. O nie, takie podstępy niemowlak wyczuwa bardzo szybko i przestaje się interesować oszukiwaną zabawką. Ciekawe, co maluchy w tym widzą- ani specjalnie kolorowe nie są te przedmioty, niełatwo też jest coś ciekawego z nimi zrobić mało sprawnymi niemowlęcymi łapkami. A jednak są to najulubieńsze niemowlęce zabawki. Niech się schowają wypasione maty edukacyjne, kolorowe grzechotki i karuzelki.

Tata Trusi wysnuł dziś teorię, że pewnie jak dorosły jaskiniowiec dawno dawno temu wytworzył sobie nowiutki krzemienny nozyk lub inne kamienne narzędzie o nowatorskim kształcie i zastosowaniu, to natychmiast przedmiot ten stawał się obiektem pożądania jaskiniowego niemowlaka. Coś w tym jest, w końcu współczesne niemowlęta tak bardzo się od swoich poprzedników z jaskiń nie różnią.

Inne fascynujące niemowlę rzeczy domowego użytku to- pralka- można "pomagać" mamie w załadowywaniu (trzeba tylko uważać, żeby dziecię nie przyssało się do brudnej bielizny) i rozładowywaniu (tu już mozna sobie pofolgować i pracowicie wyrzucać z miski to, co matka doń zapakowała), zmywarka-pełna fascynacja, obawiam się, że jak dziecię zacznie się przemieszczać samodzielnie, to niechybnie kiedyś samo się do zmywarki załaduje. Niestety kolejnym etapem będą wszystkie przedmioty stojące na wierzchu i mające guziczki- biedny stary TV, wieża CD i komputer...

Ciekawe, dlaczego niemowlaki nie lubią obrusów- Trusia nawet leżąc na moich kolanach i pojadają z piersi potrafi czynić próby mające na celu pozbycie się obrusa ze stołu. Należałoby poświęcić temu osobne badania...

17:16, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 października 2007
Znów mi zginął wpis

Napisałam coś wczoraj i przepadło, napisałam przed chwilką i znów zginęło. Coś zżera moje notki!

A napisałam, że Córeczka zrobiła dziś- z wydatną moją pomocą- kilka kroczków. I że próbowala przymierzyć się do raczkowania, ale cierpliwości jej zabrakło.

Napisałam też, że bardzo lubię wstawać rano, nie spieszyć się do pracy, tylko podziwiać bezzębny uśmiech mojego Skarbu i słuchać jej wesołego skrzeczenia. Fajnie, że zwykle budzi się radosna. Potem się obie pieścimy, łaskoczemy, całujemy i idziemy jeść śniadanie. Mała siedzi w swoim krzesełku i mlaszcze na każdy kęs, który sobie wkładam do ust. No więc co mam robić, dzielę się z nią. Jedzenie żółtek się nam nie udaje. Trusia nie lubi chyba tego, co wg poradników jeść powinna.

Kocham mojego Malucha jak siedzi sobie na podłodze obłożony poduchami i zabawkami- przypomina mi wtedy takiego pisklaka (Bogna twierdzi, że małego sępa i coś w tym jest- z tą łysą główką...). I wciąż jest wtedy taka malutka. Bo jak leży to już nie bardzo. Trudno uwierzyć, że jeszcze parę miesięcy temu była dużo krótsza. teraz patrząc w sklepach na najmniejsze niemowlęce ubranka wydaje mi się, że nie ma tak malutkich dzieci- a przeciez były one wszystkie za duże na świeżo urodzoną Trusię.

Truszonek wieczorami bawi się w karmienie mamusi kaszką-łyk dla Córeczki, a potem smoczek do ust mamusi- wydłuża nam to zjadanie kolacji i nie sprzyja usypianiu. Ale jakie jest słodkie...

 

16:44, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum