RSS
czwartek, 26 października 2017
Przed Halloween

U szkolnej pani katechetki jesteśmy już chyba spaleni, podobnie u pani od plastyki, która także jest aktywnie przeciwna świętowaniu Halloween. Jeszcze kilka lat temu sama nie myślałam, że ta tradycja zza oceanu się u nas zadomowi. Ale wystarczył raz- kiedy Trusia była w pierwszej klasie i urządziliśmy przebieraną imprezkę w tym właśnie czasie- żeby jednorazowy "wybryk" stał się doroczną tradycją. Czeka na to Trusia, czekają jej kumpelki. I chociaż w dniu imprezy w duchu obiecuję sobie, że to ostatni raz, wkurzam się sama na siebie, że dałam się namówić, to jednak radość Córki własnej i pozostałych dzieciaków jest bezcenna i za rok znowu ulegam.

W sobotę czeka nas zatem najazd siedmiu dziewczynek (z naszą osobistą będzie ich osiem). Mieszkanie powoli nabiera odpowiedniego klimatu- Struś rozwiesza gotowe, ale też tworzy własne dekoracje.

Dyniowe zaproszenia już od tygodnia są rozdane.

Trusia wprawia się we właściwy nastrój odpowiednim nakryciem głowy- ukochana ostatnio opaską z pająkiem- choć za naturalnymi przedstawicielami tego gatunku fauny raczej nie przepada, a nawet na widok nawet małego przedstawiciela ucieka z wrzaskiem.

W ramach halloweenowego entuzjazmu córka spersonalizowała wszystkie dynie, nawet te przeznaczone na zupę!

 

I jak ja miałam potem wbić nóż w takiego uśmiechniętego stwora, wgapiającego się we mnie wielkimi oczyskami!

Obróciłam "na brzuszek" i wbiłam. A zupa wyszła obłędna- przepyszna! A czegóż w niej nie było... połączyłam dwa przepisy, więc była dynia oczywiście, bataty, cebula, czosnek, świeży imbir, sok z pomarańczy, mleko kokosowe i mnóstwo pachnących przypraw.

Dyniowe lampiony też już mamy- na razie rezydują na balkonie i mam nadzieję, że się nie popsują do soboty.

 Namalowany przez Strusia plakat halloweenowy zawisł na drzwiach wejściowych (na szczęście od strony mieszkania, bo nie wiem, co sądzą sąsiedzi o tym "świecie" i mogłoby się zdarzyć, że i im byśmy się narazili;-)
Duży pokój pomalutku zaludniają straszne stwory- do soboty na pewno ich jeszcze przybędzie. 

Wczoraj projektowałyśmy kościotrupa, którego elementy, wycięte z kartonu, mają zostać ukryte w różnych miejscach w domu, a dziewczyny będą miały za zadanie je odnaleźć i ułożyć zgodnie z "anatomią". Wyobraźcie sobie jak trudno mi było- osobie w końcu mającej anatomię "kościotrupa" prawie w małym palcu z racji wykonywanego zawodu- narysować taki uproszczony szkielet- które kostki można pominąć, jak tu zrezygnować z 12 par żeber i właściwej ilości kręgów w kręgosłupie!

W planach jest wizyta w escape roomie- Trusia marzyła o Domu Strachów albo przynajmniej tematycznie koszmarnym escape roomie, jednak po przejrzeniu krakowskiej oferty obie zgodnie uznałyśmy, że te faktycznie straszne mogą stanowić zbyt wielkie wyzwanie dla niezahartowanych w horrorach dziesięciolatek.
Mamy też przygotowane odpowiednie na tą okazję planszówki- na ostatnich zakupach nabyłyśmy Koszmarium- bardzo fajne.

Przybyły też z USA halloweenowe pozdrowienia w wydającym upiorne odgłosy domku. Zamorskim kuzynom to dobrze- u nich Halloween nikogo nie gorszy;-)

Gałki oczne, mózgi i robale już oczywiście zakupione, czekają w koszu. Jutro pewnie będę zmuszona do upieczenia palców wiedźmy. Chociaż chętnie bym się od tego wykręciła. Ale raczej się nie uda- w końcu te koszmarne ciastka też już stały się tradycją.

 

16:40, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
środa, 25 października 2017
Czytacz nałogowy

W sumie to chyba lepszy taki nałóg niż inny;-) Truśka chodzi z nosem w książce, książkę taszczy ze sobą do kąpieli (zdarzyło się już, że trzeba było suszyć jeden z tomów ukochanej serii o przygodach Percy'ego Jacksona), opracowała nawet czytanie w trakcie brania prysznica. Książkę na wszelki wypadek zabiera do szkoły- bo gdyby na przerwie było nudno, to będzie jak znalazł (mam nadzieję, że pod ławką nie czyta!). Czyta przy śniadaniu, obiedzie, czyta w łóżku i w samochodzie w drodze do kościoła. Już nie nastarczam w znajdowaniu jej nowych czytelniczych pozycji. Co prawda w domowej biblioteczce są oczywiście nie pochłonięte przez nią książki, ale niestety nie każda literatura jest traktowana łaskawie. Na razie nie przekonała się do Paoliniego (Eragon i pozostałe tomy) ani Pullmana (Złoty Kompas). Za to Riordana pochłania dosłownie w jeden dzień, podobnie Mulla. Teraz niecierpliwie wypatruje kolejnego tomu przygód Magnusa Chase'a.

Taki stosik zamówiłyśmy ostatnio w Bonito- na szczycie leżało jeszcze "Berło Serapisa", ale zostało porwane zanim cyknęłam fotkę. Wg Truśki powinno jej wystarczyć literatury na jakieś dwa tygodnie. I chyba ma rację.

Czyta nawet na klatce schodowej w drodze do samochodu, czekając aż zamkniemy mieszkanie i zejdziemy na dół.

Wieczorem układają się na materacu razem z Hercią

Z Herą zresztą bardzo się kochają. Mamy szczęści, że trafiła nam się taka fajna Hera:-)

Co jeszcze się u nas dzieje?
Owijamy się sadełkiem na zimę- długie jesienne popołudnio-wieczory sprzyjają gotowaniu. Ostatnio udzielały się w kuchni aż trzy dziewczyny:

No i zbliża się doroczna tradycyjna impreza halloweenowa- nie potrafiliśmy się wykręcić, a Trusia i jej koleżanki niestety nie zapomniały;-) Zatem w sobotę będzie strasznie. Przygotowania w toku- o nich jutro.

20:31, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 października 2017
Inne przyjemnostki na jesień

Zanim nastanie zima i otworzą się lodowiska, trzeba sobie wynajdować inne przyjemności. Wakacje trwały dla nas w tym roku jakby dłużej, z powodu wypadu do Sztokholmu i potem W Drzewa wciąż z trudem wdrażamy się do szkolnej i pozaszkolnej rzeczywistości. Ale powoli wszystko zaczyna się układać.
W międzyczasie szukam czegoś przyjemnego, co osłodzi coraz krótsze dni, nie najlepszą pogodę (tak, ostatnie parę dni były niezłe, dzisiaj to nawet słońce zza chmur wylazło) i powrót do szkolnych obowiązków.

Na przykład Noc Naukowców- była w ostatni wrześniowy piątek. Trusia zabrała koleżanki i razem z P. powędrowali na pobliski wydział Politechniki. Podobno bawili się tam całkiem dobrze.

Na Jarmarku Franciszkańskim zaadoptowaliśmy do naszej lalkowej rodziny dwie kolejne szmacianki

Lulisia pragnęła bluzeczki z czachą- takiej, jak ma Tatuś- co prawda dokładnie takiej nie mieliśmy na stanie, ale znalazł się T-shirt, który kiedyś dawno temu Trusia dostała od Pawła- Luliś z czachą to czysta przyjemność, a poza tym jakże miłe wspomnienia wróciły:-)

Jesień to czas, kiedy wraca ochota na słodkie małe co nieco. No to jej ochoczo ulegamy i pichcimy- w domu pachnie cynamonem od szarlotki albo śliwkowego placka, a gdy czasu jest mniej, a potrzeba zjedzenia czegoś dobrego wielka, to tworzymy babeczki z budyniu.

A dla mnie taką malutką przyjemnością jest "dzień spódniczkowy"- Trusia ostatnio zdecydowanie preferuje spodnie, więc jak mi się uda namówić ją na sukienkę lub spódniczkę, to wprost nacieszyć się nie mogę;-)

Powolutku zbliża się doroczna impreza Halloweenowa, gromadzimy powoli odpowiednie na tą okazję gadżety- będzie strasznie;-)

21:25, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 października 2017
To były tylko trzy dni

Trzy dni i trzy noce W Drzewach- mało, ale na naładowanie akumulatorów na jesień wystarczy. I Nie tylko same domki i ich otoczenie są ważne, nie tylko do nich chcę wracać. Zaprzyjaźniliśmy się z Gospodarzami - Małgosią, Kubą i ich Dziećmi- i za nimi też będę tęsknić, do nich też będę chciała wrócić. Cóż, muszę dodać Drzewa do listy moich nałogów- myślałam, że ten pobyt będzie ostatni, przynajmniej na jakiś czas- bo trzeba ruszyć gdzieś indziej, poznać nowe miejsca, które gdzieś tam mam na swojej liście. Ale skończyło się jak zawsze- rezerwacją kolejnego pobytu- wiosną. Bo rok bez Drzew byłby uboższy o coś ważnego i pięknego. Więc po prostu będę musiała znowu wrócić do Nałęczowa i na kilka dni zagnieździć się w drewnianym domku na drzewie.

Nasza ukochana Sosna- już za rok ma się zmienić, powiększyć, stać się jeszcze piękniejsza. Oczywiście zapowiedziałam, że koniecznie muszę w niej zamieszkać po liftingu;-) Ale póki co, wiosną wrócimy pomieszkać w Grabie:-)

Wiewióry wyraźnie szykują się do zimy i chomikują orzeszki:-)

Niewątpliwym plusem Tui, w której ostatnio bywaliśmy, jest nieograniczony dostęp do sauny. W taki jesienny czas saunowe ciepełko, kilka kropel aromatycznego olejku i nastrojowa muzyka to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej:-)

A tymczasem za oknem mokre liście

i pajęczyny

Dostaliśmy w prezencie kawałek Drzew- piękny wyszlifowany "plaster" orzecha z przykręconymi kółeczkami (może służyć jako stolik lub podstawka pod donicę)- na nim właśnie siedzi Trusia, która zaanektowała go do swojego pokoju.

Nieodłączny Truśkowy towarzysz Piff- pozostałe łóżkowe towarzystwo (czyli Mały Piff, zwany przeze mnie też Pifindą, a przez Trusię Bianką, duński żołnierzyk Kasper i słowacka szmaciana lalka Nikola) zostało tym razem w domu.

Śniadanie "do łóżka";-)

Odkryliśmy też nową restaurację ze smacznym jedzeniem, chociaż dość dziwacznym systemem obsługi. Staroświecki lokal, w którym kiedyś dawno temu przez kilka lat mieszkał Bolesław Prus. Trusia odnalazła tam nawet "swój" portret;-)

Przy piecu (uwielbiam piece!) w koszyczku siedziało sobie misiowe stadko:


A jakie ciastka tam mają!

No to akumulatory naładowane na jesienną pluchę i chłody, można ruszyć na poszukiwanie kolejnych jesiennych przyjemności:-)

22:15, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 października 2017
Jesienny reset

Może tak trochę ni w pięć ni w dziesięć, o porze o tyle nietypowej, że w środku tygodnia, w dodatku przy kolejnym odwróceniu pogody ze złotej polskiej jesieni w kierunku listopadowej pluchy, spakowaliśmy torby i pojechaliśmy W Drzewa.

Trzy noce i trzy dni na naładowanie baterii, odespanie zaległości, śniadania podanego praktycznie do łóżka, mały spacer, gdy przestanie padać, zbieranie kasztanów, wyciszenie umysłu, czytanie i nicnierobienie. Czasem to konieczne do zachowania niezbędnej równowagi. A trzydniowe zaległości w codzienności (głównie szkolnej) jakoś da się przecież nadrobić...

Podobno jest ich tu 280:-) Zostały policzone przez Trusię i Drzewne Dzieci.

W ramach resetu można sobie nawet pozwolić na założenie skarpetek- tematycznie bardzo na czasie, chociaż pozornie nie do pary- do pracy w takich pójść nie wypada.

13:11, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 października 2017
Zmorka

Zbieram od paru dni, żeby napisać o tym, co się przydarzyło Zmorce. Emocje już opadły, Zmorka odzyskuje radość życia, a Starszy Syn kontynuuje szczepienia.

Ale od początku:

W nocy z ubiegłego wtorku na środę obudził nas telefon. Dzwonił roztrzęsiony, zdenerwowany Syn Starszy, prosząc o pomoc w odnalezieniu całodobowego weterynarza. Chwilę wcześniej, gdy wychodził na ostatni spacer ze Zmorką, zostali znienacka napadnięci przez agresywnego wilczura. Pies, bez obroży i właściciela, przebiegł przez szeroką ulicę, przydusił Zmorę do ziemi, zaczął ją szarpać i gryźć. Paweł ruszył na ratunek swojej Przyjaciółce, sam został pokąsany w wielu miejscach. W końcu, z pomocą przypadkowego przechodnia, udało się oderwać i odgonić napastnika od przerażonej, zakrwawionej Zmory. Na szczęście rany, chociaż jest ich kilka, okazały się nie takie groźne, pracującą całą dobę przychodnię weterynaryjną udało nam się znaleźć i dostarczyć tam Zmorę. Dopiero po zaopatrzeniu psa, Paweł pomyślał o sobie i udał się na SOR. Jego rany, chociaż liczne, szczęśliwie nie wymagały szycia, ale szczepienia przeciwko wściekliźnie Paweł nie uniknął- dwie dawki za nim, trzy jeszcze przed.

Wciąż jak myślę o tym zajściu, to mam gęsią skórkę- a gdyby to Hera była na spacerze na przykład z Trusią... Lepiej sobie tego nie wyobrażać. Pies-napastnik uciekł, nie wiadomo, kto jest jego właścicielem. Podobno trzy lata temu, w podobnych okolicznościach, został napadnięty pies sąsiada Pawła, gdy był na spacerze z córką sąsiada- piesek stracił życie, a dziecko zostało pogryzione. Być może to był ten sam pies...

Dobrze, że Zmorce niż poważnego się nie stało i wraca do zdrowia. Na razie spaceruje w "abażurku", ale rany goją się dobrze i pewniej niedługo nie będzie już po nich śladu.

Na koniec kilka zdjęć szczęśliwej i jeszcze niepokąsanej Zmorki, gdy rezydowała u nas w czasie wakacji Pawła.

Bardzo mało mam ostatnio czasu na bloga. Zalegają zdjęcia ze Słowacji, blog o Danii i Holandii wciąż tylko w planach:-( Jutro jedziemy W Drzewa- może tak znajdę chwilkę chociaż na Słowację...

23:40, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 20 września 2017
Dzień trzeci- ostatni

Trzeci dzień troszkę był już skażony wyjazdowym stresikiem- głównie moim, bo to ja cierpię, jak odrywam się od ziemi, Truś i P. bawili się tak samo dobrze, jak w czasie dwóch pierwszych dni. Hostel musieliśmy opuścić do 10.30, na szczęście dworzec, skąd wieczorem mieliśmy pojechać na lotnisko Skavsta był bliziutko i bez problemu zaturlaliśmy tam nasz bagaż i załadowaliśmy do szafek w przechowalni. I już całkiem wolni i bez obciążeń mogliśmy ruszyć w miasto.

Pierwszym celem był Ratusz, stojący na brzegiem Riddarfjarden- duża, ceglana, elegancka budowla  z arkadowym krużgankiem.

Przy wschodniej stronie ratusza stoi symboliczny grobowiec jarla Birgera, założyciela Sztokholmu.

Początkowo planowaliśmy popłynąć do Nordiska Museet spod ratusza tramwajem wodnym, ale ponieważ stateczek na Djurgarden uciekł nam sprzed nosa, to powędrowaliśmy znowu na piechotę.

Do kościoła świętej Katarzyny z ażurowym zwieńczeniem wieży tylko z P. powzdychaliśmy, bo Trusia stanowczo odmówiła zwiedzania kościołów, uznając, że katedra i kościół św. Klary powinny nam wystarczyć do szczęścia w czasie tego pobytu;)

Mijany po drodze nabrzeżem hotel tego dnia prezentował się wyjątkowo ładnie

Muzeum Nordyckie mieści się w wielkim gmachu przypominającym neorenesansowy pałac. Na parterze podziwialiśmy wystawę czasową poświęconą światłom Północy, czyli zorzy polarnej- były piękne zdjęcia zorzy oraz jej prezentacja multimedialna. Niestety, zorzy na żywo wciąż nie widziałam:-(
Pozostała ekspozycja też jest bardzo ciekawa- są między innymi stroje ludowe, biżuteria na specjalne okazje, stroje ślubne, kolekcja domków dla lalek, odtworzone wnętrza skandynawskich domów z różnych okresów. A na koniec kolejna czasowa wystawa- tym razem skandynawskich lamp od najstarszych do współczesnych.

Znowu przebieranki- ta i kolejna były elementem specjalnej muzealnej gry dla dzieci:

Trusia- koleżanka dzieci z Bullerbyn:-)

Na skwerze przed muzeum:

Wisienką na torcie- przynajmniej Trusiowym- była wizyta w Grona Lund Tivoli, czyli najstarszym wesołym miasteczku w Szwecji, założonym w 1882r. Cóż, nie jest to rozrywka tania- żeby wejść na teren wesołego miasteczka trzeba zapłacić bilet, zaś wszystkie karuzele i inne atrakcje są płatne osobno. Ponieważ nie planowaliśmy ogłosić bankructwa po powrocie, Trusia mogła sobie wybrać trzy atrakcje- ale chyba nawet ta trójka wystarczyła jej do szczęścia.

Jedną z większych atrakcji sztokholmskiego lunaparku jest na pewno bardzo wysoka karuzela łańcuchowa, na której nie tylko Trusia koniecznie chciała się przejechać.

Gdzieś tam pod niebem kręci się Trusia i P.

Bardzo się Trusi spodobał tzw "śmieszny dom"- tak bardzo, że stał się wybraną atrakcją numer dwa i trzy.

Czas upłynął miło i szybko, trzeba było powoli wędrować na dworzec. Jeszcze tylko ostatni rzut oka na niebieską bramę, prowadzącą do dawnych królewskich terenów łowieckich (taką rolę w przeszłości odgrywała wyspa Djurgarden).

I koniec:-(

Trzy dni to nie jest bardzo dużo. Ale też całkiem wystarczająco na fajny rodzinny wypad. Tym bardziej, że, przynajmniej z Krakowa, mamy bardzo dobre połączenie ze stolicą Szwecji- wyleciałyśmy we czwartek wieczorem, lot trwa tylko półtorej godziny. Zarówno z lotniska Arlanda, jak i ze Skavsty są autobusy do Sztokholmu. Co prawda tym razem skorzystałyśmy z uprzejmości koleżanki Ciecha (Ciech ma mnóstwo znajomych w Szwecji, wiec zawsze możemy na kogoś liczyć, że nas podwiezie:-)). Hostel, chociaż mały i pozbawiony luksusów był tani i miał świetną lokalizację, a trzy noce spokojnie da się przespać nawet w pokoju pozbawionym okien. Pogoda szczęśliwie nie była najgorsza. A to przejrzyste, czyste powietrze- w Krakowie nawet pomarzyć o takim nie można! Samolot powrotny mieliśmy co prawda ze Skavsty, ale dopiero o 22-giej, zatem cała niedziela była do rozdysponowania. I tylko jeden mały osobisty minus- wciąż nie cierpię latania:-(

A jeśli chodzi o mrożony jogurt w Galerian, to oczywiście był i to nie jeden raz:-)

10:24, dsmiatek
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 września 2017
Dzień drugi

Drugiego dnia Truś zaciągnął nas na Djurgarden do Vasamuseet. Co prawda wspaniały okręt wojenny, który zatonął zaraz po wypłynięciu z portu w 1628r. (płynąc zresztą na wojnę z Polską, albowiem były to czasy Potopu Szwedzkiego) podziwialiśmy już poprzednim razem, ale Trusi muzeum tak bardzo się podobało, że koniecznie chciała zobaczyć je jeszcze raz. Nie muszę chyba dodawać, że Trusiowy Tatuś bynajmniej nie zgłaszał protestów, więc zostałam przegłosowana;-)

W muzealnym sklepiku z pamiątkami kolejna przebieranka:

Ponieważ muzeum zwiedziłyśmy dużo wcześniej niż P., który zawsze wszystko ogląda bardzo dokładnie i czyta wszelakie informacje, wyszłyśmy przed nim, żeby posilić się lodami i powłóczyć po wyspie.

W czasie włóczęgi zawędrowałyśmy do oceanarium- i tu rada praktyczna- można je spokojnie ominąć, bo to, co jest w środku zdecydowanie nie jest wart pieniędzy wydanych na bilety.

Po południu czekała nas kolejna atrakcja. Już za poprzednim pobytem przyuważyliśmy dziwaczny autobus z paszczą rekina. Okazało się, że jest to Ocean Bus- autobus-amfibia, którym można się wybrać na przejażdżkę po mieście i mały rejsik po sztokholmskich wodach. 

Z powodu odbywającego się w sobotę półmaratonu sztokholmskiego wycieczka startowała w nietypowym miejscu, spod Królewskiego Teatru Dramatycznego.

Wycieczka zaczyna się przejażdżką po Ostremalm, eleganckimi ulicami i dzielnicą ambasad, następnie autobusik wskakuje do wody i można podziwiać Sztokholm z innej perspektywy. Po drodze energiczny i dowcipny przewodnik ze swadą i niezwykle ciekawie w dwóch językach (po angielsku i szwedzku) opowiadał o mijanych miejscach. Widoczki trochę popsuł nam deszcz, ale i tak było fajnie:-)

Wycieczka skończyła się na lądzie, a ponieważ było już po 19-tej, to ruszyliśmy spacerem najkrótszą drogą do naszego hostelu, po drodze mijając na przykład kościół świętego Jakuba i fontannę na Kungstradgarden.

Także tym razem nie narzekaliśmy na zbyt długie siedzenie w ciasnym hotelowym pokoju- hostel ma od frontu małe bistro (z dużymi oknami na ulicę), rano serwują tam śniadania, a po południu i wieczorem można posiedzieć przy stolikach i odgrzać sobie w mikrofalówce coś do jedzenia. Zatem znowu małe zakupy w Coopie i pizza na wynos z pobliskiej pizzerii, partyjka Farmera do kolacji, prysznic i do łóżek:-)

 

 

16:59, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 września 2017
Sztokholm

Plan został wykonany:-) Truśka planowała wizytę w Muzeum Waza i wesołym miasteczku, zakup pamiątek dla koleżanek oraz koniecznie mrożony jogurt w swojej ulubionej jogurciarni. Według mojej Córki Najmłodszej najlepsze mrożone jogurty są w centrum handlowym Galerian w Sztokholmie. I nie umywają się do nich podobne smakołyki w Danii, a tym bardziej na miejscu w Krakowie.

Ja koniecznie chciałam przespacerować się po Starówce, którą z powodu deszczu musiałam odpuścić poprzednim razem i odwiedzić Nordiska Muzeum.

A wszyscy zakładaliśmy, że będziemy się razem po prostu dobrze bawić w czasie tych trzech dni.

Niespodziankę sprawiła nam pogoda, która była lepsza niż zapowiadały to prognozy. Owszem, zdarzył się przelotny deszcz, ale nie pokrzyżował nam planów.

Gamla Stan odwiedzaliśmy właściwie codziennie, bo jest to bardzo urokliwe miejsce, z mnóstwem knajpek i małych sklepików, z których "wołały" do nas Muminki i Pipi w rozmaitych postaciach, kolorowe koniki z Dalarny różnych rozmiarów, ale też duńskie myszki Maileg, których w tym roku w Danii znaleźć nam się nie udało. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że wróciłyśmy do domu z kolejną myszą, a koleżanki Truśkowe zostały obdarowane breloczkami z postaciami z Muminków. Ja przywiozłam sobie małego czerwonego konika, który zawisł przy moim plecaczku.

Hostel na Kungsholmen też dało się przeżyć- co prawda po raz drugi postaram się jednak poszukać noclegów w miejscu, w którym pokoje mają okna, ale poza tym było całkiem OK-  dobre śniadania i zaledwie 5 minut spacerem do dworca, wspaniały sztokholmski ratusz zaraz obok, na Gamla Stan 10 minut, na Djurgarden pewnie dałoby się dotrzeć w pół godziny spacerkiem, gdyby nie rozmaite pokusy po drodze;-)

Pierwszy spacer odbyliśmy oczywiście na Starówkę, ale drogą trochę okrężną.

Na Starówce powłóczyliśmy się dłużej wąskimi uliczkami, podziwiając kolorowe domki i zaglądając do sklepików. Zamek królewski mogliśmy sobie z czystym sumieniem odpuścić, bo zwiedziliśmy go już poprzednim razem.

Trochę się też powygłupialiśmy, przymierzając hełmy "wikingów"- to pierwsze zdjęcie z serii, zatytułowane Jednorożec;-)- hełm miał urwany jeden z rogów.

I zdjęcia kolejne- Truśka spokojnie mogłaby być Wikinżycą- ma odpowiednie warunki;-)

Kopia pomnika świętego Jerzego walczącego ze smokiem, oryginał stoi w sztokholmskiej katedrze. Poniżej przynależna do pomnika, uratowana przez świętego królewna, której jakiś dowcipniś wsadził do rąk marchewkę.

Stortorget, czyli rynek

Muzeum Fundacji Nobla w budynku dawnej giełdy:

Wieża katedry

Na podwórku obok katedry Truśka znalazła bujanego konika i, mimo "zaawansowanego" wieku, postanowiła się na nim pobujać. Konik przeżył;-)

Z Gamla Stan ruszyliśmy na sąsiednią wyspę Skeppsholmen, na której kiedyś stacjonowała marynarka wojenna.

Żaglowiec af Chapman, w którym mieści się obecnie schronisko młodzieżowe:

Tego dnia Grona Lund podziwialiśmy tylko z daleka.

Ze Skeppsholmen można przejść na Kastellholmen

Kolorowe rzeźby koło Moderna Museet były wykonane na wystawę światową w Montrealu w 1972r.

Takie rybki chciałyśmy kupić Lulisi, ale w końcu zrezygnowałyśmy. Może szkoda, bo bardzo są urocze.

Zmęczona, ale triumfująca Truśka ze swoją zdobyczą, czyli myszą Maileg

I w ten oto sposób rozrywkowaliśmy się dnia pierwszego. Wróciliśmy do hostelu już po zmierzchu, zmęczeni po całodziennym spacerowaniu. Jeszcze tylko kolacja zakupiona w pobliskim Coopie i partyjka scrabbli i można było pójść spać:-)

17:33, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 września 2017
Powroty

Ostatnio powroty z urlopu są coraz trudniejsze- z zupełnie nieznanych powodów na urlopowicza czekają zaległości, z których trudno jest się wykopać, a wakacyjny odpoczynek znika po pierwszych dwóch dniach w domu. Staram się jak mogę wygrzebać spod przygniatającego mnie do parteru stosu obowiązków do wykonania na wczoraj i na bloga zupełnie nie starcza mi czasu. ale spieszę chociaż donieść, że jesteśmy, mamy się względnie dobrze. Truś co prawda od wczoraj smarka i narzeka na ból gardła, co jest u niej zupełnie normalne przy pierwszych jesiennych chłodach, albowiem nie przyjmując do wiadomości niskich temperatur na zewnątrz, zakłada na siebie cienkie spodnie i krótkie t-shirty, a o skarpetkach zdaje się zupełnie nie pamiętać! ja natomiast staram się nie słyszeć narzekań i w pośpiechu znowu pakuję walizkę- dziś wieczorem lecimy na trzy dni do Sztokholmu, gdzie już na nas czeka P., będący tam służbowo (w międzyczasie zaliczył jeszcze po drodze Liverpool!) I nic to, że podobno ma padać i nie rozpieszczać nas temperaturami, wierzę, że będziemy się dobrze bawić i zobaczymy to, czego nie udało się zwiedzić za poprzednim pobytem. Byle tylko Trusia się nie rozchorowała na dobre. I bylebym tylko przeżyła podróż samolotem. wiem, większość ludzkości przeżywa, a nawet sobie chwali taki sposób przemieszczania, ja jednak jestem istotą przyziemną i nie ufam latającym maszynom- latanie jest wbrew naturze i prawom fizyki!

Obiecuję, że jak już się na dobre zadomowimy i ogarniemy pracową i szkolną rzeczywistość, to napiszę więcej. Tylko kiedy i czy w ogóle się ogarniemy?...

16:19, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
Archiwum