RSS
środa, 20 września 2017
Dzień trzeci- ostatni

Trzeci dzień troszkę był już skażony wyjazdowym stresikiem- głównie moim, bo to ja cierpię, jak odrywam się od ziemi, Truś i P. bawili się tak samo dobrze, jak w czasie dwóch pierwszych dni. Hostel musieliśmy opuścić do 10.30, na szczęście dworzec, skąd wieczorem mieliśmy pojechać na lotnisko Skavsta był bliziutko i bez problemu zaturlaliśmy tam nasz bagaż i załadowaliśmy do szafek w przechowalni. I już całkiem wolni i bez obciążeń mogliśmy ruszyć w miasto.

Pierwszym celem był Ratusz, stojący na brzegiem Riddarfjarden- duża, ceglana, elegancka budowla  z arkadowym krużgankiem.

Przy wschodniej stronie ratusza stoi symboliczny grobowiec jarla Birgera, założyciela Sztokholmu.

Początkowo planowaliśmy popłynąć do Nordiska Museet spod ratusza tramwajem wodnym, ale ponieważ stateczek na Djurgarden uciekł nam sprzed nosa, to powędrowaliśmy znowu na piechotę.

Do kościoła świętej Katarzyny z ażurowym zwieńczeniem wieży tylko z P. powzdychaliśmy, bo Trusia stanowczo odmówiła zwiedzania kościołów, uznając, że katedra i kościół św. Klary powinny nam wystarczyć do szczęścia w czasie tego pobytu;)

Mijany po drodze nabrzeżem hotel tego dnia prezentował się wyjątkowo ładnie

Muzeum Nordyckie mieści się w wielkim gmachu przypominającym neorenesansowy pałac. Na parterze podziwialiśmy wystawę czasową poświęconą światłom Północy, czyli zorzy polarnej- były piękne zdjęcia zorzy oraz jej prezentacja multimedialna. Niestety, zorzy na żywo wciąż nie widziałam:-(
Pozostała ekspozycja też jest bardzo ciekawa- są między innymi stroje ludowe, biżuteria na specjalne okazje, stroje ślubne, kolekcja domków dla lalek, odtworzone wnętrza skandynawskich domów z różnych okresów. A na koniec kolejna czasowa wystawa- tym razem skandynawskich lamp od najstarszych do współczesnych.

Znowu przebieranki- ta i kolejna były elementem specjalnej muzealnej gry dla dzieci:

Trusia- koleżanka dzieci z Bullerbyn:-)

Na skwerze przed muzeum:

Wisienką na torcie- przynajmniej Trusiowym- była wizyta w Grona Lund Tivoli, czyli najstarszym wesołym miasteczku w Szwecji, założonym w 1882r. Cóż, nie jest to rozrywka tania- żeby wejść na teren wesołego miasteczka trzeba zapłacić bilet, zaś wszystkie karuzele i inne atrakcje są płatne osobno. Ponieważ nie planowaliśmy ogłosić bankructwa po powrocie, Trusia mogła sobie wybrać trzy atrakcje- ale chyba nawet ta trójka wystarczyła jej do szczęścia.

Jedną z większych atrakcji sztokholmskiego lunaparku jest na pewno bardzo wysoka karuzela łańcuchowa, na której nie tylko Trusia koniecznie chciała się przejechać.

Gdzieś tam pod niebem kręci się Trusia i P.

Bardzo się Trusi spodobał tzw "śmieszny dom"- tak bardzo, że stał się wybraną atrakcją numer dwa i trzy.

Czas upłynął miło i szybko, trzeba było powoli wędrować na dworzec. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na niebieską bramę, prowadzącą do dawnych królewskich terenów łowieckich (taką rolę w przeszłości odgrywała wyspa Djurgarden).

I koniec:-(

Trzy dni to nie jest bardzo dużo. Ale też całkiem wystarczająco na fajny rodzinny wypad. Tym bardziej, że, przynajmniej z Krakowa, mamy bardzo dobre połączenie ze stolicą Szwecji- wyleciałyśmy we czwartek wieczorem, lot trwa tylko półtorej godziny. Zarówno z lotniska Arlanda, jak i ze Skavsty są autobusy do Sztokholmu. Co prawda tym razem skorzystałyśmy z uprzejmości koleżanki Ciecha (Ciech ma mnóstwo znajomych w Szwecji, wiec zawsze możemy na kogoś liczyć, że nas podwiezie:-)). Hostel, chociaż mały i pozbawiony luksusów był tani i miał świetną lokalizację, a trzy noce spokojnie da się przespać nawet w pokoju pozbawionym okien. Pogoda szczęśliwie nie była najgorsza. A to przejrzyste, czyste powietrze- w Krakowie nawet pomarzyć o takim nie można! Samolot powrotny mieliśmy co prawda ze Skavsty, ale dopiero o 22-giej, zatem cała niedziela była do rozdysponowania. I tylko jeden mały osobisty minus- wciąż nie cierpię latania:-(

A jeśli chodzi o mrożony jogurt w Galerian, to oczywiście był i to nie jeden raz:-)

10:24, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 września 2017
Dzień drugi

Drugiego dnia Truś zaciągnął nas na Djurgarden do Vasamuseet. Co prawda wspaniały okręt wojenny, który zatonął zaraz po wypłynięciu z portu w 1628r. (płynąc zresztą na wojnę z Polską, albowiem były to czasy Potopu Szwedzkiego) podziwialiśmy już poprzednim razem, ale Trusi muzeum tak bardzo się podobało, że koniecznie chciała zobaczyć je jeszcze raz. Nie muszę chyba dodawać, że Trusiowy Tatuś bynajmniej nie zgłaszał protestów, więc zostałam przegłosowana;-)

W muzealnym sklepiku z pamiątkami kolejna przebieranka:

Ponieważ muzeum zwiedziłyśmy dużo wcześniej niż P., który zawsze wszystko ogląda bardzo dokładnie i czyta wszelakie informacje, wyszłyśmy przed nim, żeby posilić się lodami i powłóczyć po wyspie.

W czasie włóczęgi zawędrowałyśmy do oceanarium- i tu rada praktyczna- można je spokojnie ominąć, bo to, co jest w środku zdecydowanie nie jest wart pieniędzy wydanych na bilety.

Po południu czekała nas kolejna atrakcja. Już za poprzednim pobytem przyuważyliśmy dziwaczny autobus z paszczą rekina. Okazało się, że jest to Ocean Bus- autobus-amfibia, którym można się wybrać na przejażdżkę po mieście i mały rejsik po sztokholmskich wodach. 

Z powodu odbywającego się w sobotę półmaratonu sztokholmskiego wycieczka startowała w nietypowym miejscu, spod Królewskiego Teatru Dramatycznego.

Wycieczka zaczyna się przejażdżką po Ostremalm, eleganckimi ulicami i dzielnicą ambasad, następnie autobusik wskakuje do wody i można podziwiać Sztokholm z innej perspektywy. Po drodze energiczny i dowcipny przewodnik ze swadą i niezwykle ciekawie w dwóch językach (po angielsku i szwedzku) opowiadał o mijanych miejscach. Widoczki trochę popsuł nam deszcz, ale i tak było fajnie:-)

Wycieczka skończyła się na lądzie, a ponieważ było już po 19-tej, to ruszyliśmy spacerem najkrótszą drogą do naszego hostelu, po drodze mijając na przykład kościół świętego Jakuba i fontannę na Kungstradgarden.

Także tym razem nie narzekaliśmy na zbyt długie siedzenie w ciasnym hotelowym pokoju- hostel ma od frontu małe bistro (z dużymi oknami na ulicę), rano serwują tam śniadania, a po południu i wieczorem można posiedzieć przy stolikach i odgrzać sobie w mikrofalówce coś do jedzenia. Zatem znowu małe zakupy w Coopie i pizza na wynos z pobliskiej pizzerii, partyjka Farmera do kolacji, prysznic i do łóżek:-)

 

 

16:59, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017
Sztokholm

Plan został wykonany:-) Truśka planowała wizytę w Muzeum Waza i wesołym miasteczku, zakup pamiątek dla koleżanek oraz koniecznie mrożony jogurt w swojej ulubionej jogurciarni. Według mojej Córki Najmłodszej najlepsze mrożone jogurty są w centrum handlowym Galerian w Sztokholmie. I nie umywają się do nich podobne smakołyki w Danii, a tym bardziej na miejscu w Krakowie.

Ja koniecznie chciałam przespacerować się po Starówce, którą z powodu deszczu musiałam odpuścić poprzednim razem i odwiedzić Nordiska Muzeum.

A wszyscy zakładaliśmy, że będziemy się razem po prostu dobrze bawić w czasie tych trzech dni.

Niespodziankę sprawiła nam pogoda, która była lepsza niż zapowiadały to prognozy. Owszem, zdarzył się przelotny deszcz, ale nie pokrzyżował nam planów.

Gamla Stan odwiedzaliśmy właściwie codziennie, bo jest to bardzo urokliwe miejsce, z mnóstwem knajpek i małych sklepików, z których "wołały" do nas Muminki i Pipi w rozmaitych postaciach, kolorowe koniki z Dalarny różnych rozmiarów, ale też duńskie myszki Maileg, których w tym roku w Danii znaleźć nam się nie udało. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że wróciłyśmy do domu z kolejną myszą, a koleżanki Truśkowe zostały obdarowane breloczkami z postaciami z Muminków. Ja przywiozłam sobie małego czerwonego konika, który zawisł przy moim plecaczku.

Hostel na Kungsholmen też dało się przeżyć- co prawda po raz drugi postaram się jednak poszukać noclegów w miejscu, w którym pokoje mają okna, ale poza tym było całkiem OK-  dobre śniadania i zaledwie 5 minut spacerem do dworca, wspaniały sztokholmski ratusz zaraz obok, na Gamla Stan 10 minut, na Djurgarden pewnie dałoby się dotrzeć w pół godziny spacerkiem, gdyby nie rozmaite pokusy po drodze;-)

Pierwszy spacer odbyliśmy oczywiście na Starówkę, ale drogą trochę okrężną.

Na Starówce powłóczyliśmy się dłużej wąskimi uliczkami, podziwiając kolorowe domki i zaglądając do sklepików. Zamek królewski mogliśmy sobie z czystym sumieniem odpuścić, bo zwiedziliśmy go już poprzednim razem.

Trochę się też powygłupialiśmy, przymierzając hełmy "wikingów"- to pierwsze zdjęcie z serii, zatytułowane Jednorożec;-)- hełm miał urwany jeden z rogów.

I zdjęcia kolejne- Truśka spokojnie mogłaby być Wikinżycą- ma odpowiednie warunki;-)

Kopia pomnika świętego Jerzego walczącego ze smokiem, oryginał stoi w sztokholmskiej katedrze. Poniżej przynależna do pomnika, uratowana przez świętego królewna, której jakiś dowcipniś wsadził do rąk marchewkę.

Stortorget, czyli rynek

Muzeum Fundacji Nobla w budynku dawnej giełdy:

Wieża katedry

Na podwórku obok katedry Truśka znalazła bujanego konika i, mimo "zaawansowanego" wieku, postanowiła się na nim pobujać. Konik przeżył;-)

Z Gamla Stan ruszyliśmy na sąsiednią wyspę Skeppsholmen, na której kiedyś stacjonowała marynarka wojenna.

Żaglowiec af Chapman, w którym mieści się obecnie schronisko młodzieżowe:

Tego dnia Grona Lund podziwialiśmy tylko z daleka.

Ze Skeppsholmen można przejść na Kastellholmen

Kolorowe rzeźby koło Moderna Museet były wykonane na wystawę światową w Montrealu w 1972r.

Takie rybki chciałyśmy kupić Lulisi, ale w końcu zrezygnowałyśmy. Może szkoda, bo bardzo są urocze.

Zmęczona, ale triumfująca Truśka ze swoją zdobyczą, czyli myszą Maileg

I w ten oto sposób rozrywkowaliśmy się dnia pierwszego. Wróciliśmy do hostelu już po zmierzchu, zmęczeni po całodziennym spacerowaniu. Jeszcze tylko kolacja zakupiona w pobliskim Coopie i partyjka scrabbli i można było pójść spać:-)

17:33, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017
Powroty

Ostatnio powroty z urlopu są coraz trudniejsze- z zupełnie nieznanych powodów na urlopowicza czekają zaległości, z których trudno jest się wykopać, a wakacyjny odpoczynek znika po pierwszych dwóch dniach w domu. Staram się jak mogę wygrzebać spod przygniatającego mnie do parteru stosu obowiązków do wykonania na wczoraj i na bloga zupełnie nie starcza mi czasu. ale spieszę chociaż donieść, że jesteśmy, mamy się względnie dobrze. Truś co prawda od wczoraj smarka i narzeka na ból gardła, co jest u niej zupełnie normalne przy pierwszych jesiennych chłodach, albowiem nie przyjmując do wiadomości niskich temperatur na zewnątrz, zakłada na siebie cienkie spodnie i krótkie t-shirty, a o skarpetkach zdaje się zupełnie nie pamiętać! ja natomiast staram się nie słyszeć narzekań i w pośpiechu znowu pakuję walizkę- dziś wieczorem lecimy na trzy dni do Sztokholmu, gdzie już na nas czeka P., będący tam służbowo (w międzyczasie zaliczył jeszcze po drodze Liverpool!) I nic to, że podobno ma padać i nie rozpieszczać nas temperaturami, wierzę, że będziemy się dobrze bawić i zobaczymy to, czego nie udało się zwiedzić za poprzednim pobytem. Byle tylko Trusia się nie rozchorowała na dobre. I bylebym tylko przeżyła podróż samolotem. wiem, większość ludzkości przeżywa, a nawet sobie chwali taki sposób przemieszczania, ja jednak jestem istotą przyziemną i nie ufam latającym maszynom- latanie jest wbrew naturze i prawom fizyki!

Obiecuję, że jak już się na dobre zadomowimy i ogarniemy pracową i szkolną rzeczywistość, to napiszę więcej. Tylko kiedy i czy w ogóle się ogarniemy?...

16:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 sierpnia 2017
Reszta Danii zanim wrócimy z kolejnego urlopu

Nasze wakacje na Słowacji powoli się kończą. Zanim jednak na blogu pojawi się relacja z wędrówek po Tatrach, wypadałby skończyć temat lipcowej Danii. Zatem wróćmy jeszcze na chwilę na północ Europy.

Ribe- chyba najbardziej urokliwa miejscowość tegorocznego pobytu w Skandynawii. Niewielkie miasteczko ze starymi, kolorowymi domkami, pięknym ryneczkiem i ceglanym gotyckim kościołem, w którym w gratisie załapaliśmy się na targ staroci.

Będąc po zachodniej stronie Półwyspu Jutlandzkiego nie mogliśmy sobie odmówić choćby rzucenia okiem na Morze Północne, które w tym rejonie występuje pod tajemniczą nazwą Morza Wattów. Dopóki nie zobaczyłam na własne oczy, nie bardzo mogłam sobie wyobrazić, co to właściwie są te watty.

A one wyglądają tak:

Kolejne miasto odwiedzone w tym roku było trochę pechowe, bo właśnie tam, na parkingu pod Tropikalnym ZOO, ukradziono nam obie tablice rejestracyjne. Ale dopóki nie mieliśmy tej świadomości, z wielką przyjemnością chodziliśmy pod kopułami, wypatrując latających nam nad głowami ptaków, olbrzymich i mniejszych nietoperzy, małych małpek, leniwców, węży, motyli oraz innych zwierzaków.

Niestety w tropikalnej atmosferze zdjęcia nie za bardzo chciały wychodzić. ZOO ma też swoją część na wolnym powietrzu, gdzie na wielkim wybiegu biegają tapiry, z tarasu restauracji można podziwiać pantery, jest też część z całkiem zwyczajnymi "domowymi" zwierzakami jak świnki, kozy, krowy czy owce oraz oczywiście wspaniały plac zabaw i miejsca do odpoczynku i piknikowania.

W restauracji poza normalnym jedzeniem można też spróbować czegoś bardziej egzotycznego:

Tak, tak, te robale naprawdę można było sobie zamówić! My jednak nie zaryzykowaliśmy..

 

Po odwiedzeniu zoo planowaliśmy jeszcze przejść się po starówce w Randers, niestety odkryliśmy brak naszych tablic i zamiast rozkoszować się urokami starego miasta musieliśmy konferować z baaardzo wysokim duński policjantem.

Dzień przedostatni spędziliśmy w Aarhus. I był to błąd, bo na to piękne miasto koniecznie trzeba by poświęcić więcej niż jeden dzień. Niestety, musieliśmy się zadowolić wizytą w Skansenie i krótkim spacerem po mieście, na kiedyś zostawiając pozostałe atrakcje, choćby bardzo obiecującym z zewnątrz Muzeum Sztuki Współczesnej.

Na ostatni dzień zostało nam Odense, miasto Andersena.

W tym domu Andersen spędził dzieciństwo, zanim w wieku 14 lat wyjechał do Kopenhagi.

Truśkowa pamiątka z Danii- szmaciany żołnierzk, zakupiony w Centrum Andersena

W ogrodzie Muzeum Andersena

I tym oto optymistycznym kolorowym muralem kończę z tematem Danii 2017, przynajmniej na tym blogu. Wciąż mam nadzieję, że uda mi się stworzyć blog specjalny z większą ilością zdjęć.

A na razie wracam na Słowację- przed nami jeszcze dwa dni:-)

23:21, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 sierpnia 2017
Trochę Danii przed kolejnym wyjazdem

Wypadałoby wrzucić choć parę zdjęć przed kolejnym wakacyjnym wyjazdem. Zatem proszę- fotki z Danii- co prawda tylko z komórki, ale dobre i to.

Nasza plaża pod klifem:

Nasz najpiękniejszy namiot- mieszkaliście kiedyś w takim?

Zachody słońca o 22-giej:

Nad cieśniną Kattegat i w oceanarium

W poszukiwaniu kurhanów i runów w Jelling zabłądziliśmy nad jezioro wikingów;-)

Kościółek przy kurhanach:

Wtorek w Legolandzie:

cdn

15:58, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
Foch to jej drugie imię

Może aż tak źle jak w tytule  nie jest, ale niestety Trusia coraz częściej strzela focha. Nadszedł nieunikniony czas, że najważniejsze są koleżanki i to spotkanie z nimi stanowi absolutny priorytet, któremu muszą się podporządkować pozostałe sfery życia. Muszę powiedzieć, że bywam tym mocno zmęczona.
Mam też powoli dość opieki nad Zmorką. Co prawda po zjedzeniu kawałka buta, mężowskiej komórki i połowy Truskowej matrioszki żadnych innych szkód nie poczyniła, ale codzienność z nią bywa uciążliwa. Niektóre rzeczy nie wynikają z jej winy- na przykład fakt, że codziennie zamiatamy całą górę jej zgubionego futra (na niej zaś zupełnie włosów nie ubywa), które zalega nie tylko na podłodze, ale też fruwa w powietrzu, osiadają na meblach, ubraniach, włażąc nam do ust i oczu. Z tego powodu mam wciąż podrażnione spojówki. Codzienna logistyka tez już zaczyna wychodzić mi bokiem- planowanie, kiedy odprowadzić Zmorkę do jej domu, kiedy ma przybyć do nas Hera, kiedy odstawić Herę do Buni i przyprowadzić do nas Zmorkę... Niestety obie naraz są nie do zniesienia, Hera pała do Zmorki wyraźną niechęcią, żeby nie powiedzieć, że wręcz nienawiścią, a uspokajanie ujadających psów i rozdzielanie ich, kiedy dochodzi do konfrontacji, do przyjemności nie należy. Poza tym boję się, że w końcu wkurzona Zmora może zrobić napadającej na nią, ale mniejszej Herze krzywdę.
Kolejny problem stanowią świnki, przebywającej na wygnaniu na szafie- od czasu do czasu któryś z psów przypomina sobie o ich obecności i usiłuje na szafę wskoczyć. Od tego wskakiwania mamy urocze szramy na meblu, mój drewniany anioł stracił skrzydło, a ja jestem na skraju wyczerpania nerwowego.

Jeszcze tylko parę dni i wszystko wróci do normalności. A za dwa i pół tygodnia koniec wakacji, wróci codzienna szkolna rutyna- jakoś wcale nie żałuję, że letnia laba dobiega do końca.

Tymczasem jednak przed nami jeszcze dwa tygodnie odpoczynku w górach. I zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego trzy dni w Sztokholmie. Bilety kupione, hotel zamówiony- możemy jechać. Co prawda jak tylko zarezerwowaliśmy niedrogi hostel w doskonałej lokalizacji, akceptując fakt, że łazienki są wspólne, to dowiedzieliśmy się, że nasz pokój nie ma okien, zaś pościel i ręczniki musimy sobie zapewnić sami, albo za nie dodatkowo dopłacić. Niestety wycofanie się z rezerwacji wiązało się z opłatą, poza tym inne niedrogie miejsca miały zdecydowanie gorszą lokalizację, więc uznaliśmy, że jakoś przeżyjemy, W końcu nie lecimy do Sztokholmu, żeby siedzieć w hostelu. Ale Trusia na wszelki wypadek focha strzeliła!

Przewiduję w najbliższym czasie kolejne walki o każde wyjście w góry, o jedzenie (obóz nie zmienił żywieniowych preferencji naszej Córki, a nawet ją w nich umocnił- co prawda jakby trochę schudła, albowiem obozowe jedzenie jej nie odpowiadało, zatem nie jadła, ale boję się, że w domu nadrobi straty:(), o pozostałe rozrywki ostatnich tygodni wakacji. Ale może jednak da się jakoś przeżyć i wypocząć, a nawet miło spędzić wspólny czas. I może wreszcie zająć się zdjęciami z Danii i Holandii- bo bardzo mi zależy, żeby wspomnienia tegorocznych wyjazdów gdzieś zostały utrwalone.

A na razie idę rozkoszować się samotności na dyżurze- bo domowym chaosie żadna praca mi nie straszna- byle nie w nocy, bo dzielenie łózka ze Zmorką sprawia, że nie czuję się szczególnie wypoczęta.

09:25, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 sierpnia 2017
Pojechała na wakacje...

A właściwie już wróciła, tylko na razie do Warszawy. Jutro P. jedzie po Truśkę i wreszcie się zobaczymy.
Dwa tygodnie bez dziecka- teoretycznie mogliśmy poszaleć! Ale tylko teoretycznie. Na "szaleństwa" musiał wystarczyć miniony weekend. Udało się pójść do kina, pojeździć, mimo upału, na rowerach i zaliczyć dwie knajpy z jedzeniem, na które Trusia popatrzyłaby zapewne z obrzydzeniem- no chyba, że coś się w międzyczasie zmieniło...
Ja to nawet trzecią knajpę zaliczyłam rzutem na taśmę w poniedziałek, w ramach spóźnionych obchodów imienin mojej Przyjaciółki- tam to pewnie Trusiowa nóżka całkiem by nie postała, gdyby jej właścicielka przestudiowała menu. Nawet duży wybór rozmaitych lemoniad by jej nie skusił. W każdy razie pysznie było, jadłam grasicę i policzek cielęcy z ravioli z zielonym groszkiem i miętą, pasztet z móżdżku na przystawkę, a na deser sernik z koziego sera na brownie z lodami buraczanymi. Ania delektowała się mulami z zielonym curry i lodami szczawiowymi z karmelizowanym koglem moglem- brzmi ciekawie, nieprawdaż?

W kinie też jedzeniem było tematem prawie przewodnim- w drodze do Paryża podróżująca wraz z francuskim przyjacielem Amerykanka zajada się miejscowymi smakołykami. A Paryż? "Paryż może poczekać"- bardzo sympatyczne kino:-)

Piątkowy wieczór- gruzińska Chinkalnia z widokiem na księżyc, Kładkę i moją ukochaną Cricotekę:

Sobota- brazylijska Carioca po zaostrzającym apetyt kinie:

Niedziela- Lulisia tańcząca na Rynku- też piękny widok;-)

Chociaż wianek na głowie utrzymał się tylko przez chwilkę;-)

Powrót do domu wypadł nam już w deszczu, ale po upałach zmokłam z rozkoszą;-)

 Ja tu o atrakcjach minionego tygodnia, a  tymczasem zaczyna się właśnie kolejny. Jutro P. jedzie do Wa-wy, a  ja będę się wcielać w rolę baby-sittera Lulisiowego, albowiem jej rodzice idą szaleć na weselu, jednocześnie pełniąc rolę dogo-sittera- od tygodnia mamy pod opieką szaloną Zmorkę. Co prawda jak razie P. stracił tylko kawałek buta oraz łatwy dostęp do komórki (po nadgryzieniu działa, ale ekran ma całkiem czarny, więc P. może po omacku odbierać rozmowy, a jak chce zadzwonić, to musi się udać do auta i podłączyć do zestawu samochodowego), ale wszystko jeszcze przed nami. Noce przesypiamy ze Zmorą we trójkę i nie jest to specjalnie komfortowe, albowiem nadaktywny zwierz budzi się parę razy, spaceruje oraz stara się okazać nam swoją wielką atencję oblizując nas po twarzach. Hercia zaś nocuje u Buni, ponieważ jej niechęć do Zmory sprawia, że przebywaniem z nimi obiema na raz jest okropnie uciążliwe.

Zupełnie nie mam czasu zająć się zdjęciami z Danii, tak naprawdę, to nawet ich nie widziałam. Od pewnego czasu wakacje są czasem laby tylko dla dzieci, my mamy jakby więcej pracy niż normalnie- tydzień urlopu skutkuje tygodniem nadrabiania zaległości, w czasie którego zaczynają narastać kolejne. Aż się boję jechać na dwa tygodnie, co nastąpi już w sobotę 19-go. Oczywiście cieszę się na dłuższy pobyt poza Krakowem, ale wolę nie myśleć, ile zaległości będzie na mnie czekało po powrocie.

Ale póki co cieszmy się chwilą i samotnością na dyżurze- dziś w nocy łóżko mam tylko dla siebie!  A potem już z górki- byle przeżyć jutrzejszy dzień z Lulisią i dwoma psami!

20:41, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 lipca 2017
Z powrotem

Szybko minęło- ale tydzień, to w końcu dość krótki czas jak na wakacje. Szczęśliwie od jakiegoś czasu wykształciłam w sobie umiejętność wakacyjnego totalnego resetu- wsiadam w samochód, obieram kierunek wakacje i natychmiast zapominam o pracy i domu. Na ogół ten stan utrzymuje się do ostatniego dnia urlopu. Dzięki temu tydzień magicznie się wydłuża i po powrocie patrzę na swoje zwykłe domowo-pracowe otoczenie zupełnie nowymi oczami.

A jak było? No fajnie oczywiście. Północne i zachodnie europejskie kierunki zaczęły mnie bardziej pociągać niż południe- choć pewnie niebawem zatęsknię za krajobrazami Toskanii i szmaragdową wodą w morzu w Chorwacji. Ale póki co na tapecie Skandynawia.
Już w ubiegłym roku przekonałam się, że Dania, to kraj, który jest w "moim" stylu, a tegoroczny pobyt jeszcze mnie w tym przekonaniu utwierdził. Już tęsknię za tą zielonością dookoła, za dniem, który trwał do 22-giej, za deszczem, wiatrem i chłodem. Zupełnie mi nie przeszkadzało, że temperatury w czasie naszego pobytu dochodziły ledwie do 20 stopni- w końcu sweter i ciepła chusta zamotana na szyi też się nieźle prezentują;-) A co do deszczu- na szczęście nie padało non stop, bo gdyby kapać z nieba nie przestawało, to pewnie aż tak bardzo bym się tymi wakacjami nie zachwycała.

Nasz namiot- najpiękniejszy, jaki widziałam- wolę go od domków i hoteli. W rankingu miejsc do spędzenia wakacji plasuje się zaraz za domkami W Drzewach.

Kemping- chyba typowo duński, pozornie wcale nie luksusowy, na "zadupiu", przy bliższym poznaniu same plusy- mnóstwo zieleni, miejsc do zabawy dla dzieci, Truśka chwaliła baseny (moja noga tam nie postała, bo baseny były odkryte, a woda niepodgrzewana- co prawda lubię, jak powietrze nie jest zbyt gorące, ale w kwestii ciepłoty wody mam zdecydowanie odwrotne preferencje). Morze tuż za plecami- piękny klif, na plażę schodziło się stromymi drewnianymi schodkami. Codziennie przepiękny zachód słońca- można było podziwiać z namiotowej werandy.

Legoland- dla mnie trochę rozczarowujący, ale w końcu to rozrywka dla dzieci, a dziewczyny bawiły się świetnie. Zresztą my też nie najgorzej.

Zachwycający skansen w Aarchus, kurhany i runiczne kamienie w Jelling- pamiątki po pierwszych władcach Danii, urocze Ribe z małymi szachulcowymi domeczkami, zaskakujące Morze Wattów, bardzo fajne Muzeum Andersena w Odense, tropikalne zoo, oceanarium nad cieśniną Kattegat- na więcej zabrakło już czasu.

Minusy- na poranne bułeczki (po dwie na łeba, czyli w sumie sztuk 10) dziewczyny wydawały codziennie prawie 100 koron- najdroższe bułki świata!
Utrata obu tablic rejestracyjnych, które ukradziono nam na parkingu- spory kłopot, zapoznaliśmy się przy okazji z duńską policją w osobie baaardzo wysokiego pana policjanta na posterunku w Randers.
Nędzne zaopatrzenie kempingowego sklepiku- najszerzej były w nim reprezentowane lody oraz żelki i inne słodziuchy. Jeśli chodzi o tzw normalne jedzenie, to było kiepsko. A już zielenina to był prawdziwy dramat- w warzyw dwa gatunki cebuli i czosnek, czasem objawiała się marchewka, udało mi się upolować sałatę i paprykę oraz ogórka, reprezentacja owoców była jeszcze uboższa- czasem bywały cytryny i zielone jabłka na sztuki. Oczywiście, można było zrobić zakupy w porządnym sklepie, ale wciąż nam było nie po drodze do większego marketu.

Więcej minusów nie pamiętam, więc pewnie ich nie było, a z tych, co były tylko strata tablic jest naprawdę dotkliwa- bo bułeczki rekompensowały cenę pysznym smakiem, a na główce sałaty, ogórku i papryce jakoś dało się ten tydzień przetrwać;-)

Szczęśliwie dotarliśmy do domu na naszych tablicach "domowej roboty" nie niepokojeni przez policję- innego wyjścia nie mieliśmy. Jutro czeka mnie załatwianie nowych. A dziś- dyżur.
Trusia w domu nie spędziła nawet doby- dziś rano wyruszyła do Warszawy, skąd jutro jedzie dalej- na Mazury. Wyobraźcie sobie, że moje, światowe w końcu, Dziecko, po raz pierwszy dziś właśnie jechało pociągiem!

17:01, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 lipca 2017
Etnomania 2017

W zeszłym roku nie byliśmy, w tym udało się pojechać do Wygiełzowa Trusi i P., zabrali ze sobą koleżankę szkolną Truśki, która ostatnio u nas prawie pomieszkuje;-) A na miejscu spotkali Bunię i Grześka oraz Lulisię. Z relacji wiem, że było fajnie, ale warsztatów jakby mniej "zaliczyli"- bo po pierwsze dziewczyny uparły się na gliniane garnuszki, a do nich była kolejka, a po drugie, jak zabrakło mnie poganiającej towarzystwo bacikiem do wyjazdu, to nie zebrali się zbyt wcześnie. Ale byli, wrócili zadowoleni, dostałam od Trusi kolejną szmacianą, ręcznie szytą lalę do kolekcji- tym razem z bardzo sfochowaną minką, Truśka tradycyjnie ulepiła glinianą miseczkę, zakupiła sobie ceramiczne kolczyki. Stała, od jakiegoś czasu, atrakcja wakacyjna zaliczona pozytywnie:-)

Mam nadzieję, że w przyszłym roku i ja się na Etnomanię załapię.

A już jutro wreszcie wyruszamy na nasze wakacje. Kierunek Dania, konkretnie Półwysep Jutlandzki- tam nas jeszcze nie było.
Ciekawe, czym my zdjęcia będziemy robić, skoro ukochany i najbardziej uniwersalny obiektyw nam się zepsuł. A przecież bez tony zdjęć ani rusz- to najfajniejsze pamiątki z podróży. Zwłaszcza, jak się je uda umieścić na osobnym blogu i od czasu do czasu do nich zajrzeć i powspominać.

Wciąż mam nadzieję, że uda mi się opisać tegoroczną Holandię i Rzym sprzed dwóch lat...

PS
Oj, właśnie sprawdziłam prognozy- zdaje się, że raczej powinniśmy zabrać kalosze i nieprzemakalne kurtki niż topy na ramiączkach:-( Ale damy radę!

10:09, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum