RSS
poniedziałek, 29 maja 2017
Weekendowe nieróbstwo w wydaniu Smiatków

Wspaniały weekend za nami. Dwa dni, kiedy nic nie musieliśmy robić, nie byliśmy umówieni na żadne warsztaty czy imprezę. Dwa dni bez zawodowych obowiązków. I do tego z piękną pogodą. Dawno już nas taki luksus nie spotkał.

W sobotę postanowiliśmy spać do oporu. Opór nastąpił już o ósmej rano, kiedy to Hera postanowiła się przywitać sposobem "usta-usta";-)
Zatem już o dziesiątej pedałowaliśmy nad Wisłę w stronę hotelu Forum na Duckie Deck. Cóż, impreza nas rozczarowała niestety. Byliśmy chyba dwa lata temu, wtedy sporo było fajnych mini-warsztatów dla dzieciaków, a dla mnie kilka stoisk z fajnymi ciuchami i gadżetami spoza sieciówek. Tym razem większość warsztatów (które pewnie były całkiem fajne) wymagała wcześniejszego zapisu, a te dostępne bez rezerwacji skierowane były raczej do młodszych dzieci. A stoisk z ciuchami itp nie było wcale:-( 

Pomachaliśmy zatem dmuchanej kaczce, która dryfowała po Wiśle i popedałowaliśmy w kierunku Audytorium Maximum wypróbować imprezę podesłaną nam przez Bunię w ramach Copernicusa. Tam wysłuchaliśmy ciekawego wykładu na temat sposobów wykrywania kłamstw, pooglądaliśmy maszyny, służące do powyższego- na ich wypróbowanie nie starczyło nam cierpliwości- w końcu badanie wariografem chwilkę trwa, wystarczy, że ustawi się paru chętnych i owa chwilka wydłuża się znacznie, a tu pogoda piękna...

Ponieważ pora robiła się obiadowa zasiedliśmy w ogródku włoskiej restauracji na rogu Szczepańskiej i Jagiellońskiej.

Deser zjedliśmy na Placu Szczepańskim w postaci przepysznych perskich lodów.

Następnie Truśka pociągnęła nas do swojego ulubionego sklepu

Wpadliśmy jeszcze na chwilę na Rynek na Festiwal Nauki

I już można (a nawet trzeba, bo stęskniony pies czekał) było się udać w kierunku domu. I nareszcie oddać lenistwu na balkonie:-)

Z zimną kawą i podwieczorkiem przygotowanym przez Córkę na podorędziu;-)

Trusia ponadziewała groszki ptysiowe kawałeczkami truskawek i bitą śmietaną- było pysze:-)

A w niedzielę? A w niedziel było jeszcze piękniej. Lulisia na śniadaniu, porwana z jej domku w czasie rannego spaceru z Herą

Potem znowu rowery- najpierw do kapucynów na mszę o 11-tej, potem z Bunią, Grześkiem i Lulisią tradycyjnie na pokościółkowe lody, a potem na Błonia na obiad w Focha 42- bardzo fajne miejsce.

Po obiadku do domu- my na rowerach, a dzielna Bunia i nieustraszony Grzesiek na rolkach!  A w domu hyc na balkon- Truśka zajęła mi co prawda hamak, ale umościłam sobie wygodne siedzisko na smoku. 

Cóż, chociaż zwykle planuję na weekendy jakieś imprezy i wyjścia specjalne, to dwa dni nicnierobienia też mają swój urok.

21:58, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
sobota, 27 maja 2017
Sama radość

Taki Luliś na przykład- to sama radość:-) Nie dość, że cieszy się do wszystkiego i ze wszystkiego, to jeszcze radość z nią być i patrzeć, jak kombinuje. ot na przykład zakupy, na które się od czasu do czasu z Bunią i Lulisią wybieramy. Ulubiony sklep Młodej- H&M- nie żeby specjalnie akurat ciuszki stamtąd jej przypasowały. Ale w dziale dziecięcym wiszą na niskich wieszaczkach, w sam raz, żeby je sobie poprzewieszać. Zaś te z większymi rozmiarami świetnie nadają się do ukrywania. Krząta się Luliś tuż obok i zajmuje swoimi sprawami, aż tu nagle znika- Ileż radości jest w szukaniu Małego Zbiega!

A jakaż to radość po schodach ruchomych pomykać w górę i w dół - tym większa, jak się w porę uda Dziecia uchwycić, zanim sama na owe schody wbiegnie- zwykle biegnie na te, które akurat ku nam zmierzają;-)

Piaskownica- kolejna radość- tym bardziej, że dorosły może przysiąść na chwilę, bo "baby" są tak zajmujące, że nieco dłużej można się zająć ich produkcją.

A ileż jest uciechy w spacerze do parku- Luliś, Hera, Trusia na hulajnodze, wózek Lulisi (dobrze, że był, posłużył jako środek transportu dla naszych zbędnych kurtek, jako, że ciepło się zrobiło i to nie tylko z powodu pomykania za Dwulatką).

Próby wspólnej i samodzielnej jazdy na hulajnodze- ileż szczęścia (nie minęło wiele czasu i ma Łucja swoją własną trzykółkową hulajnogę- RÓŻOWĄ!- sama kolor ponoć wybrała- bo większość małych dziewczynek w pewnym okresie swego życia pozytywnie reaguje na róż i już!)

Mały Człowiek tupta, Herę na smyczy prowadzi (uwielbia spacerować z Hera na smyczy) i jeszcze torbę z prowiantem w łapce dzierży- jedzenie w plenerze to sama przyjemność:-)

Powyżej jak widać znowu radość- tym razem z parkowania na trawie, gdy już do domu pora się zbierać.

Tymczasem Truś chwilami się alienuje z towarzystwa Siostrzenicy

Ale i Truś miał ostatnio swoje radości- na pewno jedną z większych była wizyta w Warszawie. A tam, oprócz uroczystości oficjalnych- był park, a w parku woda:

i znowu hulajnoga

I znowu woda- to już kolejny dzień taplania

a w przerwach piknikowanie na trawie

Ileż to małych radości można naskładać i po pewnym czasie uzbierać z nich szczęście:-)

 

20:18, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 maja 2017
Nasze święto!

Dla mojej kochanej Supermamy i wszystkich innych supermam na świecie (i dla mnie, bo i ja jestem super-mamą;-)) najlepsze życzenia z okazji naszego święta:-)

I mam Supercórkę (a nawet dwie i dwóch Supersynów)

Z moją najmłodszą Superlatoroślą całkiem przypadkiem miałyśmy dziś na sobie kaktusy:-)

A takie prezenty dostałam:

W pudełeczku tekturowym siedzą sobie dwa kamysie- jeden do mycia ciała, drugi do twarzy. W w białym pudełku najlepszy peeling, jaki kiedykolwiek miałam- pachnie przepięknie grapefruitem, a po użyciu nie tylko peelinguje, ale też natłuszcza. Je po prostu obłędny. Wyobraźcie sobie, jaka piękna będę, jak systematycznie zacznę używać tych wynalazków;)

A przed nami WOLNY weekend- niezależnie od tego co będzie, będzie pięknie:-)

22:11, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017
Tegoroczne komunistki i cudowianki

Maj przeleciał już prawie- bardzo się gdzieś spieszył, nawet na mnie nie poczekał. Wydawało mi się, że to dopiero Majówka się skończyła, a tymczasem za nami trzy komunijne uroczystości, przed nami ostatni majowy weekend i za chwilę połowa roku 2017 też do historii przejdzie.

Nie było mnie tu dłużej niż zwykle- wyłączając wakacyjne wyjazdy. Ale cóż- ledwie z Holandii wróciliśmy, to wpadliśmy w "szpony" komunijnych uroczystości. Pierwszą komunistką była Tola.

Tydzien później Trusia wystąpiła w roli powtórkowej komunistki;-)

Ledwie się z rocznicy Trusiowej "otrząsnęliśmy", już byliśmy w drodze do stolicy na uroczystości Milenki.

Nie wiem, jak to się stało, ale oficjalnych zdjęć tegorocznych komunistek nie mamy wcale:-(

Ze strojem komunijnym, wiadomo, nieodłącznie związany jest wianek- przynajmniej u dziewczynek, chociaż na komunii Mili widziałam jakiegoś chłopca w wianku z żółtych kwiatków- na "pierwoszkomunistę" co prawda nie wyglądał, ale wianek miał!

A ponieważ wianek to całkiem ładne nakrycie głowy, to i my się do niego przymierzyliśmy;-)

Na komunii Toli specjalny wianek, upleciony przez ciocię, czekał też na Truśkę.

Ja się nie mogłam powstrzymać przed pożyczeniem na trochę wianka Truśkowego- bardzo jest on ładny, chociaż już ze sztucznej gipsówki.

Nawet P., zwykle nieskory do takich ekscesów, przymierzył sobie wianeczek znaleziony w sypialni Marysi;-)

Też sobie przymierzyłam, a co;-)

O pozostałych "ekscesach" doniosę w kolejnym wpisie:-)

 

16:05, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 maja 2017
Dwa piękne miasta, czyli ostatnia częśc relacji z majówki

Można powiedzieć, że nic nowego, bo zarówno w Delft, jak i w Goudzie już kiedyś byliśmy. Ale oba miasta są tak urokliwe, że wcale bym się nie pogniewała, gdybym jeszcze kiedyś do nich zawitała.
W Delft mieszkaliśmy za pierwszą naszą bytnością w Holandii. Ale wiadomo, jak ma się coś blisko, to wydaje się, że zawsze znajdzie się czas, żeby to bliżej poznać, a potem nagle tego czasu brakuje. Tym razem do miasta Vermeera wybraliśmy się specjalnie, z przewodnikiem w ręku, zwiedziliśmy w środku Nowy i Stary Kościół, a także Centrum Vermeera.

Padało- ale na deszcz mieliśmy parasole i dobre humory;-)

Powyżej dwie Gertrudy;-)

W Centrum Vermeera- chociaż nie ma tu oryginałów obrazów Mistrza z Delft, to muzeum jest bardzo ciekawe.

Gorąca czekolada jak antidotum na deszczową aurę.

Do Goudy pojechaliśmy już spakowani, niejako po drodze do domu. Zwykle szkoda nam wyjeżdżać, więc jeśli się tylko da, to staramy się zaplanować jakąś atrakcję na drogę powrotną- żeby nie był to tylko dzień podróży. A Gouda jest taka piękna...

To tyle na razie o "naszej" Holandii na przełomie kwietnia i maja. Mam nadzieję, że powstanie osobny blog, w którym uda się zamieścić więcej zdjęć, zwłaszcza tych przepięknych tulipanów, portretowanych przez P.

 

 

 

14:21, dsmiatek
Link Komentarze (4) »
środa, 10 maja 2017
Był Keukenhof, teraz reszta

Reszta aż tak obfotografowana nie została, ale wspomnienia również pozostawiła dobre. Odwiedziliśmy "stare kąty", albowiem chcieliśmy pokazać Ciechowi i Ewie to, co nas kiedyś zachwyciło. Na nowe być może kiedyś jeszcze będzie czas. Chociaż tego czasu tak jakby coraz mniej pozostało :-(

No nic to, precz myśli o starości i przemijaniu. Cieszmy się tym, co tu i teraz i tym, co miłego za nami.

Pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe, ponieważ nasz domek na kempingu jeszcze nie był gotowy, pojechaliśmy zwiedzić "zaległy" wiatrak w Lejdzie.

Miałam jeszcze nadzieję na niespieszny spacer po urokliwych uliczkach Lejdy, ale towarzystwo było wyczerpane całonocną podróżą, wróciliśmy zatem zgodnie na kemping, gdzie czekał już nasz domek, a w nim miękkie łóżka. Tylko Truśka, niezmordowana, popędziła na basen.

W sobotę był Keukenhof. Zaś po sobotniej uczcie zmysłów zafundowaliśmy sobie Amsterdam. O ile po pierwszej wizycie zapamiętałam Amsterdam bardzo dobrze, to druga mnie rozczarowała. Może dlatego, że jakoś nie mogliśmy się początkowo odnaleźć i wydawało mi się, że miotamy się chaotycznie po mieście, zamiast smakować uroki miasta... Dlatego na komórce zdjęć ze stolicy Holandii niewiele- ale spoko, P. zrobić więcej, pojawią się na planowanym osobnym blogu.

Trzeciego dnia, nie zrażeni pogodą, która powróciła do tradycyjnego stanu deszczu i wiatru, postanowiliśmy pokazać naszym "gościom" skansen-wioskę z Zaanse Schans. Na szczęście deszcz nie dręczył nas bez przerwy, ubrani byliśmy wystarczająco wodoodpornie i ciepło, żeby przyjemnie pogapić się na wiatraki i leniwie płynącą rzekę Zaan, poachać i poochać nad małymi kaczuszkami, gąseczkami i łyskami. Na na rozgrzewkę było własnoręcznie przyrządzone  gorące kakao z piankami marshmallows i wielkie naleśniki. Tym razem zwiedziliśmy jeszcze, omijane poprzednimi razy, muzeum, które okazało się bardzo ciekawe. tematem przewodnim był w nim przemysł Holandii, ze szczególnym uwzględnieniem regionu, w którym się znajdowaliśmy. Z okazji stulecia fabryki słodyczy w muzeum była też prawdziwa linia produkcyjna herbatników i czekoladek- Truśka była zachwycona.

Na wstępie atrakcja wielka dla nietubylców, czyli podnoszący się most:

Zaś wieczorem, ponieważ się wypogodziło, a słońce w Holandii zachodzi co najmniej godzinę później niż u nas, pojechaliśmy jeszcze na plażę, nacieszyć uszy szumem fal. Truśka była na taką ewentualność przygotowana- spakowała do swojego bagażu silikonowe wiaderko na muszelki.

Taka plaża poza sezonem ma w sobie COŚ.

CDN

17:48, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 maja 2017
Po holenderskiej majówce

To będzie zaledwie zajawka, bo P. zrobił tyle pięknych zdjęć tulipanów, że zasługują na osobnego bloga.

Tym razem udała nam się wizyta w ogrodach Keukenhof- było słonecznie i ciepło, żaden deszcz nam nie przeleciał. Ale coś za coś- pogoda piękna, tulipany w pełnym rozkwicie, ale ludzi tłum- nie tylko my mieliśmy ochotę na tulipanową ucztę na oczu. Na szczęście ogrody są duże, trawniki ogólnie dostępne dla chętnych na mały piknik, zatem spędziliśmy bardzo przyjemne pięć lub sześć godzin na spacerowaniu po alejkach, wydawaniu ochów i achów zachwytu i łapaniu słonecznych promyków siedząc na wypielęgnowanej trawie.

Tematyczne ogródki i ogrodowe inspiracje:

w stylu Mondriana:

Porcelana z Delft:

Miejska plaża:

Ogródek farmerski:

W pawilonie Willem Alexander:

Tekturowe mebelki:

Selfie z flamingiem;-)

P. i Truś wśród lilii:

Doniczkowe siedzisko:

Hmm, czyżbym to ja pomykała po Amsterdamie;-)

P. w labiryncie

W pawilonie astromerii w tym roku tematem musieli być hipisi:

Kwiatowa mozaika- także w stylu Mondriana

Truśka w tulipanach-olbrzymach

i zielonym tunelu

Wzór moro to ostatnio Truśkowy numer jeden pośród ubraniowych printów:

Obowiązkowy spacer po ścieżce na wodzie:

Dalszy ciąg nastąpi- chociaż już nie z Keukenhof.

21:30, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 kwietnia 2017
Na chwilkę przed Majówką

Po paru latach przerwy znowu jedziemy na Długi Weekend Majowy do Holandii. Na razie pakowanie "w proszku", ale jak zwykle damy radę.

A przed wyjazdem jeszcze zaległy wpis z poprzedniego weekendu, spędzonego między innymi w mojej ulubionej przestrzeni, czyli w Cricotece. Okazuje się, że i Trusia zagustowała w tym miejscu i z ochotą wraca nie tylko na warsztaty, ale też na wystawę. Chociaż stała ekspozycja do radosnych nie należy, to Truś tutaj lubi się trochę bać. Zwiedza też z zapałem wystawy czasowe, choć i one nie należą do łatwych w odbiorze.

Sobota w Cricotece:

Podczas gdy Dziewczyny za warsztatach tworzyły lewitujące machiny, jak podziwiałam Wisłę i popijałam cappuccino.

Potem one też załapały się na małe conieco i podziwiały Wisłę:

Jedno z moich ulubionych miejsc w Krakowie:

A za parę godzin wyruszamy. Mam nadzieję, że tym razem nie czeka nas zimnica i nieustanny deszcz. Ale jakby co, nauczeni doświadczeniem, pakujemy parasole, kalosze i ciepłe swetry.

Do poczytania po powrocie:-)

18:01, dsmiatek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 kwietnia 2017
Wspominki wielkanocne

Wierzyć się nie chce, że dopiero przed chwilą piekliśmy mazurki z kajmakiem i malowaliśmy rodzinnie jajka, a tu już dawno mazurki wyjedzone do ostatniego okruszka, po pisankach śladu nie ma i powoli trzeba zacząć pakowanie na Wielką Majówkę.
Cóż, ie jest to żadne odkrycie, że czas biegnie, pędzi, galopuje i bije kolejne rekordy prędkości, a my, chcąc nie chcąc, musimy podążać razem z nim.

Przedświątecznie- Siostra z Bratem:

i z kuzynką jeszcze:

 

Wielkie rodzinne pisankowanie:

Koszyczki gotowe:

Idziemy do kościoła:

Niedziela

Po śniadaniu wyczekiwana przez Trusi i Łucję wyprawa do ogródka w poszukiwaniu prezentów. Zajączki, przygarnięte w dużej ilości przez nas przed Świętami, spisały się na medal:-)

I po świętach:-(

Lany Poniedziałek spędziliśmy osobno- ja musiałam wracać do Krakowa na dyżur, Trusia z P. zostali jeszcze u Babci. Przy tej okazji doświadczyłam czegoś zupełnie niezwykłego- spędziłam samotny wieczór i noc w domu, nawet Hery ze mną nie było, bo też została w O. A ponieważ sytuacja była dla mnie niezwyczajna, ale przejściowa, to muszę zaliczyć ten wieczór i noc do całkiem udanych- czas spędzony li i jedynie we własnym towarzystwie pozwolił mi zebrać myśli i obejrzeć wreszcie trzecią część perypetii Bridget Jones;-) 

21:56, dsmiatek
Link Komentarze (2) »
środa, 19 kwietnia 2017
Urodziny Hery

Trochę przegapiłam właściwą datę, kiedy zawitała do naszego domu Hera. Było to 17 kwietnia w ubiegłym roku. I ten dzień uważamy za umowne urodziny naszej psiej Przyjaciółki. Zadomowiła się w naszym domu i sercach całej rodziny na dobre. I chociaż pewne wady jednak posiada, to w zdecydowanie przeważają zalety. Aktualnie wadą największą jest to, że postanowiła upolować Świnka Walentego Czubka i nie należy ich zostawiać sam na sam w pokoju, nawet jak Świnek teoretycznie bezpiecznie siedzi sobie w klatce. Wciąż mam nadzieję, że jej przejdzie, ale chyba szanse są na to niewielkie, podobnie jak na zaprzyjaźnienie się ze Zmorką.

No cóż, jakieś wady każdy musi mieć, nudny byłby pies bez wad;-)

Na szczęście z ludzkością Hera jest bardzo zaprzyjaźniona. Z Trusią kochają się ogromnie.

Ale nieskromnie się pochwalę, że najukochańszym człowiekiem Hery jest ja!

21:16, dsmiatek
Link Komentarze (3) »
Archiwum