RSS
czwartek, 13 lipca 2017
Lato w mieście

Pierwszy etap wakacji już za nami. Dwa tygodnie po zakończeniu roku szkolnego spędziła trusia na miejscu. Ale raczej nie mogła narzekać na nudę. zdaje się, że nawet nie udało jej się odespać niedoborów snu z czasów szkoły (Trusia jest śpiochem porannym- wieczorami grasuje do późna, za to rano budzi się niechętnie).

Lato w mieście też może być całkiem fajne- byle nie trwało zbyt długo. Zwłaszcza jak się spędza wakacje w towarzystwie ukochanej kuzynki lub ulubionych koleżanek.

Postanowienie pierwsze na lato (właściwie moje nie Truśkowe)- spróbować wszystkich rekomendowanych lodów w Krakowie. Na razie idzie mi kiepsko, na szczęście jeszcze trochę wakacji przed nami;-)

Ogród Doświadczeń po raz drugi w tym sezonie- tym razem nie piknik z siostrzenicą tylko zabawa z Tolą.

Ulubiony Park Dinozaurów w Krasiejowie- rozrywka w wielopokoleniowym babskim gronie na weekend:

 

Koleżanki przewalały się przez nasz dom we wciąż zmieniającym się składzie, często któraś zostawał na noc:

Naturalnie Hera również czuje się zaproszona do wspólnego spania- przecież jest pełnoprawną Truśkową przyjaciółką:-)

Pikniki wciąż na topie- zaraziły się nimi nawet jeże, zamieszkujące domek dla lalek i urządziły piknik z poziomkami w roli głównej:-)

Domowe lody- wciąż coś mrożę- a to zmiksowane truskawki z miętą i bazylią, a to banany z mlekiem, a to arbuz z kawałkami kiwi albo zmiksowane maliny z plasterkami bananów. Wszystko znika z lodówki bardzo szybko:-) I nie tylko Trusia i jej towarzystwo się do znikania lodów przyczynia:-)

Latem można sobie pozwolić na więcej. Zabronione w szkolnej rzeczywistości kolorowe włosy i paznokcie wreszcie mogą się trochę zmienić. Nie wiem, czy niebieski kolor włosów Trusi to jest to, co mi się podoba bardziej niż jej naturalny blond- na szczęście błękit powinien zniknąć najdalej w ciągu dwóch tygodni.

Niebieski wianek do niebieskich włosów- czemu nie!

Lato w mieście skończyło się w minioną niedzielę.
Ach, jak ja Truśce zazdroszczę tej strefy chill-out'u...

Przyjechaliśmy z Truśką wczesnym popołudniem. Las pachniał tak pięknie. Zobaczyłam te hamaki i pomyślałam sobie, że ja tu chyba zostanę. A na dodatek poziomki dookoła- te leśne, o wiele lepsze od naszych balkonowych, tak pięknie pachnące...

Niestety, poczucie obowiązku i pracowej misji zwyciężyło. Truśka została się bujać w hamakach i przezywać Leśną Przygodę, a my musieliśmy wracać z powrotem do miasta:-(

Wydaje mi się, że dopiero wczoraj ją odwoziliśmy, tymczasem jej Leśna Przygoda przekroczyła już półmetek. Przyszły tydzień to znowu będą miejskie wakacje, a potem wyruszamy wreszcie wszyscy- kierunek Półwysep Jutlandzki:-)

 

16:32, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
wtorek, 04 lipca 2017
Dwa latka Dwulatki

Ny tu gadu gadu, a tymczasem, w trakcie naszego pobytu na Dolnym Śląsku zresztą, dokładnie 16.06., pewnej Młodej Damie, zwanej Lulisią, Iju lub bardziej oficjalnie Łucją, stuknęły całe dwa latka!

Pierwsze obchody tej jakże ważnej rocznicy miały miejsce w warunkach wyjazdowych. Świeczka stosowna była, zaś za torcik posłużył pomidorek koktajlowy. Miało być jajko, ale ugotowało się na zbyt miękko i świeczka nie chciała się w nim trzymać:-)

Ale uświęconej tradycji stało się zadość i płomyczek z dwójeczki został przez solenizantkę zdmuchnięty- zresztą nie jeden raz;-)

Oficjalne obchody urodzin z powodu wyjazdu przesunęły się na kolejny weekend. Nie obeszło się bez małych "wypadków". Trusia postanowiła własnoręcznie zrobić tort dla Siostrzenicy, wybrała sernik na zimno z truskawkami na biszkoptach, otoczony dodatkowo płotkiem z tychże. Wszystko szło świetnie, aż do momentu, gdy postanowiłam umieścić ciasto w lodówce. Okazało się, że Truśka nie domknęła tortownicy i cały deser wylądował na podłodze w kuchni, obryzgując dodatkowo niezwykle malowniczo moje nowe piękne kuchenne mebelki. Część udało się uratować i umieścić tortowe rumowisko w misce- było pyszne, ale na oficjalny tort już się nie załapywało. Powstał zatem drugi- biszkopt z bitą śmietaną, truskawkami i galaretką. Tu też szło jak po grudzie. Co prawda biszkopt upiekł się pięknie i przy pomocy przybyłej Prababci został, po wyjęciu z piekarnika, bezpiecznie usadowiony na miękkiej podusi coby nie opadł, za to śmietana stawiała opór i nie zamierzała się ubić, zaś galaretka, mimo mniejszej ilości wody i teoretycznie będąca z gatunku tych szybciej tężejących, także postanowiła się zbuntować. Szczęśliwie jednak do popołudnia tort powstał w swoim ostatecznym kształcie i Solenizantka mogła dmuchać kolejne świeczki:-)

I tak oto nasza urocza Lulisia wkroczyła dziarsko w trzeci roczek swojej przygody z życiem:-)

22:30, dsmiatek
Link Komentarze (5) »
piątek, 30 czerwca 2017
Kopalnia złota w drodze powrotnej

Szybko minęły wolne dni- teoretycznie były aż cztery, praktycznie w Górach Stołowych spędziliśmy cale dwa i po kawałku z dwóch skrajnych. Mało, jak na taką mnogość atrakcji. Żeby dzień powrotu do domu nie był dniem smutnym, że to już koniec, zaplanowaliśmy odwiedzenie kopalni złota w Złotym Stoku.

Ktoś zgadnie, dlaczego, między innymi, wybraliśmy właśnie TĄ atrakcję?

Oto odpowiedź:

Sztolnia Gertrudy- jakże moglibyśmy jej nie odwiedzić! Co prawda Trusia uporczywie twierdzi, że ma na imię Zosia, ale co ona tam wie...

Kopalnia w Złotym Stoku to bardzo fajne miejsce. Dodatkowo trafiła nam się przewodniczka, która bardzo ciekawie i zabawnie opowiadała o tym, co oglądaliśmy, zatem licznie obecne dzieciaki wcale się nie nudziły.

W kopalni jest dodatkowo muzeum tablic "służbowych"- niektóre są niezwykle zabawne, chociaż chyba nie takie było założenie autorów.

Pod ziemią przebiega też granica państwa- Trusia już w Czechach, bez paszportu;-)

Z powrotem wyjeżdża się takim oto pomarańczowym tramwajem:

Zwiedzanie kopalni to nie jedyna atrakcja. Można też przepłynąć się łódką po zalanej sztolni (niestety, nie załapaliśmy się na bilety, lepiej jest je rezerwować z wyprzedzeniem).
Można szukać "diamentów":

albo płukać "złoto":

Można się napić kawy z drobinkami złota- próbowałam, ale złoto jest bezsmakowe.

Nieopodal jest park linowy oraz niesamowite, długie i wysokie tyrolki w nieczynnym kamieniołomie, jest też zrekonstruowana górnicza osada. Spokojnie da się tu spędzić cały dzionek i zleci on nie wiadomo kiedy. Niestety, my musieliśmy część atrakcji odpuścić, bo czekała nas przecież droga powrotna do Krakowa.

22:15, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 czerwca 2017
Bładząc w skalnym labiryncie

Wydaje mi się, że kiedyś musiałam być na Szczelińcu (najwyższy szczyt w Górach Stołowych), ale zupełnie tego nie pamiętam. Chociaż nazwa nie jest mi obca. Natomiast Błędne Skały po raz pierwszy- nieświadomie- zobaczyłam w Opowieściach z Narni, zaś kolejny w jakiejś  Mężowskiej gazetce. Zobaczone wtedy zdjęcia natchnęły mnie do wyruszenia w Góry Stołowe i praktycznie od razu zasiadłam przy kompie i zarezerwowałam nam nocleg w Domku Skowronek w Szczytnej.

Obawiałam się, że pogoda uniemożliwi mi zo0baczenie tych miejsc, dla których przybyłam na Dolny Śląsk. Kolorowe Jeziorka z żalem odpuściłam, ale w stosunku do Błędnych Skał się zawzięłam. Zapakowaliśmy przeciwdeszczowe kurtki, założyliśmy bluzy (sobota była nie tylko deszczowa, ale też nie rozpieszczała temperaturą) i ruszyliśmy. Było warto!







Troszkę zmokliśmy, odrobinę zmarzliśmy, zgłodnieliśmy, byli tacy, co w błoto wpadli po uszy (to ci krótkołapni i długousi;-)), a niektórzy nawet pobłądzili- co prawda nie w Skalnym Labiryncie tylko schodząc szlakiem na parking. Ale było warto:-)
A w Kudowej były ciepłe kocyki i grzejniki w knajpie na werandzie ( w środku miejsc nie było) i niezły obiad.

 

 

21:01, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
O czerwcowej majówce zatem

Tak się jakoś złożyło w tym roku, czego obecnie żałuję niezmiernie, że nie zaplanowaliśmy pierwszego urlopu na czerwiec. Żal mój jest wielki, bo zamiast wylegiwać się gdzieś przed domkiem w miłym śródziemnomorskim kraju lub poznawać nowe miejsca, siedzę w pracy i hoduję stresowe wrzody (od czasu do czasu mój pracodawca funduje mi takie wątpliwe przyjemności, akurat nadszedł moment na kolejne przepychanki i pogróżki).

W ramach rekompensaty przynajmniej długi weekend w czerwcu postanowiliśmy spędzić daleko od Krakowa. Ponieważ to tylko cztery dni, zatem rozglądnęliśmy się po rodzimych atrakcjach. Wybór padł na Góry Stołowe i okolicę, gdyż- po pierwsze baaardzo dawno nas tam nie było, a strony są niejako rodzinne i kiedyś (w zamierzchłych czasach podstawówki bywało się w tamtych rejonach); po drugie- bardzo chciałam zobaczyć Błędne Skały i Kolorowe Jeziorka; po trzecie- znaleźliśmy miły domek, przyjazny dla psów i dzieci w Szczytnej, skąd do wszelakich atrakcji tamtego regionu blisko.

Spakowaliśmy zatem Herę i naszą trójkę, zaprosiliśmy do towarzystwa Bunię, Grześka i Łucję i wyruszyliśmy na południowy zachód (czy jakoś tak;-)).

We czwartek pełna sielanka- rozkoszowaliśmy się słońcem, wygodnymi fotelami przed domkiem, ptasim świergotem i widokiem na zalesione górki. A trzeba było uwierzyć prognozom i zamiast siedzieć, skubać leniwie truskawki, oddawać lekturze i się rozkoszować, należało zaufać prognozom i od razu wyruszyć w plener!

W piątek o poranku jeszcze się wydawało, że może uda nam się przez Skalny Labirynt przelecieć, ale nadzieje nasze szybko zostały rozwiane, albowiem fronty atmosferyczne z wichrem i deszczem dotarły w naszą okolicę i zmusiły nas do szukania rozrywek pod dachem. Zatem pojechaliśmy odwiedzić zamek Książ. Ufne z nas są istoty, zatem zawierzyliśmy się całkowicie Aucianej Wróżce (GPS), zatem po drodze poznaliśmy piękną bazylikę w Wambierzycach (z zewnątrz), Walimskie sztolnie (takoż z zewnątrz), Podziemne Miasto Osówka (jw), mogliśmy podziwiać krajobrazy Gór Sowich, wspinać się na górskie przełęcze, a nawet, wciąż wierząc naiwnie podstępnemu GPS-owi, jadąc pod prąd dróżką jednokierunkową (zorientowaliśmy się tak jakoś w 2/3) dotarliśmy do pięknego ośrodka Fregata  w Zagórzu Śląskim nad sztucznym jeziorem- bardzo urokliwe miejsce, brałam je pod uwagę szukając noclegów.*

Chociaż po drodze pogoda jakby się poprawiła, to jak tylko wjechaliśmy na parking pod zamkiem dogoniła nas nawałnica, kurc-galopkiem popędziliśmy zatem do tego, co było bliżej, czyli do zabytkowej stadniny koni.

Powdychaliśmy zapach końskiego nawozu, popieściliśmy konie, posililiśmy się w tamtejszej gospodzie nad podziw dobrym obiadem i wreszcie ruszyliśmy na podbój zamku. Niech was nie zwiodą te pełne słońca zdjęcia- zanim dotarliśmy na zamkowy podwórzec dopadła nas kolejna wichura i ulewa.

Trusia załapała się na dodatkową wystawę kostiumów filmowych.

Zamek Książ jest wielki, zatem bezpieczni pod dachem przetrwaliśmy przejście pogodowego frontu, a jak z powrotem znaleźliśmy się na zewnątrz, to pogoda jakby się uspokoiła.

Niestety, zabrakło już czasu na powłóczenie się po parku i zabytkową Palmiarnię. Ale i tak czas nie był zmarnowany.

Zaś w Błędne Skały postanowiliśmy wybrać się nazajutrz.

* Podróże (czasem także dzięki kapryśnemu GPS-owi) kształcą- wiemy, gdzie wybierzemy się za następnym pobytem na Dolnym Śląsku- bo że kolejny raz nastąpi, tego jestem, pewna:-)

17:34, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
niedziela, 25 czerwca 2017
Pikniki

Jakoś tak się ostatnio rozpiknikowaliśmy. Pamiętam jak parę lat temu Trusia marzyła, żeby się wybrać z kocykiem i koszem w wałówką do parku, rozłożyć gdzieś na trawie w cieniu i po prostu posiedzieć. Kiedyś wciąż brakowało nam na to czasu, ale wreszcie i dla nas przyszła pora na leżakowanie w plenerze. Co prawda brakuje nam prawdziwego kosza piknikowego, który jest moim marzeniem od dawien dawna, a Trusiowym od paru lat, ale może kiedyś i kosz zakupimy. A póki co zabieramy koc i coś do przekąszenia i rozkładamy się- np z Bunią i Łucją w pobliskim Ogrodzie Doświadczeń:

Albo wczoraj na Pikniku Lotniczym- łącząc przyjemność poleniuchowania na trawie z podziwianiem powietrznych akrobacji:

A poza tematem- w sobotni poranek takie oto dwa "ogłoszenia" zastaliśmy na stole:

I tak też było, jak stało napisane;-)

Wkrótce, mam nadzieję, kolejne wpisy, bo trochę się tematów zebrało- choćby relacja z czerwcowej "majówki", którą spędziliśmy w Górach Stołowych.
No i ważna uroczystość- pewien mały Człowiek zwany Łucją, Lulisiem, albo Iju (tak sama o sobie mówi) skończył w międzyczasie 2 lata!

20:01, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Kapelusz jest dobry na wszystko

Zmieniają się ubraniowe upodobania mojej najmłodszej Córki. Od jakiegoś czasu na topie są spodnie, najchętniej luźne i kolorowe. Na sukienki i spódnice muszę ją specjalnie namawiać. Jedno wciąż jednak pozostaje niezmienne- miłość do nakryć głowy- w lecie kapeluszy. Zazdroszczę Truśce tego, że nosi kapelusze z taką łatwością. Mnie tego typu nakrycia głowy zachwycały od dawna, ale z noszeniem ich mam problem. A ona lata w nich na co dzień i od święta. Stylizacja bez nakrycia głowy jest po prostu niekompletna.

Ten akurat egzemplarz był przygotowany na szkolny Dzień Żonkila i został w szkole na wystawie (nadmienię, iż był to jedyny MÓJ własny, osobisty kapelusz, który czasem nosiłam na plażę!- oczywiście bez żółtych kwiatków i frędzli)

Ostatnio najukochańszy Truśkowy kapelusz, pasujący według niej do każdej stylizacji.
Na hulajnogę:

Na zakupy w galerii handlowej:

Na rower:

Piękny, prawda? ;-)

11:05, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Zaległości

Gdybym ten wpis pisała wczoraj, zgodnie z planem, to miałby ob tytuł "Motyle w brzuchu". Wracałam z Truśka i P. rowerem do domu, słońce świeciło, ale upału nie było, czułam się lekko i szczęśliwie, miałam wrażenie, że w brzuchy łaskoczą mnie motyle skrzydełka.

Dziś jest poniedziałek, chmury za oknem (właściwie nie przeszkadzają mi specjalnie), przede mną perspektywa spędzenia w pracy popołudnia i nocy. Pewne problemy zawodowe znowu o sobie przypomniały, a w dodatku coś mi się stało w mięśnie przykręgosłupowe i cały ich pas na wysokości lędźwi/krzyży boli mnie tak, że mam problem z poruszaniem się. Oczywiście nafaszerowałam się odpowiednimi lekami, wsmarowałam przeciwbólowe i przeciwzapalne maści, nakleiłam plaster rozgrzewający i jest lepiej niż rano, ale do ideału wciąż daleko. Zatem motyle chwilowo się wyprowadziły i nie łaskoczą. Ale wrócą, mocno w to wierzę!

A co u nas poza brakiem motyli i bólami w krzyżu? Ano Ciech od 12 dni ma już 22 lata!

W dmuchaniu świeczek dzielnie pomagała mu Profesjonalna Dmuchaczka;-)

Świeczki-dwójeczki  już niebawem posłużą za świeczki na urodzinowym torciku samej Dmuchaczki- już za 4 dni stukną jej dwa latka!

Za nami kolejny leniwy weekend- bardzo wypoczynkowy- moje boleści nie mogą więc wynikać z przepracowania.

W niedzielę tradycyjne lody na Placu Szczepańskim:

Potem obiecany piknik w Parku Jordana:

Już kolejną niedzielę fontanna na Placu Szczepańskim była wyłączona- czyżby po to, by pozbawić dzieciaki pokusy kąpieli? Na szczęście w Parku Jprdana zamontowano fontanny, w których nikt nie zabrania pluskania:

A jak widać, z pluskania i moczenia się do suchej nitki, tak łatwo się nie wyrasta;-)

Widziałam szlochającego kilkuletniego chłopca, któremu rodzice kazali stać na trawniku w słońcu, bo zamoczył w fontannie spodenki- miał tam czekać aż wyschną. Ja nauczona doświadczeniem byłam przygotowana, zabrałam ręcznik, który pełnił też rolę piknikowego kocyka i pełny zestaw do przebrania dla truśki.

Ciocia i Siostrzeniczka w identycznych sukienkach z paszczą:

I tak sobie myślę, że pewnie z powodu nicnierobienia tak mnie postrzyknęło;-)

15:01, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 31 maja 2017
Twórczość Trusi

Czasem zdarza się jej spontanicznie napisać wiersz. Dzisiaj odkryłam dwa i muszę je sobie zapisać, żeby nie zginęły w niepamięci.

 

"W burzy, słońcu czy padole
Z przyjaciółmi, nawet w szkole
Bunt przeciw nauczycielom
Johny Depp, idolów wielu
Mądrym ty człowiekiem bądź-
Z niewidomym w ławce siądź
Pomóż mu odzyskać wzrok
Uczyń wielki w życiu skok
Z przyjacielem po wszech czasy
Zasiedl łąki, zasadź lasy."

Zwłaszcza druga połowa tego wierszyka mnie urzekła:-)

I drugi wiersz- na Dzień Matki:

"Mamo, dziękuję ci za to, że żyję
Że mnie pocieszasz, i że zjadasz mi uszy.
Że mnie kochasz i że się śmiejesz.
Ty jesteś światłem w moim życiu,
Z tobą mam nadzieję.
Nadzieję na lepsze życie,
Na świat bez spalin i bez smogu.
Nadzieję na to, że kiedyś będzie
można żyć bez nałogów.
Ja cię kocham najbardziej na świecie,
A ty zawsze w sercu moim
Na zaufania bilecie będziesz żyłą wiecznie wśród swoich."

Tu się wzruszyłam...

21:15, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 29 maja 2017
Weekendowe nieróbstwo w wydaniu Smiatków

Wspaniały weekend za nami. Dwa dni, kiedy nic nie musieliśmy robić, nie byliśmy umówieni na żadne warsztaty czy imprezę. Dwa dni bez zawodowych obowiązków. I do tego z piękną pogodą. Dawno już nas taki luksus nie spotkał.

W sobotę postanowiliśmy spać do oporu. Opór nastąpił już o ósmej rano, kiedy to Hera postanowiła się przywitać sposobem "usta-usta";-)
Zatem już o dziesiątej pedałowaliśmy nad Wisłę w stronę hotelu Forum na Duckie Deck. Cóż, impreza nas rozczarowała niestety. Byliśmy chyba dwa lata temu, wtedy sporo było fajnych mini-warsztatów dla dzieciaków, a dla mnie kilka stoisk z fajnymi ciuchami i gadżetami spoza sieciówek. Tym razem większość warsztatów (które pewnie były całkiem fajne) wymagała wcześniejszego zapisu, a te dostępne bez rezerwacji skierowane były raczej do młodszych dzieci. A stoisk z ciuchami itp nie było wcale:-( 

Pomachaliśmy zatem dmuchanej kaczce, która dryfowała po Wiśle i popedałowaliśmy w kierunku Audytorium Maximum wypróbować imprezę podesłaną nam przez Bunię w ramach Copernicusa. Tam wysłuchaliśmy ciekawego wykładu na temat sposobów wykrywania kłamstw, pooglądaliśmy maszyny, służące do powyższego- na ich wypróbowanie nie starczyło nam cierpliwości- w końcu badanie wariografem chwilkę trwa, wystarczy, że ustawi się paru chętnych i owa chwilka wydłuża się znacznie, a tu pogoda piękna...

Ponieważ pora robiła się obiadowa zasiedliśmy w ogródku włoskiej restauracji na rogu Szczepańskiej i Jagiellońskiej.

Deser zjedliśmy na Placu Szczepańskim w postaci przepysznych perskich lodów.

Następnie Truśka pociągnęła nas do swojego ulubionego sklepu

Wpadliśmy jeszcze na chwilę na Rynek na Festiwal Nauki

I już można (a nawet trzeba, bo stęskniony pies czekał) było się udać w kierunku domu. I nareszcie oddać lenistwu na balkonie:-)

Z zimną kawą i podwieczorkiem przygotowanym przez Córkę na podorędziu;-)

Trusia ponadziewała groszki ptysiowe kawałeczkami truskawek i bitą śmietaną- było pysze:-)

A w niedzielę? A w niedziel było jeszcze piękniej. Lulisia na śniadaniu, porwana z jej domku w czasie rannego spaceru z Herą

Potem znowu rowery- najpierw do kapucynów na mszę o 11-tej, potem z Bunią, Grześkiem i Lulisią tradycyjnie na pokościółkowe lody, a potem na Błonia na obiad w Focha 42- bardzo fajne miejsce.

Po obiadku do domu- my na rowerach, a dzielna Bunia i nieustraszony Grzesiek na rolkach!  A w domu hyc na balkon- Truśka zajęła mi co prawda hamak, ale umościłam sobie wygodne siedzisko na smoku. 

Cóż, chociaż zwykle planuję na weekendy jakieś imprezy i wyjścia specjalne, to dwa dni nicnierobienia też mają swój urok.

21:58, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Archiwum