RSS
wtorek, 06 listopada 2007
Wspominek część chyba ostatnia, czyli szpital-story

Jeszcze jeden wspominkowy odcinek dla Trusi, czyli jak nam upłynął pobyt w szpitaliku.

Pierwszy dzień pamiętam jak przez mgłe- oksytocyna szalała, więc się trzęsłam tak, że dziecka nie mogłam utrzymać- na szczęście Piotr był u boku. Wojtuś i Bogna przyszli się siostrzyczką pozachwycać- fajnie było patrzeć, jak powolutku oswajają się z małym człowieczkiem, jak ostrożnie biorą zawiniątko na ręce. Bogna stwierdziła, że Mała rączki po mamusi odziedziczyła (długie smukłe paluszki i paznokietki owalne), za to za wielki nochalek tatusiowi wdzięczna kiedyś nie będzie. Ale teraz jakby się jej proporcje troszkę zmieniły i kinolek już nie jest taki wielgaśny. Najbardziej czekałam, jak na Malutka zareaguje Paweł- taki duży mroczny facet-nastolatek i taka okruszynka. Musialam troszkę jeszcze poczekać, bo był przeziębiony, dotarł do nas dopiero za dwa dni. Ale czekać było warto!! Szkoda, że nie zostało to uwiecznione na zdjęciu- właściwie nie wiem dlaczego.

Następnego dnia po cc, kiedy tylko uwolniono mnie od kroplówek itp. nieprzyjemności, postanowiłam wyruszyć do kąpieli. Sama, bo co ja będę na Piotra czy inną pomoc czekać. Truszona ułozyłam w tym plastikowym pudełeczku na kółkach, co w szpitalu za łóżeczko robił, na boczku, zapakowaną w rożek i smacznie śpiącą. I pomknęłam krokiem posuwistym, zleczka tylko zgieta- do łazienki. Udało mi się dzielnie nie zemdleć, jakoś umyć i opatrunku nawet nie zalać. Wracam ci ja, a tu dzidziusia nie ma. Zaniepokoiłam się, ale troszkę tylko, bo doszłam szybko do wniosku, że pewnie na jakieś ważenie albo kąpiel poczekałam. Czekam więc grzecznie, czekam- dzidzia nie wraca. Wyruszyłam więc na poszukiwania- do położnej dowiedziałam się, że jak jestem sama w sali (a miałam jednoosobową), to powinnam jak wychodzę do łazienki oddać dzidziusia na przechowanie do sali noworodkowej. I tam też mogę sobie moją dziedzię teraz odebrać. No to poszłam na poszukiwania. Salę noworodków odnalazłam sprawnie, weszłam, a tam prawdziwy parking z plastikowymi łóżeczkami, poza tym dwa maluchy "opalają" się pod kwarcówką. Uprzejmie mówię, że po swoją córcię przyszłam-pani pielęgniarka wskazała mi jakieś łóżeczko- no to wzięłam je i pcham do siebie. Dzidziuś jakby w innym stroju, ale myślę sobie- pewnie wykąpali i przebrali przy okazji. Sunę do swojego pokoiku, ale po drodze przydybała mnie inna położna i pyta, czy ja aby na pewno swoje dziecko targam. No bardzo się oburzyłam- jak to nie swoje. Niestety, okazało się, że miała rację, co potwierdziły bransoletki na łapkach. Ale mi było wstyd, własnej córci nie rozpoznałam. Tylko jak ja ją zapamiętać miałam, skoro oglądałam ją tylko na leżąco i właściwie głównie czapeczkę widzialam! Szczęśliwie swoje maleństwo odnalazłam i później już córci z innym bobasem nie pomyliłam!

Ciężkie chwile w tym szpitalu przeżywałam, bo głodna byłam okrutnie. Pierwszy dzień- kropłóweczki. No niech będzie. Drugi- sucharki- takich pysznych sucharków jeszcze chyba nie jadłam!!Trzeciego dnia szykuję się na śniadanko, a tu dostaję jakis nędzny kleiczek-no nie, przecież ja głodna jestem!! A panie salowe na to, że teraz dieta płynna- błee, kleiczku nie jadam. Wykonałam szybki telefon do Piotra, że mnie chcą zagłodzić, przyjechał, ciasteczka bardzolekkostrawne z cukrem zakupił i nawet bułę z szynką i dodatkami, ale bałam się zjeść. Wyrzuty sumienia mnie dręczyły,bo dzień wcześniej (kiedy to suharki jeść miałam) zeżarłam pączka od Bliklego- no Tłusty Czwartek był przecież! Córka Starsza mi tego pączka przemyciła i pilnowała pod drzwiami, czy się jakiś biały personel nie zbliża, co mógłby mnie na gorącym uczynku nakryć. Na szczęście obie z Trusią pączka przeżyłyśmy:)

A potem miałyśmy odwiedziny rozliczne, jako że w szpitalu, w którym Trusię urodziłam, wcześniej pracowałam, poza tym przychodnia, w której dodatkowo wciąż jeszcze pracuję jest tuż tuż. Tak więc rozmaici znajomi nas nawiedzali- zwykle zaraz po tym, jak udawalo mi się zdrzemnąć. Truś na szczęście na gości nie reagował tylko spał sobie dalej.

W niedzielę nas szczęśliwie do domku wypuścili- mimo, że był to luty było cieplutko i słoneczko świeciło ślicznie. W domku wszystko czekało gotowe, tatuś złozył łóżeczko, a Starsza Córka przygotowała pościel- łóżeczko było takie ogromne, że Truś się w nim gubił, a kołderkę musiałam chwilowo zlikwidować, bo miałam wrażenie, że mi się dziecko pod nią udusi! A dziś Trusia już śpi pod kołderką, a łóżeczko wcale się takie duże nie wydaje. Właśnie leży sobie na brzuszku i posapuje, przytuliła do siebie misia (ostatnio jak zasypia, to się do jakiegoś pluszaka przytula), łapeczki tłuściutkie po obu stronach łebka spoczywają... Te łapeczki wciąż mnie wzruszają- wcześniej takie tycie, palutki jak zapałeczki, w kuleczkę zwinięte, teraz już pucate, z dołeczkami i rozcapirzone- wciąż jednak najpiękniejsze na świecie. Drugi element Trusi, który wciąż mnie wzrusza to rzęski- po urodzeniu króciutkie, jaśniutkie- ledwie  widoczne i tylkow  specjalnym oświetleniu, ale wszystkie róniutko do góry zadarte. Teraz już troszkę ciemniejsze i dłuższe, często nieuczesane takie, po kapieli mokre- całuśne. I jeszcze stópeczki mięciutkie różowiutkie- kiedyś chudziutkie, ze złażącą skórką, a dziś jak podusie- nie mogę się oprzeć i całuję je jak tylko ze skarpetek czy rajtuzek wychyną. Kiedyś jeszcze był słodziutki meszek na ramionkach, uszkach (a uszki były tycie i takie jak u małych jamników i do łepeczka tak ściśle przylegające- trzy lata temu mieliśmy szczeniaki jamnicze, uszka miały po urodzeniu takie jakby były z plastiku, zupełnie jak nieprawdziwe). Dzis uszki już tak do gówki nie przylegają, zwłaszcza, że panna pracowicie hoduje sobie odstające- pewnie rodziców chce na operację plastyczną naciągnąć;)- ciągnie się za uszy albo odwija je jak z mamusinej piersi pojada. A meszku na ramionkach już nie ma , zostało tylko wspomnienie, bo chyba nie uwiczniono go na żadnym zdjęciu. Troszkę żal.

A teraz jeszcze kilka wspominkowych fotek- z września. I powoli dojdziemy do teraźniejszości.

Tak czasem spałam w nosidle. A czapkę z daszkiem mam różową, żeby mnie z chłopczykiem nie pomylili. I tak mylili!

Żabę dostała od przyjaciółki Bogny na chrzcinach- do niedawna była wyższa od Trusi (żaba, bo przyjaciółka nadal jest wyższa).

To suknia przecudnej urody dostana od Wujka i Cioci- i rozkoszne stópeczki wystające spod sukienki.

Tu się na matce edukuję:) A stópki takoż śliczne.

Na blacie kuchennym skrzat siedzi i pudełkiem z soczkiem się bawi. A obok słoiczki z powidłem śliwkowym, wyprodukowanym własnoręcznie przez tatusia ze śliweczek z babcinego ogródka.

Jedna z ulubionych zabawek dzidziusia- Trusia szybko się jednak zorientowala w małym oszustwie i teraz zdecydowanie preferuje klawiaturkę do komputerka przyczepioną:))

To będzie dziś ostatnie- mam nadzieję, że Syn Starszy mi wybaczy. Ale tak fajnie razem wyglądają, prawda? 

 

21:54, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 05 listopada 2007
Zaobserwowane na spacerku

Uff, zdjątka wróciły na swoje miejsce, stan spokoju ducha (mojego) został z powrotem osiągnięty.

Bohatersko wybrałam się na spacerem z Truszonem- bo bynajmniej w Krakowie słonka dziś nie było, a chmury, co to pan Kret twierdził, że cienką warstwą niebo pokrywały, to u nas jakby nieco grubsze były. Ale poszłyśmy sobie na spacerek, na mroziczek i wiaterek. Dzidzia zasnęła, jak tylko czapka odpowiednio jej na oczy zleciała. Idziemy do parku i co słyszymy? Czyżby trawę kosili? (Jeszcze niedawno za każdym winklem natykałam się na panów z kosiarkami, nie wiedziałam już, gdzie ze śpiącym dziecięciem uciec. Jakże ja wtedy rozumiałam wcześniejsze problemy Taluli!). Nie, tym razem panowie latają z antyodkurzaczami i liście na kupki zdmuchują. No cóż, trzeba wiać, bo Truś ostatnio śpi jak zając czujnie i budzi ją każdy hałas, zmiana rytmu jazdy wózka, że nie wspomnę o całkowitym zatrzymaniu się owego pojazdu. A jak Truś się obudzi, to wszystkimi siłami w matczyne ramiona przenieść się próbuje. Uciekłyśmy więc z parku do bankomatu w najbliższym centrum handlowym, co to nam je prawie pod domem wystawili lat temu parę. Bankomat postanowił matkę zestresować, kartę wciągnął i nie chciał oddać. Trusia się obudziła oczywiście i natychmiast głośno zaprotestowała. Już komórkę wydobyłam coby zadzwonić na numerek na bankomacie wypisany, kiedy ten jednak zdecydował się przynajmniej kartę mi oddać. pieniążków jednakowoż wypluć nie chciał. No trudno, poszłyśmy więc z tym, co w portfelu miałam zrobić zakupy w warzywniaku. A tam młody człowiek- ale taki bliżej 20-tu niż 10-ciu lat- usiłował kapustę zakupić. Miał pecha, bo warzywniak w dużym stopniu sammoobsługowy, a właścicielka nie podpisała warzywek i owocków w skrzynkach na zewnątrz stojących. No więc on prosi o kapustę, a pani mu mówi, coby ją sobie sam wziął. on bezradnie rozgląda się wokół i zapytuje, gdzie owa kapusta się znajduje. To pani lekko zaskoczona mówi do niego, że tam po lewej. Młodzian radośnie łapie kalafora i zapytuje, czy dobrze wybrał!

Aby uniknąc podobnych sytuacji co jakiś czas urządzam Quizy w domu, pokazując sprytnie dzieciom kalarepkę, bakłażana czy inne mniej typowe warzywko i zapytując- "a cio to?". Czasem odpowiedź nie przychodzi od razu, ale nie ustaję w wysiłkach. Dzięki temu syn starszy w ubiegły piątek poproszony o kupienie porów owe pory przyniósł- trzy dorodne pory, wyższe od Trusi!- wystarczyły i na nadzienie do naleśników i na zupę porową dal całej rodziny i jednego gościa, co nas w weekend nawiedził! A mogło być inaczej- mój brat wysłany dawno temu po pory wrócił z selerem.

Aby zapobiec opisanym wyżej sytuacjom Trusia już od wczesnej młodości edukuje się w warzywkach- papryczka jest niezła, dzidziuś może się do niej bezkarnie przyssać i wgryźć w nią dziąsełkami. A zdjęcie zrobiłam nie tak dawno, gotowałyśmy razem ratatuoille (był wpis na blogu)- papryczka niebawem wyląduje w paszczy, a potem w kojcu Krokieta, dzieląc los swojej zielonej i czerwonej "siostry", które już wcześniej tam trafiły;)

22:37, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Ratunku!!
Czy jak się zdjęcia juz opublikowane z zasobów bloga usunie, to one  w blogu tez znikają?? Bo mi zniknęły!! Co ja mam teraz zrobić, żeby z powrotem wróciły? Wgrać je jeszcze raz i w zasobach zostawić? Jak wiecie, to napiszcie, proszę! Nienawidzę komputerów, zawsze robią mi takie numery!!
09:42, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
Dalszy ciąg zdjęć wakacyjnych,czyli Córcia w Toskanii

Że jesteśmy w Toskanii,trzeba nam uwierzyć na słowo-albo Córcia albo Krzywa Wieża- na raz nie ma!! A tu Truś w Bagno Vignoni znalazł swój ciepły strumyczek i nóżki moczy.

A tu Trusia prawie nie widać-deszcz w San Antimo zaczął nagle padać i Córka Starsza ukryła Siostrę w bluzie. A San Antimo to- moim zdaniem-jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, takie, gzie niebo jest bliżej nas- nie przegapcie,jak w te okolice zawędrujecie.

w

A to w Lukce w dniu Luminarii- też warto być. Na zdjęciu powyżej Truś próbuje panna cotta-smakowało!

No i dekonspiracja totalna- ale to już nie ma wielkiego znaczenia, skoro człowiek w loginie własne nazwisko pakuje! Rodzinka się ze mnie śmieje, że taki kiepski konspirator jestem. Trudno!

A Toskania to mój nałóg, moja miłość, miejsce, gdzie mogłabym  zamieszkać, gdyby tylko ktoś ofiarował  mi  mały domek i pracę..Może kiedyś- marzyć zawsze warto. A na razie, jak robimy plany wakacyjne, to Włochy lądują w nich prawie za każdym razem od ładnych paru lat.

09:36, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 listopada 2007
A jednak coś napiszę

Mammografie już prawie skończone, a Córka Starsza powiedziała przed momentem coś, co warte jest zapamiętania. Otóż spojrzała na swoje nóżki i jęknęła- "Rany, mam prawdziwy Szwarcwald na nogach i źle mi z tym!". No bardzo ślicznie. A Szwarcwald miał podobno zostać dziś zlikwidowany, ale Córka utworzyła dla rodziny pyyszne ciasto- zeżaram w cichości - oprócz przenaczonych dla mnie dwóch kawałków- jeszcze dwa ostatnie. I jeszcze bym mogła, ale nie ma:( Czekoladowe było, z pokruszonymi herbatniczkami w środku, słodkie bardzo, ale do herbatki..Mniam! Dawno, dawno temu, jak oczekiwaliśmy na pierwszego naszego dzidziusia i ja byłam ogromnie nieszczęśliwa, Piotr marzył sobie, że urodzi mu się córeczka, która będzie nosiła sukienki, miała warkoczyki i będzie piekła ciasta. I to marzenie mu się spełniło- nawet spódniczki Córka Starsza od czasu do czasu nosi, warkoczyk- jak mamusia jej uczesze- nosi jeden (sama jeszcze nie opanowała trudnej sztuki zaplatania sobie warkoczyków, a mamusia potrafi tylko dwa rodzaje- zwykły i francuski), a ciasta piecze pyszne! Mam nadzieję, że Młodsza Córeczka odziedziczy ten talent po siostrze i będzie nam umilać starość pysznościami. Bo co jak co ale bez ciasteczka to ja sobie dnia nie wyobrażam!

A tymczasem z Młodszej Córeczki wyrasta lekomanka. Już jak malutka była uwielbiała witaminki. Jak jej pani doktor przepisała CebionMulti, to na widok tatusia z łyżeczką mlaskała głośno. A miała wtedy zaledwie miesiąc czy dwa. Potem była wakacyjna przerwa od witaminek-tatuś był niepocieszony i koniecznie chciał jakieś witaminki przemycić- na szczęście dla niego (tatusia) na jesień i zimę pani doktor znowu zaordynowała witaminki i oboje- Piotr i Trusia -są przeszczęśliwi. Trusia po kąpieli rozgląda się za łyżeczką i buteleczką i mlaszcze znacząco, jak witaminki się spóźniają. A tatuś ochoczo spełnia misję pasienia córeczki witaminą! Całe szczęście, są to jedyne leki, które Córeczka w swojej karirze spożywa. Wieczorkiem jakoś ochłodła, więc może termometr miał jednak rację, a mamusia jest przewrażliwiona:)

21:31, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Zdjątek ciąg dalszy

Dziś niestety chyba same zdjątka-trzeba w końcu zakończyć archiwum i dojść do teraźniejszości.  Tekstu mało, bo ostatnia porcja MMG czeka, przez trzy dni się obijałam. A mała dziewczynka ciepła jakaś- termometr co prawda 37,0 tylko pokazał, ale tak do końca mu nie wierzę:(

Znalazła się barania skóra w domku,który wynajmowaliśmy. Ale pokpiliśmy sprawę i nie zrobiliśmy tradycyjnego zdjęcia golasa na futrze.

 

 

 

To zdjąteczka z wakacji, z lipca. Byliśmy z Truszonem na Słowacji. Ale chodzenie po górach wychodziło nam średnio, było wściekle gorąco i Truśka złościła się w nosidle. W wózku było jej lepiej, tylko,że wózek nie wszędzie sobie radził.

A to Truś i zakupy tatusia- też Słowacja:)

 

 

19:17, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 listopada 2007
PS
A jak wam się Pławikonik podoba? Bo to kolejny pomysł tatusia na nazywanie Dziewczynki. Mnie zachwycił! Szkarłupcię też lubię. Ja nie wpadam na takie dobre pomysły!
21:06, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Jak bezimienna Dziewczynka Trusią została,czyli dla Córeczki wspomnienie 3

Urodziła się Walentynka w Walentynki,ale imienia swojego jeszcze nie miała- mamusia w czasie 9 miesięcy czekania bała się choć pomyśleć o imieniu dla córki. No i przyszła na świat dziewczynka bez imienia. Walentynką nazwać się nie mogła- no bo albo z pocztówką albo z Tiereszkową by się kojarzyła. Tymczasen wydało się,że tatuś hodował w sobie od czasu jakiegoś pomysł, by Dziecię Barbarą Gertrudą nazwać. No na to cała reszta rodziny zgodzić się nie mogła! Zaczęliśmy wymyślać szybko rozmaite piękne imiona jak np. Amelia, Zuzanna, Matylda, Hanna, Alicja- trzeba było widziec minę Piotra na nasze propozycje. Tak się wykrzywiał jakby co najmniej robaka jakiegoś paskudnego zobaczył! A Dziecię dalej bezimienne pozostawało. W końcu pewnej szpitalnej nocy patrzę ja na Istotkę śpiącą i jednocześnie pojadającą sobie z matczynej piersi, błogostan i pełen spokój na pysiu- i olśniło mnie- Zosia- będzie miała Zosia na imię. A imię to spłynęło na Córeczkę, otuliło ją mięciutko jak kołderka i tak juz zostało. Na Zosię tatuś się nie wykrzywiał. Doszliśmy więc do kosensusu-Mała będzie miała na imię Zofia Barbara. Tylko ze tatuś do Gertrudy przywiązany był wielce i koniecznie chciał ją gdzieś przemycić- może na trzecie imię..Bałam się, że Getrudę wciśnie jednak, bo sam do USC się wybierał, ale przyniósł akt urodzenia, a tam Zofia Barbara stało- dobra nasza.  Gertruda się jednak nie poddawała, wychynała z noworodeczkowych min, czaiła się w oczkach. Powolutku, powolutku wszyscy zaczęli Malucha Gertrusia nazywać. A Zosią tylko jedna babcia i młodszy z braci naszą Dziewczynkę teraz nazywa!! I tak to postawił tatuś na swoim i ma Gertrusię!!Co prawda ochrzczona dzidzia też Zofią Barbarą została, a miało to miejsce 24.06.2007r., ale Gertruda się nie poddaje i nadal nad Zosią dominuje. I tak juz pewnie pozostanie;)

Są to jedne z nielicznych zdjęć z Trusinego chrztu, albowiem babcia debiutowała ze swoim cyfrowym aparatem i na większości fotek widnieje duży kawał ściany, ministranci, wejście do kościola itp., natomiast Trusię widać jakby mało. Ale przyznać trzeba, że Dziewczynka bardzo się w dniu swojego chrztu postarała i grzeczna była:))

 

20:56, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Rozważania nt.niemowlęcych czapeczek

Pogoda mnie dziś zmyliła- rankiem słońce zaświeciło, więc postanowiłm zmienić plany i zamiast męża do Ikei po szafę wysłać, którą do szafę od lat kilku Córce Starszej obiecujemy i która to Córka stwierdziła, że może nadszedł już moment odpowiedni do jej nabycia(a trzeba było jechać i planów nie zmieniać, dzięki temu już rano byłoby wiadomo, że szafy nie ma, będzie jutro, a tak mogliśmy to sprawdzić dopiero po południu!), zrządziłam spacer z Trusią. Ponieważ chętna byłam tylko ja i Piotr- no i Trusia oczywiście- to poszliśmy. Jak tylko oddaliliśmy się nieco od domu słońce się schowało i tak już było do końca spaceru. Pojawiło się ponownie, gdy otwieraliśmy wracając drzwi do domu!! Ot dowcipne takie!

No więc (zdania od "no więc" się nie zaczyna, no więc ja zaczynam) spacerujemy-chciałam mężowi Park Doświadczeń pokazać, com go już kilka razy z Truszonem odwiedzć zdołała, a Mąż jeszcze ani razu- niestety Park zamknęli, doświadczenia zabrezentowali i trzeba do wiosny poczekać. patrzę ci ja na moje dziecko najmłodsze, a ono czapeczkę znów ma w dziwnym miejscu-na oczach i na czubku głowy. uszy na wierzchu! Ale ponieważ dziecię spało, to nie ruszałam nakrycia głowy. Ale tak mnie naszły refleksje głębokie nt. niemowlęcych czapeczek. Nie mogę jakoś zlapać tego momentu, kiedy sa one w "sam raz". Bo albo na początku sa za duże i dziecku oprócz głowy pół twarzy jeszcze zakrywają, albo robią się za małe i sterczą na czubku głowy. Ten pierwszy wariant ma swoje plusy- jak dziecko ma oczy zakryte, to szybciej zasypia, bo powieczki są przyklapnięte, oczki zamknąć trzeba, a jak się już je zamknie, to można spać. Powinnam sobie zapisać moment, kiedy jakaś czapeczka stanie się akurat dobra i zmierzyć czas tego stanu.

Oj, niedobrze, Córcia nauczyła się jednak do przodu przemiesczać i właśnie dopełzła do komputera. Mała rączka zbliża się już do wyłącznika!! Ratunku! A miała się umysłowo rozwijać i z kubeczków wieżę budować. Kubeczki zostały nabyte zamiast szafy- przy okazji parę innych jeszcze drobiazgów. A po szafę Piotr pojedzie jutro..może..

No i to by było na tyle,bo pozostała mi chwilowo jedna ręka- druga dzierży Pannę bardzo niezadowoloną, że taki fajny guziczek sobie wynalazła i już go przycisnąść miała, a tu matka nie pozwoliła. Brzydka mamusia, oplujemy ją za karę i bloga pisć nie damy!

19:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 listopada 2007
Nowa seria zdjęć Trusi

 To zdjęcie moje ulubione-czyż oni nie są podobni? Zrobiłam je 1.05.2007, tego samego dnia po południu ukradziono nam aparat, który Piotr niebacznie zostawił w samochodzie.

A to mój Syn Młodszy ze swoją ukochaną siostrzyczką- zdjęcie zrobione w Święta Wielkanocne- Trusia miała tu 2 miesiące.

To hipek malutki w ramionach swojej siostry.

A to zdjęcie z pierwszej wizyty Trusi w restauracji- czciliśmy 18-te urodziny Starszej Córki- od tej pory Mała zaliczyła już całkiem sporo knajp, w tym trzy we Włoszech. W trakcie pierwszej wizyty głównie się przysysała do mnie (młoda jeszcze była, miała niecałe 3 miesiące), ale w czasie kolejnych próbowała już tego, co jemy.

To też jedno z moich ulubionych zdjęć- Starszy Brat Trusi i Szkarłupcia, która na nim zasnęła- wołaliśmy go na obiad, ale nie chciał się ruszyć, żeby nie obudzić malucha.

 

Zdjęcia są takie wspominkowe, ale powolutku dojdziemy do aktualnych. Kiedyś pomyślałam sobie, że fajnie by było robić Trusi zdjęcie regularnie co miesiąc, np.każdego 14-go, w podobnych warunkach. I potem te zdjęcia razem zestawić i zobaczyć jak z miesiąca na miesiąc maluch się zmienia. Nie udało mi się tego niestety zrealizować.

A dziś dzień był pracowity, mało miałam czasu dla mojego malucha. Postanowłam dopieścić resztę rodziny i usmażyć naleśniki. A to dla mnie wielkie wyzwanie, zajmuje mi zwykle mnóstwo czasu. Bo najpierw smażę, potem robię nadzienia, zawijam. I nic innego w trakcie tego smażenia robić nie można- próbuję podczytywać, ale przeważnie między kolejnym obrotem naleśnika gubię ostatni przeczytany wers i potem szukam go akurat tyle czasu ile potrzeba do usmażenia następnego. Dzisiejsze naleśniki były z porami (pyyyycha), serami- żółtym i pleśniowymi, białym serkiem na słodko i dżemem. Czasem bywają też z pieczarkami i nutellą. Po naleśnikach doprowadzałam do porządku lodówkę, w której zima panowała aż miło i powoli szron i lód wydobywały się już poza zamrażalnik, w którym zresztą zajmowały większość miejsca. A potem trzeba było pędzić do roboty. Wieczorem kolejne dopieszczanie dzieci starszych (kurczę, czyżby dziś był Dzień Dziecka? co ja taka dobra byłam?)- zabrałam Starszego Syna i sistrzenicę mojego męża na sushi, a Młodszego Syna do McDonalda . Córka Starsza nie odważyła się spróbować sushi- stwierdziła, że z powodów ideologicznych czegoś takiego nie jada. Miło było, tylko mleko produkujące się w matczynym biuście zaczynało doskwierać i przypominało o Małej Istotce porzuconej na pastwę tatusia. Tak więc szybko zakończyłam randkę z dziećmi i kurcgalopkiem popędziłam do domku, żeby zdążyć zanim Piotr wpadnie na pomysł napasienia dziecka kaszką i złożenia do łóżeczka. Uff, zdążyłam! I znów wzruszyłam się do łez, jak Maluszek po kąpieli przyssał się do mnie i usnął. Wcale nie miałam ochoty odkładać jej do łóżeczka.

PS  Do monitt- Dlaczego radiologia? Po prostu jak skończyłam staż była to jedna z dwóch możliwych do zrobienia specjalizacji (drugą była anestezjologia), o innych można było tylko pomarzyć, albo też droga do ich uzyskania była długa i kręta. Wybrałam więc radiologię i nie żałuję, lubię to co robię. Poza tym ma to- na razie jeszcze- jednego dodatkowego plusa- pracuje się 5 godzin dziennie! Oczywiście mało który radiolog poprzestaje na tym, ale zawsze.. A teraz dodatkowo radiolodzy są wielce pożądani- chcą nas w bardzo wielu krajach UE, w Krakowie w październiku dostałam trzy propozycje dodatkowej pracy, a jak chciałabym zmienić moje główne miejsce zatrudnienia, to też mogłabym wybierać między co najmniej trzema szpitalami.

22:29, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Archiwum