RSS
poniedziałek, 18 grudnia 2017
Skoro bez zdjęć się wpis nie liczy, to są i zdjęcia;-)

Na razie te z komórki, ale mam nadzieję, że niedługo dołączą i te z prawdziwego aparatu- ufam, że będą lepsze.

Wokół domu Hundertwassera:

Budka telefoniczna prawdziwie Truśkę zafascynowała, tym bardziej, że w środku był telefon! Zdaje się, że takie urządzenie (budka plus telefon) Trusia zna tylko z filmów o Harrym Potterze. No i jeszcze ze skansenu w Sztokholmie i Aarhus;-)

Wokół Belwederu- niestety czasu na zwiedzenie środka nie było, trzeba nadrobić i następnym razem pokazać Trusi Klimta

Nie wiem, czy to dobrze widać, ale choinka poniżej została ułożona z drewnianych sanek

Na Kahlenbergu zima- śnieg, lodowaty wiatr, a odczuwalna temperatura na pewno oscylowała koło minus 10 stopni, zgodnie z zapowiedziami meteo. Sobota zresztą pogodą nas nie rozpieszczała- chociaż ubraliśmy się dość ciepło, to z radością wracaliśmy do ciepłego autokaru i zwiedzaliśmy wnętrza.

Na dziedzińcu Schonbrunn

Nasz hotel o poranku

W niedzielę na szczęście wiatr nie był już tak przenikliwy, zatem można było pospacerować po mieście i poszperać na adwentowych jarmarkach.

Tutaj właśnie rezyduje Zakon Krzyżacki- ten od bitwy pod Grunwaldem!

Katedra- ku memu wielkiemu zaskoczeniu pod wezwaniem świętego Szczepana, nie Stefana, jak błędnie przez całe dotychczasowe życie myślałam.

Jarmark pod Ratuszem:

Wieczorem:

śnieżna kula, choinki i śnieg na wystawie słynnej cukierni Demel podobno wykonane są z cukru

Stoisko z grzanym winem i ponczem było absolutnie obowiązkowe na każdym jarmarku. Napitek serwowano w ceramicznych kubeczkach, w każdym miejscu kubki były inne- pod Katedrą w kształcie czerwonych świątecznych skarpet. Za kubki pobierało się kaucję, ale chyba sprzedawcy nie liczyli na ich zwrot. Widziałam zaskoczenie ekspedientki, gdy ktoś postanowił jednak oddać naczynia i odzyskać swoją kaucję.

Z komórki to tyle. Mam nadzieję na więcej ciekawszych zdjęć z aparatu- oraz na to, że niebawem znajdę czas, żeby je zgrać i przejrzeć.

To co, teraz wpis już się liczy? ;-)

16:47, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 grudnia 2017
Pomysł na trzeci weekend adwentu

Początkowo wydawało mi się, że fajny taki trzytygodniowy adwent, ale teraz dochodzę do wniosku, że jednak nie fajny, za szybko ucieka. W naszym adwentowym "wieńcu" zapłonęła trzecia świeczka, trzeba się spieszyć- wigilia już za tydzień!

Najbardziej pracochłonne są pierniczki- ale jak się ma pomocników, to robota jakoś idzie;-)

Co prawda najmłodszy pomocnik miał nieco inną koncepcję i postanowił zrobić piernikową kruszonkę, którą to kruszonką następnie posypał podłogę, ale pozostałe cztery rączki dzielnie wałkowały i wycinały.

Najmłodszy Pomocnik, oprócz tego, że kruszył, to jeszcze wyjadał z poświęceniem, to, co się już upiec zdążyło:-)

Szczęśliwie zostało jeszcze sporo do polukrowania:

A z innych weekendowych rozrywek- zainaugurowałyśmy sezon łyżwiarski:-)

I jeszcze był czas na różową kawę:

i inne przyjemności:-)

A tak na marginesie- zawsze wydawało mi się, że różowy i żółty średnio do siebie pasują

A tymczasem niespodzianka- wcale nie jest źle:-)

A zdjęcia z Wiednia oczywiście uzupełnię:-)

21:31, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
czwartek, 14 grudnia 2017
Pomysł na drugi weekend adwentu

Bardzo krótki jest ten tegoroczny adwent- ledwie się zaczął, a tu już połowa za nami. Woreczków i skarpetek w adwentowym kalendarzu ubywa, przybywa za to ozdób, gdyż w każdym woreczku jedna się ukrywa. Mój tegoroczny "projekt kalendarzowy" zakładał, że każdego dnia adwentu znajdzie Trusia jedną ozdobę, którą będzie wieszać na miejscu opróżnionej z niespodzianki skarpetki na gałązkach kalendarza.

Pieczenie pierniczków już za nami- teraz czekają na lukrowanie i ozdabianie, które mamy nadzieję uskutecznić w najbliższy weekend.
Kartki z życzeniami wciąż nie napisane:-( Ale za to prezenty już się gromadzą i pomalutku kompletują.

Tyle tych miłych przedświątecznych prac, a ja zaplanowałam na drugi weekend adwentowy atrakcję specjalną- wyjazd na świąteczny jarmark do Wiednia. Pomysł zakiełkował mi zaraz po powrocie ze Sztokholmu- wtedy jeszcze bez konkretnego terminu, chciałam Trusi pokazać kolejną europejską stolicę- była już Kopenhaga, był Sztokholm, Rzym i Amsterdam, no i oczywiście Warszawa. Ale czas leci, trzeba się spieszyć, bo stolic do odwiedzenia jeszcze duuużo. Wiedeń od Krakowa rzut beretem, więc czemu nie wybrać się tu w odwiedziny. i tak oto moja kiełkująca idea zmieniła się w konkretną wyprawę.

Tym razem wybraliśmy wyjazd zorganizowany i wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Sami na pewno nie zmobilizowalibyśmy się do zobaczenia aż tylu miejsc. A tak zostaliśmy dostarczeni i pod dom Hundertwassera, i pod jego spalarnię śmieci, pod Belweder, na Kahlenberg, zwiedziliśmy Schoenbrunn i Hofburg i oczywiście zakamarki starówki, docierając nawet do domu, w którym czas jakiś zamieszkiwał Mozart i pod siedzibę wciąż działającego Zakonu Krzyżackiego! A wszystko opatrzone bardzo ciekawym komentarzem naszego przewodnika Tomka i jego koleżanki Joasi.

Obowiązkowo odwiedziliśmy też świąteczne jarmarki, których w Wiedniu jest kilka, napiliśmy się grzanego wina i ponczu, zjedliśmy pieczonego kasztany (do tej pory nie byłam ich fanką, tym razem jednak bardzo mi smakowały), Truśka objadała się pieczonymi ziemniaczkami w kilku formach. Oczywiście nie mogło się obyć bez tradycyjnego wiedeńskiego obiadu, czyli rosołu z paskami naleśnikowymi i Wienerschnitzel- całe szczęście, że zapłacony obiad był właśnie taki, bo inaczej Struś wpadłby w depresję- gdyby na przykład zaserwowano czeskie knedliczki z kapuchą i gulaszem- oj, to by była rozpacz;-) no ale wszystko przed nami, bo zachęcona sukcesem wiedeńskim już planuję wyjazd do Pragi, Budapesztu i Bratysławy- w końcu są to stolice, podobnie jak Wiedeń dostępne dla nas w ramach weekendowego wyjazdu:-)

17:44, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 grudnia 2017
Jak kto, już grudzień?!!!

Czyli zaraz 2017 rok odejdzie do historii, a ja się jeszcze do końca nie zdążyłam z nim zaprzyjaźnić! No ale poszukajmy dobrych stron grudnia- adwent- czas przyjemnego oczekiwania. Mikołaj, Święta, choinka, prezenty... A wcześniej jeszcze pierniczki, zapachy korzennych przypraw, świece, lampeczki gdzie popadnie, gwiazdy w oknach- wciąż tak bardzo to lubię. Chyba z tego się nigdy nie wyrasta...

Kalendarze zrobione- w tym roku trzy, bo Łucja dostała swój, a ponieważ jej ma 25 kieszonek, to już od wczoraj zaczęła odliczanie.
Truśkowe jak zwykle dwa, z 24 skarpetkami/torebkami, więc Truśka zaczęła od dzisiaj.
Wiem, wiem, że adwent dopiero w niedzielę wystartuje, ale skoro w tym roku jest mniej dni niż niespodzianek, to można zacząć wcześniej i zrekompensować sobie te lata, kiedy okienek w gotowych kalendarzach brakuje.

Na pierwszy dzień było zadanie podzielenia się upominkiem z kimś, kto być może swojego kalendarza mieć nie będzie.

Jutro jedziemy świętować Barbórki, a przy okazji zainaugurujemy, także przed czasem, Mikołaja;-)

A gdzie wybieramy się na następny weekend? Oj, to niespodzianka, pochwalę się po powrocie:-)

22:22, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 listopada 2017
Malinne, czyli kolejna wycieczka sentymentalna

No tak, znowu miejsce, które już nie raz nas gościło. Miejsce oswojone i bardzo lubiane- tu spędzaliśmy dwa zimowe urlopy na nartach- bajka:-) Kiedyś jeździliśmy tutaj też latem, ostatni raz, gdy Trusia miała pięć miesięcy. Potem już tylko wpadaliśmy na chwilę, żeby sobie przypomnieć, powspominać...

Taka niespodzianka tym razem na Malinnym nas czekała- w miejscu, gdzie kiedyś była zagroda dla owiec. teraz zamieszkały wietnamskie świnki, paw, kozy, gęsi- takie mini-zoo ku uciesze najmłodszych i tych trochę starszych też:-)

Vlkolinec- też nie raz już tu byliśmy:-) Ale kto nam zabroni zawitać po raz kolejny- w końcu ładnie tu:-)

21:02, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Znowu w Słowackim Raju

I kolejny raz Sucha Bela- no bo trzeba pokazać ten piękny szlak tym, co byli z nami, a jeszcze Suchej Beli nie zaliczyli. Cóż, my sobie utrwaliliśmy to miejsce w pamięci;-) A poza tym- nie zawsze chodzi o to, żeby zdobywać nowe szczyty, tylko o to, żeby po prostu powędrować wśród pięknej przyrody.

20:45, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 listopada 2017
Wycieczka konieczna- Żiarska Dolina

Bez niej pobyt na Słowacji jest nieważny- Ziarska Dolina musi być i już. A że mieszkamy niecałe 2 kilometry od jej początku, to specjalnie nie bronimy się przed odwiedzeniem tego miejsca kolejny raz. To taka kilkunastokilometrowa wyprawa na gorszą pogodę albo na rozgrzewkę przed poważniejszymi szlakami.

Zdobywaliśmy ją już na rowerach, z dziecięcym wózkiem, gdy Trusia była malutka, w słońcu i deszczu, w różnym towarzystwie. To tu wiele lat temu spotkaliśmy objadającego się jagodami niedźwiedzia. Zdobywała ją Klucha, Krokiet, a teraz hera i Ares (pies naszych przyjaciół, z którymi w tym i ubiegłym roku spędzaliśmy wakacje na Słowacji).
I pewnie jeszcze nie raz tu przyjedziemy.

Z nowości- w tym roku nareszcie zwiedziliśmy Niedźwiedzią Sztolnię u wylotu Doliny:-)

Wciąż niezdobyty Baraniec- zamyka wylot Doliny od wschodniej strony, kusi co roku, ale co roku znajdujemy wymówkę i rezygnujemy z wspinaczki. Tylko Bunia z Grześkiem pokusili się parę lat temu na jego zdobycie.

Ku uciesze co niektórych były też kołobieżki:-)

18:34, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Wspomnienie lata

Skoro bieżących tematów brakuje, a za oknem szary i mokry listopad, to może powspominać trochę wakacje...
Tegoroczna Słowacja nie doczekała się jeszcze swojego miejsca na blogu, a niewątpliwie się jej ono należy. W końcu to jedno z naszych ukochany miejsc. Trusia wciąż nie wyobraża sobie wakacji bez pobytu w "naszym" domku, a teraz i Iju pomalutku zaraża się miłością do drugiej strony Tatr.

Zatem powspominajmy słoneczną i ciepłą drugą połówkę sierpnia. Dwa tygodnie pięknych widoków, przestrzeni, zapachu trawy i lasu, trudów wycieczek w góry i błogiego lenistwa koło domku, blasku płonącego kominka wieczorami, rąk fioletowych od słodkich jagód, uśmiechu na pyszczku Hery i Aresa, które wreszcie mogły się do woli wybiegać, pluskać w strumykach i, przede wszystkim, spędzać całe dnie i noce z osobami, które kochają najbardziej. Dwa tygodnie z rodziną i przyjaciółmi- oj, chyba i ja już tęsknię, a zarzekałam się, że czas wreszcie wyruszyć w inne miejsca...

Spacer "ratunkowy"- jak się nie chce iść w góry, jak się za długo poleniuchuje w domu i przy domu, jak człowiek chce krótko się poruszać i rozprostować kości, to zawsze można wyleźć na górkę za domkiem, z góry popatrzeć na Wielką Fatrę w oddali za Liptowską Marą, na Niskie Tatry, na Tatry Zachodnie z Barańcem na wyciągniecie ręki (wciąż przez nas niezdobytym;-)), a potem zejść do stadniny, zafundować dzieciakom chwilę jazdy na koniu, popatrzeć jak szaleją  na placu zabaw i9 okrężną drogą wrócić z powrotem do domu:-)

"Nasz" domek z góry:

18:14, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 listopada 2017
Co u nas?

Wiem, rzadko ostatnio piszę, ale Dziecko rośnie, czasu wciąż brakuje, a tematów do pisania ubywa. Przegapiłam dziesiąte urodziny bloga- miesiąc temu były. 10 lat to kawał czasu- prawie całe Truśkowe życie, 20% mojego...

A co u nas? U nas czas na listopadowe piecuszenie. Czas na domowe zabawy kreatywne, gorącą czekoladę lub herbatę z cytryną i imbirem, czytanki pod kocem, świece i własnoręcznie wytworzone słodkości. W sumie dobrze, że taka pora roku istnieje, kiedy dzień jest krótki, a wcześnie zapadające ciemności nie zachęcają od zewnętrznej aktywności. Można bez wyrzutów sumienia posiedzieć w domu.  Już niedługo- za chwilę otworzą się lodowiska i trzeba będzie korzystać ze ślizgawek- bo czas na nie jest taki krótki...

Z czeluści szuflady z zasobami kreatywnymi wykopane zostało Bergen i wreszcie doczekało się złożenia:

Czekoladowo- do picia ciepła czekolada miętowa, do wszamania bardzo czekoladowe muffinki:

Zamiast bukiecików z trawnikowych (nie klombowych!) kwiatków nadeszła pora na "martwą naturę"

Czas na Iju (Łucja wciąż tak nazywa siebie)- chociaż na nią czas jest zawsze dobry:-)

Ten smoczek, zwany bimbolasem, to był jakiś wypadek przy pracy- normalnie Iju ze smokiem w buzi nie chodzi.

20:10, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 01 listopada 2017
I po

Udało się- przynajmniej z punktu widzenia dziewczyn. Z escape roomu wróciły zachwycone i podekscytowane. Kompletowanie i składanie elementów Kostka też się im podobało. Gorzej poszło z planszówkami- jak zawsze, znalazły się osobniki, którym nie chciało się grać. I żeby chociaż zajęły się sobą- nie, postanowiły przeszkadzać tym, które grały. Oczywiście skończyło się małym fochem, obrażaniem się i ewakuacją grających do naszej sypialni. Szczęśliwie szybko udało się pogodzić towarzystwo.

Pizza na kolację, żelki i inne słodziuchy, których odmawia się zwykle na co dzień, ku uciesze, wieczór filmowy i wreszcie wspólne nocowanie pokotem na materacach w dużym pokoju- w tym wieku to jeszcze wystarczy do szczęścia.

Wiedźma miała w tym roku wyjątkowo grube paluchy;-)

Plakat witający gości

Gałki oczne- bez nich impreza chyba by się nie liczyła

Nasze dyniowe towarzystwo- chociaż zrezygnowaliśmy z ozdabiania dyń, to Trusia i tak indywidualnie domalowała każdej odpowiednią twarz

Chociaż anatomia Kostka była mocno uproszczona, to i tak bywały problemy z dopasowaniem poszczególnych kosteczek.

Dziś już na poważnie świętujemy Dzień Wszystkich Świętych. Wieczorem tradycyjnie wybieramy się na spacer po Cmentarzu Rakowickim.

A na obiad- dyniowe szaleństwo:-)

Tak na marginesie i nie w temacie- oto, jak zginął ostatni mamut;-)

14:32, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Archiwum